Kalekie piękno

54

Biennale w Wenecji – najważniejszy na świecie przegląd sztuki najnowszej – w tym roku spontanicznie rozszerzyło swoje tradycyjne terytorium. Większość krytyków, marszandów i zwykłych turystów, po wizycie w Ogrodach (Giardini) i Arsenale, tym razem udawała się bowiem dalej, do Toskanii.

Tam, gdzie leży – mniej więcej w połowie drogi między Luccą i Carrarą – niewielkie malownicze miasteczko Pietrasanta. To miejsce już w epoce renesansu zyskało miano Nowych Aten, a to ze względu na sentyment, jakim darzyli go włoscy rzeźbiarze tamtego czasu. Tutaj właśnie, w Pietrasancie, w bliskim sąsiedztwie słynnych kamieniołomów Carrary – żył i tworzył Michał Anioł.

Nie do Michelangela pielgrzymowały jednak tego lata tłumy wielbicieli sztuki z całego świata, zjeżdżające co dwa lata na Biennale do Wenecji.

W tym skromnym toskańskim miasteczku, wśród kocich łbów, drewnianych okiennic i porannego zapachu kawy w malowniczych, obrośniętych dzikim winem i pelargoniami zaułkach, mieszkał i pracował, śladem licznych wybitnych poprzedników, światowej sławy rzeźbiarz współczesny – zmarły jesienią ubiegłego roku – Igor Mitoraj. Tak – wielkiej światowej sławy rzeźbiarz współczesny, wychowany w Grójcu, wykształcony w Polsce, uczeń Tadeusza Kantora. Choć tak się złożyło, że – przynajmniej do tej pory – nad Wisłą znacznie mniej popularny i w ogóle mniej znany niż gdzie indziej na świecie.

To się nieco zmieniło w ostatnich latach, zwłaszcza po dużej wystawie w Krakowie. W minionej dekadzie artystę nagrodzono za osiągnięcia dla kultury polskiej medalem Gloria Artis oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Jedna z prac artysty stanęła też niedawno na warszawskim Żoliborzu, z której to okazji w prasie artystycznej pojawiły się zdawkowe komentarze. Do mediów przebiła się też informacja o śmierci artysty w Paryżu. Niemniej w Polsce, jeśli już wspominano o Igorze Mitoraju, to albo w atmosferze sensacji, albo krytycznie.
Co innego we Włoszech, a zwłaszcza w Pietrasancie, gdzie jeszcze za życia otaczano rzeźbiarza kultem, porównywalnym chyba tylko z uwielbieniem wobec samego Michała Anioła. Trudno się dziwić. Pracownia artysty, przyjaciela Felliniego, ściągała do miasteczka tłumy turystów. Kiedy Mitoraj odszedł, burmistrz ogłosił w mieście oficjalną żałobę, a w smutku pogrążyły się całe Włochy.

Pogrzeb Igora Mitoraja (spoczął w Pietrasancie) stał się w jego przybranej ojczyźnie wydarzeniem rangi państwowej, a trwającą w tamtym czasie ogromną wystawę artysty w Pizie – tuż przy słynnej Krzywej Wieży – przedłużono o pół roku. Do organizacji wielkiej retrospektywy swojego najwybitniejszego (po Michale Aniele) obywatela zabrała się też Pietrasanta i równolegle z weneckim Biennale całe miasteczko i jego najbliższe okolice zmieniły się w wielką otwartą galerię dzieł rzeźbiarza. Malownicze zaułki, ceglana wieża kościoła i łagodne, porośnięte oliwnymi gajami i szpalerami cyprysów toskańskie pejzaże na trzy miesiące stały się w ten sposób tłem dla Aniołów upadających pod ciężarem egzystencji, Wojowników złamanych doświadczeniem codzienności i Erosów spętanych nadmiarem pragnień czekających na spełnienie.

W toskańskim krajobrazie ich obecność wywarła podobnie przejmujące wrażenie, jak wszędzie tam, gdzie trafiły wcześniej, bo dramat Mitorajowych brązów i marmurów wydaje się jednakowo oczywisty zarówno w kulisach krakowskich Sukiennic, jak w otoczeniu postmodernistycznej, zdehumanizowanej architektury londyńskiego Canary Wharf czy wśród wieżowców paryskiej La Defence.

Bo też armia rozpoznawalnych na pierwszy rzut oka bohaterów epopei Igora Mitoraja odgrywa przed nami wciąż tę samą „historię”. Jaką? To już – jak zawsze, gdy chodzi o sztukę – kwestia interpretacji. Aktorzy owej opowieści to – niezmiennie – postaci nawiązujące stylem i konwencją do greckiego antyku, tyle że, w przeciwieństwie do klasycznych marmurów i brązów, kalekie, cierpiące, zdefektowane, noszące wyraźne ślady zmagań z trudami egzystencji.

