Jest w nas tęsknota

0
2
Fot. Zygmunt Malinowski
Maja Komorowska przed Konsulatem Generalnym RP w Nowym Jorku, 10 kwietnia br.

Z Mają Komorowską rozmawia Julita Karkowska

Przyjechała pani do Nowego Jorku, żeby wystąpić w katedrze Świętego Patryka na Manhattanie podczas koncertu upamiętniającego 5. rocznicę śmierci Jana Pawła II. W przeddzień doszło do tragedii pod Smoleńskiem. Program musiał się zmienić…

Ponieważ koncert został zorganizowany przez Konsulat Generalny RP, wspólnie z panią konsul Ewą Junczyk-Ziomecką uznałyśmy, że nie można pominąć tej tragedii. W związku z tym najpierw przemówiła pani konsul, po minucie ciszy zostały wymienione nazwiska wszystkich ofiar, a ja na zamknięcie tej części powiedziałam wiersz Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą księdza Jana Twardowskiego. Potem wróciliśmy do przygotowanego wcześniej programu poświęconego Ojcu Świętemu. Wybrałam trzy fragmenty poematów Karola Wojtyły. Było to dla mnie trudne, bo to wielka poezja, a mogliśmy przedstawić właśnie tylko fragmenty.

Zgromadzeni w katedrze – a trzeba dodać, że była wypełniona – przyjmowali je w wielkim skupieniu, a na koniec zgotowali pani owację na stojąco, z tym że była to owacja nietypowa. W miejsce zwykłego entuzjazmu wyraźnie pojawiło się uczucie…

Myślę, że w tej nieprzewidzianej sytuacji bardzo prawdziwie i przejmująco zabrzmiały słowa Karola Wojtyły o przemijaniu, o matce, o śmierci.

Wcześniej miałam okazję obserwować, jak Polonia przeżywała tę tragedię. Byłam w dwóch polskich kościołach, widziałam kwiaty, znicze pod konsulatem i nieustannie ciągnące się kolejki do ksiąg kondolencyjnych. Patrzyłam na setki małych flag, na każdej była mała czarna kokardka, ludzie je przygotowali, wykonali jakąś pracę. Kiedy jesteśmy w smutku, staramy się zaczepić o jakieś konkrety, działania. Potrafimy się łączyć.

Po raz pierwszy "policzyliśmy się", kiedy w 1979 r. przyjechał do Polski Jan Paweł II. I po raz pierwszy poczuliśmy się wspólnotą ludzi sobie życzliwych. A po raz drugi w takiej skali stało się to po śmierci Papieża. Co dla mnie było niezwykłe, że wtedy pojawiła się młodzież, która masowo włączała się na różne sposoby w ogólnonarodowe przeżywanie żałoby. Wszyscy zobaczyliśmy, jak w krótkim czasie młodzi ludzie stali się dojrzali. To było piękne.

Bohatersko znajdujemy się w sytuacjach trudnych, ostatecznych, a potrzebne nam też takie zwykle, małe, codzienne bohaterstwo w podejmowaniu trudnych spraw. Potrafimy być uczuciowi, myślę jednak, że powinniśmy się pilnować. Łatwo jest oddać się emocjom, ale to często jest powierzchowne. Przejmowaliśmy się, wzruszali, płakali po śmierci Ojca Świętego, a chciałoby się, żebyśmy potrafili iść śladami jego myśli. Kiedy nastąpiła tragedia pod Smoleńskiem, w tym symbolicznym dla nas miejscu i w symbolicznym czasie, znowu się zjednoczyliśmy. Teraz jest tylko pytanie, co z tym doświadczeniem zrobimy. Zmagamy się z bólem, zmagamy się, jak pięknie pisał Ojciec Święty, z nadzieją. Obserwując to, co dzieje się w Rosji, widząc tyle solidarności z nami ze strony zwykłych Rosjan, uczepiłam się nadziei, że w sprawie katyńskiej i sprawach polsko-rosyjskich dojdzie do zmian. Tu znowu przywołam słowa Jana Pawła II, że nie można niczego zmienić, jeśli każdy człowiek nie spróbuje dokonać jakiejś przemiany w sobie samym. Poza tym potrzebujemy wyobraźni serca, jak o współ-czuciu mówi Wisława Szymborska.

Pani ma tę wyobraźnię serca. Od lat działa pani na rzecz potrzebujących.

Ktoś kiedyś mnie spytał, jakie słowo najbardziej lubię. Odpowiedziałam "starać się". Jedno, pod czym mogę na pewno się podpisać, to, że staram się. Myślę jednak, że nie robię więcej od innych, tylko jestem bardziej zauważalna. W stanie wojennym, kiedy powstał Prymasowski Komitet Pomocy Internowanym i ich Rodzinom, rzeczywiście jeździłam do więzień w całej Polsce, ale w tym komitecie pracowało ogromnie dużo, cała litania ludzi. Staram się o tej swojej działalności za dużo nie mówić, bo mam poczucie, że jak człowiek opowie czymś dobrym, co udało mu się zrobić, to już w jakiś sposób sobie to zabiera. Często wracamy do kombatanctwa, bo jest w nas taka potrzeba, ale musimy z tym bardzo uważać. Wiemy, jaka jest nasza natura, więc tu trzeba być czujnym, żeby nie odcinać kuponów od przeszłości.

