Granie Hłaską

9

"Są większe zbrodnie niż palenie książek. Jedną z nich jest ich nieczytanie" - twierdził Josif Brodski, który skończyłby 24 maja 70 lat, ale dożył ledwie 56. Inną z książkowych zbrodni jest czasami tychże... pisanie.

"Są większe zbrodnie niż palenie książek. Jedną z nich jest ich nieczytanie" – twierdził Josif Brodski, który skończyłby 24 maja 70 lat, ale dożył ledwie 56. Inną z książkowych zbrodni jest czasami tychże… pisanie.

Zwłaszcza pisanie tendencyjne, z tezą założoną z góry. Tak było przed ponad dekadą z książką Barbary Stanisławczyk Miłosne gry Marka Hłaski. Henryk Dasko, znakomity hłaskolog, pisał w recenzji: "(…) to książka przedziwna, albowiem sam pisarz jest w niej na dobrą sprawę nieobecny. Można z niej dowiedzieć się (…) o jego emigracyjnych podbojach erotycznych, a także komu i gdzie dał w mordę – ale niczego o książkach, jakie na emigracji powstały" ("Zjedli gotowane jajka", Polityka, 10.4.1999 r.). Dasko widział w książce Stanisławczyk jedynie przykład "literackiego voyeuryzmu, czyli podglądactwa".

Książkę tę niedawno wznowiono i rozeszła się błyskawicznie. Dopiero teraz przeczytałem na stronie poświęconej pisarzowi (www.marekhlasko.republika.pl) opublikowany tam w połowie lutego szkic Andrzeja Czyżewskiego Gry, wcale nie miłosne, wokół Marka Hłaski. Czyżewski to brat cioteczny i autor biografii autora Pięknych dwudziestoletnich, zatytułowanej przewrotnie Piękny dwudziestoletni. Matki Hłaski i Czyżewskiego były rodzonymi siostrami. Spokrewnieni młodzieńcy wychowywali się razem, choć Marek był od Andrzeja młodszy o trzy lata. Po śmierci matki pisarza Czyżewski stał się jedynym spadkobiercą praw autorskich Hłaski i całego archiwum.

Z Czyżewskim przeprowadziłem kiedyś wywiad na temat jego książki. Powiedział mi, że starał się w niej polemizować z mitami i legendami, pisząc spokojnie, zestawiając jedynie te fakty, które mógł udokumentować. Tymczasem wznowienie książki Stanisławczyk na powrót dolało oliwy do ogniska mitów, plotek i legend, rozpalanego wścibskimi palcami klikających w klawiatury różnego rodzaju łowców sensacji. Czyżewski, człowiek dobrego serca, przy pierwszym wydaniu książki usprawiedliwiał autorkę tym, że "nie miała zbyt wielkiego rozeznania w sprawach dotyczących życia Marka i z młodzieńczym entuzjazmem zawierzyła we wszystkim opowiadającym o Marku ludziom, nie przypuszczając, że na przykład ludzie z tytułami profesorskimi mogą w taki sposób fantazjować czy po prostu kłamać – a niektórzy z nich okażą się donosicielami".

Wiem, że Barbara Stanisławczyk pracowała nad Miłosnymi grami… osiem lat. Przed wznowieniem książki mogło jej się już nie chcieć poprawiać i uzupełniać, wyjaśniać i prostować przekłamania z pierwszego wydania, dokonała tylko kosmetycznych retuszów. Pozostało, jak pisze Czyżewski, "mnóstwo szkodliwych i nieprawdziwych informacji", a właściwie mnóstwo błędów, niemal na każdej stronie (sic!). Czyżewskiemu nie może się w głowie pomieścić, że z takim zamiłowaniem usiłujemy "pisarza i jego twórczość zdeprecjonować i pomniejszyć, i zniesławić", zamiast chwalić się wybitnym Polakiem za granicą. Ba… A czy było kiedykolwiek inaczej? Nie znam rodzimego twórcy, robiącego karierę w kraju czy poza nim, którego by nie ściągano za nogawki do polskiego kotła, oblepiano pomówieniami, nurzano w brudach. Nie mogło udać się i Hłasce, przecież wyrósł za wysoko. Komuna odeszła, ale myślenie zakompleksione, zaściankowe, zawistne – przetrwało.

Czyżewski nie może się pogodzić z tym, że konstruowana przez władze PRL-u czarna legenda pisarza "usiłująca przedstawić go jako alkoholika, brutala, uciekiniera i zdrajcę (…) będzie trwała i nieoczekiwanie odżywała w niepodległej już Polsce". Przyczynia się do tego książka Stanisławczyk, ugruntowując wśród czytelników zupełnie fałszywy obraz pisarza. Jak twierdzi Czyżewski, Marek o swych najgłębszych przeżyciach po prostu w ogóle nie pisał – za to pisał książki: będąc na emigracji od 24. roku życia wydawał co roku nowy tytuł. Trudno znaleźć na wygnaniu równie pracowitego twórcę.

Zwraca uwagę na jedno ze źródeł przekłamań: "Świadomie rozpowszechniane historie, na ogół nieprawdziwe, mające zdeprecjonować i obrzydzić obraz pisarza niewygodnego dla władzy, pisarza, który chciał bezkompromisowo mówić prawdę o świecie, w którym żył i który chciał opisać. To była domena ludzi zawodowo donoszących. Otaczali oni Marka Hłaskę od momentu, w którym zaczął stawać się sławny, do końca jego życia. To byli też ludzie kierujący się zwykłą zawiścią zawodową. Zawiścią o rozgłos i powodzenie, o talent i zdolności, o sławę i znaczenie jako pisarza, o pieniądze".

Prostowanie przeinaczeń i przekłamań musiałoby mieć objętość niewiele mniejszą od samej książki. Ale nie jest to potrzebne. Bo jak pisał Henryk Dasko: "Nie jest ważne, ile Marek Hłasko miał kochanek, ile pił, po jakich knajpach chodził, z kim się bawił – ważne jest to, co po nim zostało, jego książki, jego wkład w polską literaturę i kulturę". Podobnie myślał Josif Brodski: "Jeśli poeta ma jakiekolwiek zobowiązania wobec społeczeństwa, jest to zobowiązanie, aby pisać dobrze". I nic poza tym.

Autor: Marek Kusiba