Jak odczytywać przesłanie tak zdefiniowanej twórczości? Ten antyk to u artysty na serio czy też raczej parodia? Hołd czy branie w nawias i opatrywanie znakiem zapytania? A sensy i znaczenia? Czy są naprawdę aż tak oczywiste, że nie pozostawiają miejsca dla interpretacji? Bo przecież trudno uznać, żeby przypowieść o ideałach sięgających bruku można było wyrazić bardziej wprost, niż czynią to rzeźby Igora Mitoraja…

Za to właśnie, za konwencjonalną, powtarzalną i bliską manierze formę oraz niedostatek treści krytycy nieszczególnie kochali mistrza z Pietrasanty.

Jego twórczość, konsekwentnie realistyczna, czy raczej surrealistyczna, figuralna i jawnie alegoryczna, nie bardzo wpisywała się też w konwencje artystyczne współczesności. A to dawało łatwy pretekst do traktowania artysty z dystansem. Że manieryczny, anachroniczny, płytki, wtórny…

Dopiero od niedawna zmienił się nieco ton wypowiedzi świata sztuki o dorobku Mitoraja. A zmienił się po pierwsze dlatego, że poszerzył się margines tolerancji dla twórczości popularnej, adresowanej do szerokiego odbiorcy. A po drugie – pojawili się wśród uznanych krytyków obrońcy współczesnego realizmu. Na czele z wysoko oceniającym twórczość rzeźbiarza z Pietasanty Donaldem Kuspitem, autorem słynnej Śmierci sztuki.

W ten sposób świat muzeów, galerii i opiniotwórczych magazynów artystycznych dostrzegł , a teraz próbuje jakoś „oswoić” i wpisać do kategorii współczesności brązy i marmury Mitoraja, co powinno przyjść o tyle łatwiej, że istnieje przecież dość licznie reprezentowana kategoria rzeźbiarzy uprawiających ten sam gatunek twórczości, który można by roboczo określić jako „monumentalną sztukę popularną”.

Z nowocześnie rozumianym realizmem w formie i dydaktyzmem w treści krytycy już wcześniej pogodzili się przecież w przypadku takich artystycznych sław współczesności, jak choćby Fernando Botero, Valdes czy – na lokalną, nowojorską skalę – Tom Otterness.

Teraz przyszła pora na Mitoraja.

Na dwóch ostatnich edycjach tutejszej Armory Show do prac wymienionych wyżej twórców dołączyły rzeźby mistrza z Pietrasanty.

Chyba dołączyły już na stałe, czego dowodem może być wystawa w Cara Gallery. Pierwsza w mieście od ponad dwudziestolecia. Galeria pokazała wprawdzie niewielki wybór prac artysty, ale zadbała o taką ich ekspozycję, że pomimo niewielkich rozmiarów zachowały one swój monumentalny charakter i siłę ekspresji. A to niezwykle ważne, bo owa ekspresja to chyba największy z atutów twórczości Mitoraja. Jego prace bronią się głównie dlatego, że zdolne są wzbudzać emocje masowej publiczności.

Ekspozycja jest więc, owszem, skromna, bo też sama galeria, działająca w zagłębiu artystycznym na Chelsea, w prestiżowej lokalizacji, tuż obok estakady parku High Line, jest niewielka. Niemniej znalazły się na niej prace charakterystyczne dla różnych technik i etapów twórczości Mitoraja, od brązów poprzez marmury po – rzadko wystawiane – prace na papierze. Cara Gallery pokazała też wszystko to, co w twórczości artysty z Pietrasanty najbardziej rozpoznawalne – klasyczny, sięgający antyku kanon rzeźbiarski i jego współczesną dekonstrukcję poprzez defragmentację (okaleczanie i owijanie w bandaże).

Kalekie marmury i ułomne brązy Mitoraja po tych zabiegach przypominają modne już w epoce renesansu wykopaliska rzeźbiarskie z czasów starożytnych, których klasyczna uroda została nadwątlona działaniem czasu. Jak w przypadku słynnej Nike z Samotraki czy ustawianych w willach bogatych florenckich bankierów połamanych kolumn jońskich i doryckich. Podobnie „zdekonstruowane” – pod wpływem tej samej mody – były już zresztą rzeźby Michała Anioła, wielkiego poprzednika Mitoraja w Pietrasancie.

Czy pomimo tych wszystkich odniesień, zapożyczeń i oczywistych skojarzeń dzieła Mitoraja pokazane w Cara Gallery są w stanie obronić tezę, że Igor Mitoraj „wielkim artystą był”? Trudno powiedzieć. Ale trzeba przyznać, że kuratorzy dostarczyli wszelkich możliwych argumentów na poparcie owej tezy. Z jakim skutkiem? A to już – jak zawsze zresztą – zależy wyłącznie od oceny publiczności.

***
Igor Mitoraj: Strength in Fragility
10 września – 17 października 2015
Cara Gallery
508 West 24th Street
Manhattan

Autor: BOŻENA CHLABICZ