Życie stwarza sytuacje, które wymagają od nas wyboru, do czegoś przynaglają. Po latach rozumiem, że te wyjazdy do więzień były naprawdę trudne, ale wtedy, w tamtym czasie, w ogóle się nad tym nie zastanawialiśmy. Trzeba podjąć decyzję, zrobić pierwszy ruch – a on dyktuje kolejne. Przekonałam się o tym przy okazji zbierania pieniędzy na hospicjum onkologiczne. Zainicjowała je grupa osób związanych z komitetem przy kościele Świętego Marcina, a potem ruszyła cała lawina działań. Ludzie dzielili się pieniędzmi, kobiety przynosiły biżuterię. Ofiarność była niezwykła.

Jest jeszcze życie zawodowe. W filmie zadebiutowała pani w "Życiu rodzinnym" (1970 r.) Krzysztofa Zanussiego.

Na pewno Krzysztofowi wiele zawdzięczam. Kilka scenariuszy napisał z myślą o mnie. Wszystkie role, jakie u niego zagrałam, były dla mnie ważne…

… a wiele nagradzanych na festiwalach. Kreacja w "Za ścianą" przyniosła pani tytuł najlepszej aktorki w San Remo w 1971 r., w "Życiu rodzinnym" w 1972 r. w Łagowie, w "Bilansie kwartalnym" – w Gdyni w 1975 r., a za rolę w "Cwale" – w Gdyni i Toronto w 1996 r. i w 1997 r. Moskwie oraz Złotą Kaczkę – najstarszą polską nagrodę filmową, przyznawaną od 1956 r. przez najpierw tygodnik, teraz miesięcznik "Film" i jego czytelników.

Pracowałam także z innymi reżyserami – z Krzysztofem Kieślowskim, Andrzejem Wajdą, Tadeuszem Konwickim.

Studiowała pani na wydziale lalkarskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Po roku pracy w Teatrze Groteska związała się pani z zespołem Jerzego Grotowskiego, najpierw z Teatrem 13 Rzędów w Opolu, potem Laboratorium we Wrocławiu. Z niezwykłymi, poszukującymi scenami.

Swoje wykształcenie dopełniłam egzaminem eksternistycznym dla aktorów dramatycznych.

Pracy z Jerzym Grotowskim poświęciłam rozdział w książce Pejzaż (rozmowy z Barbarą Osterloff). Wróciłam wtedy do książki Grotowskiego Teksty z lat 1965-1969 i próbowałam sobie, z perspektywy czasu, uzmysłowić, co dla mnie było najważniejsze, co mi w mojej pracy artystycznej stale towarzyszyło i co udało mi się przenieść do tzw. normalnego teatru. Przywołam cytat z tej książki:

"Na pewno uczyłam się od niego sposobu myślenia, i to poczynając od sprecyzowania, czym teatr jest, czym może być, a czy nie jest. Jerzy Grotowski kładł nacisk na odrębność sztuki teatru. Jej sedno zawierało się dla niego w relacji widz – aktor. Bardzo ważna była przestrzeń gry, w której dochodziło do ich spotkania. Ważna była architektura, nie scenografia. Jerzy Gurawski dla każdego przedstawienia przygotowywał inne rozwiązanie architektoniczne przestrzeni. Muzyką były dźwięki, które sami tworzyliśmy – odgłos kroków, rekwizytów, oddechy, kompozycja ludzkich głosów… Siłą teatru jest, jak mówił Grotowski, odejmowanie, a nie dodawanie. I ta zdolność aktora do przeistaczania się na oczach widza…".

Potem był "normalny" teatr i współpraca z najwybitniejszymi reżyserami…

Po odejściu z Laboratorium grałam we wrocławskim Teatrze Współczesnym. Tam spotkałam się z Jerzym Jarockim, któremu bardzo wiele zawdzięczam – nie wiem, jak wyglądałaby moja przyszłość teatralna, gdyby nie to spotkanie. Tam pracowałam też z Helmutem Kajzarem. Potem był Teatr Polski – Krystyna Skuszanka i Jerzy Krasowski, a u niego m.in. ważna rola, męska, Hamma w Końcówce Becketta. W warszawskim Teatrze Współczesnym pracowałam z Erwinem Axerem, Maciejem Englertem, w Dramatycznym z Krystianem Lupą (Wymazywanie wg Thomasa Bernharda); ostatnio współpracowałam z Krzysztofem Warlikowskim. Miałam wielkie szczęście, że spotkałam tak wspaniałych ludzi teatru.

W książce "Pejzaż" Barbara Osterloff zauważyła, że często mówi pani o tęsknocie.

Tęsknota… To uczucie towarzyszy nam przez całe życie i siłą rzeczy ma wpływ na to, co robimy, na nasze poszukiwania. Im bardziej posuwamy się w czasie, im ta droga jest dłuższa, tym częściej wracamy do lat, w których wszystko jeszcze było możliwe. Te powroty w nas… do wspomnień, do ludzi, których już z nami nie ma. To poczucie, że coś przeminęło – t e n b r a k – jest ważny. Nie można się go pozbawiać. Ale można starać się go dopełniać.
D o p e ł n i a ć    t e n    b r a k.    Czy nie dlatego tworzymy?

Autor: Z Mają Komorowską rozmawia Julita Karkowska