Każdy kraj ma swoje mity

60

Trzeba mieć szczęście! A to mi dopisało, gdy przechodząc w Krakowie ul. Stolarską - obok Konsulatu USA - dostrzegłam bardzo dużo młodych ludzi zmierzających w stronę furty kościoła oo. Dominikanów.

Fot. Jacek Kozioł/East News

Norman Davies chętnie spotyka się ze studentami i czytelnikami w Krakowie, mieście, z którym jest szczególnie związany.

Trzeba mieć szczęście! A to mi dopisało, gdy przechodząc w Krakowie ul. Stolarską – obok Konsulatu USA – dostrzegłam bardzo dużo młodych ludzi zmierzających w stronę furty kościoła oo. Dominikanów.

Nie widząc na tablicach ogłoszeń żadnych plakatów czy zapowiedzi zagadnęłam jedną ze studentek:

– Z kim będzie spotkanie?

– Z Normanem Daviesem – odpowiedziała. Mijając mnie w pośpiechu jeszcze życzliwie dorzuciła: – Ale niech pani wchodzi od razu, bo z pewnością miejsc zabraknie.

W kapitularzu

W przepastnym korytarzu najstarszej świątyni dominikańskiej w naszej części Europy (dominikanie do Krakowa przybyli w 1222 roku!) kłębiły się już tłumy. Tuż przed wejściem do pomieszczenia służącego zakonnikom do rozmaitych zebrań zostało ustawionych kilkadziesiąt długich ławek. Wszystkie już były zajęte. O tym, aby przedrzeć się do kapitularza, gdzie Norman Davies miał wygłosić wykład na temat polskich mitów narodowych, nawet nie było co marzyć.

– Myślałem, że spotkam się z małą grupką studentów, że w taką marcową niepogodę nikomu nie będzie się chciało wyjść z domu. A tu proszę, co ja widzę… – tak setki zebranych (nie tylko ludzi młodych) przywitał ceniony autor książek dotyczących historii Polski i Europy. Profesor Uniwersytetu w Londynie, członek Akademii Brytyjskiej i Polskiej Akademii Umiejętności.

– Sami państwo rozumiecie, że w tej sytuacji nasz gość nie będzie podpisywał swoich książek – organizatorom spotkania od razu udało się "wykorzystać" to nieukrywane zaskoczenie brytyjskiego historyka. Oznajmili więc, co oznajmili. Tyle że mocno zmartwiło to ludzi, którzy przynieśli Boże igrzysko, Europę, Powstanie ’44 czy inne jeszcze dzieła pisarza, który z Krakowem związany jest od lat w sposób dość szczególny. Tu przecież poznał swoją żonę Marię (mają dwóch synów), absolwentkę polonistyki. Tu, na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiował, a nawet przygotowywał swoją rozprawę doktorską o wojnie polsko-bolszewickiej.

Zaskoczenie

– Skoro mam mówić o mitach, to zacznę od tego, że krakowska taksówka trochę szybciej pełza niż ślimak… – tak zażartował na początek gość z Londynu, który przed laty studiował w Oxfordzie, Grenoble, Perugii i w Krakowie, a teraz bez wahania przyjął zaproszenie Dominikańskiej Szkoły Współczesności, powstałej z inicjatywy Duszpasterstwa Akademickiego, a nawiązującej do tradycji głośnej w latach 70. i 80. "Beczki". Cykl spotkań poświęconych wybranym zagadnieniom współczesnej humanistyki, z udziałem wybitnych ludzi nauki, kultury i sztuki, jest objęty patronatem m.in. Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, Instytutu Tertio Millenio i miesięcznika Znak.

Żartobliwy początek spotkania – a porównanie taksówki z żółwiem przyjęto brawami, jako że mieszkańcy Krakowa na własnej skórze dotkliwie odczuwają uliczne korki – usprawiedliwił kilkuminutowe oczekiwanie. Zanim jednak zabrzmiał poważny ton wykładu o narodowych mitach jeszcze usłyszeliśmy:

– Stanowczo za dużo Polacy myślą i dyskutują o mitach. Wasze pokolenie (tu Norman Davies zwrócił się do studentów) powinno poznawać inne kraje, uczyć się języków obcych – najmniej trzech, a nawet i czterech. Wiecie, co mnie ostatnio najbardziej zaskoczyło na uniwersytecie w Sztokholmie? To, że językiem wykładowym jest tam angielski. Mają szczęście Amerykanie i Anglicy, prawda?

Nie historia a propaganda

Ostatnia uwaga wypowiedziana przez Walijczyka też rozbawiła publiczność. Ta uciszyła się dopiero wówczas, gdy profesor rozłożył przed sobą kartkę papieru, na której widniał spis mitów, o jakich chciał nam powiedzieć.

