Energia młodości w Carnegie Hall

2

Świadkiem muzycznych fajerwerków i pokazów fenomenalnej brawury była publiczność Carnegie Hall podczas koncertu, na który wybrałam się z jednego tylko powodu – była nim Orkiestra Filadelfijska i jej nowy, młody, ale jakże charyzmatyczny dyrygent Yannick Nézet-Séguin.

38-letni francuski Kanadyjczyk o trudnym do wymówienia nazwisku – zwany w środowisku po prostu Yannick – to nowa, jasno świecąca gwiazda na firmamencie muzyki klasycznej. Ten fenomenalny dyrygent i pianista jest od początku sezonu 2012/13 dyrektorem muzycznym najlepszej obecnie, moim zdaniem, amerykańskiej orkiestry – Orkiestry Filadelfijskiej, a także dyrektorem artystycznym Filharmonii w Rotterdamie oraz dyrygentem gościnnym Orkiestry Filharmonii w Londynie. Yannick Nézet-Séguin był również od 2000 roku dyrektorem artystycznym Orchestre Metropolitain w Montrealu; od tego czasu poprowadził wszystkie najważniejsze orkiestry w rodzinnej Kanadzie.

Jego europejski debiut w 2004 r. doprowadził do zaproszenia go do dyrygowania wieloma znakomitymi orkiestrami, jak Dresden Staatskapelle, najlepszą obecnie orkiestrą na świecie, czyli Filharmonikami Berlińskimi, Orkiestrą Symfoniczną Radia Bawarskiego, słynnymi i zawsze konkurującymi z berlińczykami Filharmonikami Wiedeńskimi (na koncertach w Salzburgu, Lucernie i Wiedniu), słynną rzymską orkiestrą Accademia Nazionale di Santa Cecilia i Royal Stockholm Philharmonic.

Znakomity koncert Yannicka w 2009 r., ze Scottish Chamber Orchestra podczas BBC Proms w Londynie,  sprawił, że powrócił tu następnego roku z Filharmonikami Rotterdamskimi. W roku 2012 młody artysta dyrygował koncertami z Orchestre Metropolitain w Kanadzie, a także z Orkiestrą Filadelfijską w Vail i Saratodze oraz koncertami na Mostly Mozart Festival w Lincoln Center w Nowym Jorku z Chamber Orchestra of Europe i Mostly Mozart Festival Orchestra.

Uznawany obecnie również za świetnego dyrygenta operowego, Nézet-Séguin zaprezentował się w tej roli na festiwalu w Salzburgu w 2008 roku w operze Romeo i Julia. Ponownie zawitał do Salzburga w roku 2010 na zimowy festiwal Mozartwoche, a następnie latem 2010 i 2011 dyrygował Don Giovannim. W Metropolitan Opera Yannick był dyrygentem Carmen, Don Carla i Fausta oraz Traviaty. Po debiucie w Teatro alla Scala z Romeem i Julią Yannick w ubiegłym roku dyrygował w Covent Garden w Rusałce. Dla Opery Holenderskiej dyrygował Filharmonią Rotterdamską w Makropoulos Case, Turandot i Don Carlo.
Po wielkich europejskich sukcesach Yannick Nézet-Seguin zyskał również status gwiazdy muzyki klasycznej w USA, po debiucie z Orkiestrą Filadelfijską w Carnegie Hall w roku 2012, który to koncert został serdecznie przyjęty przez wybredną nowojorską publiczność. Od tego czasu Yannick prowadzi w Carnegie Hall co najmniej trzy koncerty w każdym sezonie.

Jego obecność przy pulpicie dyrygenckim zawsze zapewnia pełną gamę artystycznych doznań. Tak też było na wspomnianym na początku koncercie 24 lutego, ale tym razem zawdzięczaliśmy je nie tylko młodemu maestro. Po fantastycznie wykonanym przez wirtuozów Orkiestry Filadelfijskiej Studium na 23 solowe smyczki – czyli Metamorfozach Richarda Straussa – na scenę wszedł równie młody, przystojny niemiecko-kanadyjski wiolonczelista o muzycznie brzmiącym nazwisku Johannes Moser. Zastąpił on tego wieczoru wcześniej zaproszonego norweskiego wiolonczelistę Trulsa Morka, który uległ wypadkowi. W takich okolicznościach Moser stanął na podium w Carnegie Hall, by zaistnieć jako nowa gwiazda w świecie muzycznym.

Już od pierwszych nut słynnego pierwszego koncertu wiolonczelowego Dmitrija Szostakowicza publiczność zamarła z wrażenia. Moser grał jak w transie, a jego wiolonczela zamieniła się w partnerkę, z którą tańczył pasjonujący taniec. To, czego byliśmy świadkami, było jak szalona podróż po wszystkich emocjach, wyłuskanych przez Mosera z jego wiolonczeli często drapieżnie, a czasami łagodnie i delikatnie. Utwór Szostakowicza wymaga wyjątkowej sprawności od wykonawcy, gdyż stawia bardzo wygórowane wymagania natury technicznej, jak i fizycznej. Jest to po prostu maraton, który nie może być wykonany tylko elegancko i sprawnie, lecz musi być wybitnie emocjonalny, rzucający wykonawcę i publiczność w ekstrema uczuciowe, poprzez pasjonujące, porywające, ogniście wykonane pasaże. Tylko wtedy i tak naprawdę tylko w takich okolicznościach Szostakowicz staje się prawdziwym Szostakowiczem, prześladowanym całe życie przez reżim komunistyczny, żyjącym w skrajnym strachu i ciągłego zagrożenia życia. Takie właśnie emocje przedstawił nam wiolonczelista, który pod koniec koncertu, aby uzyskać jeszcze bardziej brutalnie pasjonujące efekty brzmieniowe, zwyczajnie zarzucił tradycyjną metodę trzymania smyczka i chwycił go szaleńczo, jakby był zwykłym początkującym uczniem, który nigdy nie nauczył się poprawnego chwytu smyczkowego, i który skupiony jest tylko i wyłącznie na natychmiastowym wydobyciu jak największej liczby dźwięków.

Efekt był porażający! Publiczność Carnegie Hall wyskoczyła wręcz z krzeseł, porwana ekspresyjnym wykonaniem Szostakowicza, reagując okrzykami i brawami. Sala oszalała i nie chciała wypuścić Johannesa Mosera ze sceny, który wielokrotnie powracał na nią, tonąc w burzy oklasków i zachwytu. Tym samym staliśmy się świadkami narodzin nowej gwiazdy muzyki klasycznej, która podchodzi do wykonania tego gatunku z głębokim autentyzmem, pasją i przekonaniem, równym wykonawcom muzyki rozrywkowej, rockandrollowej czy metalowej. Szalony wiolonczelista o płomiennym obliczu zapadł wszystkim w serca i odnowił naszą miłość do muzyki klasycznej. Połączenie tak dwóch wspaniałych artystów, jak dyrygent Yannick Nézet-Séguin i wiolonczelista Johannes Moser, było dla mnie, jako słuchaczki muzyki klasycznej, najbardziej wybuchowym doświadczeniem w życiu! Proszę o zapamiętanie tych dwóch nazwisk, ponieważ wszystkie koncerty z ich udziałem zawsze będą miały najwyższy poziom, podnosząc nasz poziom adrenaliny i ekscytacji sztuką muzyczną.

Autor: JOANNA KACZOROWSKA