– Zacznę od Grunwaldu, od bitwy w 1410 roku…

Po tym stwierdzeniu wykładowca długo dowodził, że nie były to wcale polsko-niemieckie zmagania, a międzynarodowe. Po stronie zakonu krzyżackiego wszak walczyli Niemcy, ale również Francuzi, Flamandowie, Holendrzy, Szkoci, Irlandczycy, Walijczycy i Anglicy. Po stronie "polskiej" – i Polacy, i Litwini, i Białorusini, i Ukraińcy z Wielkiego Księstwa Litewskiego, a nawet Tatarzy, którym przewodził król Władysław Jagiełło wespół z księciem Witoldem.

– … dlaczego więc wciąż powtarzać nieprawdziwy mit, że niemiecko-polskie spory zaczęły się od czasów bitwy pod Grunwaldem? Dlaczego do tego mitu doczepiać kolejny, ten związany z rokiem 1914, a dokładnie z wydarzeniem, o którym młodzi ludzie w ogóle nic nie wiedzą. Bo czy wiecie, że niedaleko pól grunwaldzkich, we Frogenau (po polsku: Frygnowo – przyp. TB) na początku I wojny światowej doszło do wielkiej bitwy wojsk niemieckich z wojskami Rosji carskiej? Prawda jest jednak taka, że jak przygotowywano raport z tej bitwy dla niemieckiego sztabu, to celowo zamieniono nazwę Frogenau… na Tannenberg (polska miejscowość Stebark – przyp. TB), bo pod taką nazwą Niemcy znali Grunwald. Sfałszowanie (historii!) miało sprawić to, by uwierzono, iż bitwa odbyła się na tym samym polu, co walka z zakonem krzyżackim, i była rewanżem za przegraną przed wiekami. Cel propagandowy został więc osiągnięty. I Niemcy, i Polacy są przekonani, że ich walki trwają od wielu, wielu stuleci. A przecież nie jest tak! Dowodząc tego, sam kiedyś popełniłem esej o długiej przyjaźni polsko-niemieckiej. Pisałem go na podstawie faktów, a nie w celach propagandowych – tak profesor zakończył rozliczenie z pierwszym w swym "spisie" mitem.

Kto był ostatnim…

– Kto był ostatnim polskim królem?

– Stanisław August Poniatowski – tak na pytanie Normana Daviesa odpowiedziała nieomal chórem cała sala.

– Odpowiedź taką usłyszałem też od przewodnika na Zamku Królewskim w Warszawie, który wielokrotnie zapewniał grupę Francuzów, do której się dołączyłem, że wszystko w tym zamku jest w takim samym stanie, jak za czasów ostatniego króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego. A przecież to nie jest prawda – ostatnim królem, choć zdelegalizowanym przez Sejm Polski, był Mikołaj II Romanow, ostatni car Rosji, a przed nim jeszcze (od 1815 roku) Aleksander I Romanow i…

Prawda? Prawda. Ale…

Tu może z dziennikarskiego obowiązku przypomnę: podczas zaborów 1795-1815 carowie rosyjscy (tj. Katarzyna II i Paweł II) nie używali tytułu króla Polski. A choć po Kongresie Wiedeńskim ten tytuł zaczęli sobie przypisywać, to jednak z punktu widzenia prawa międzynarodowego była to… usankcjonowana uzurpacja. Wszak nie istniało wówczas niepodległe państwo polskie, a Królestwo Polskie było integralną częścią imperium rosyjskiego.

Polak-katolik?

Tym pytaniem Norman Davies zaczął obalanie kolejnego narodowego mitu. Czy rzeczywiście Polakiem jest tylko ten, kto jest katolikiem? Czy nie można być Polakiem nie będąc katolikiem? Mikołaj Rej, autor bodaj najpopularniejszego powiedzenia "iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają", nie był przecież wyznawcą katolicyzmu. Był luteraninem, a potem kalwinem – ale czy to znaczy, że nie był Polakiem?! A Józef Piłsudski, z pochodzenia Litwin, który odszedł od Kościoła katolickiego (do protestanckiego, aby móc poślubić za życia pierwszej – drugą żonę – przyp. TB)?

Profesor długo wymieniał nazwiska polskich patriotów. Na końcu wspomniał o kobiecie, którą poznał, gdy po raz pierwszy odwiedził nowojorski Instytut Józefa Piłsudskiego.

– Przyjęła mnie, nieco wówczas starsza ode mnie, ale nadzwyczaj urocza Meksykanka. Dobrze mówiła po polsku. Moje zdziwienie ustąpiło, gdy wyznała, że pochodzi z Wilna (jej ojciec był oficerem w pułku ułanów tatarskich) i tam chodziła do szkoły. Opowiadała mi o swojej edukacji i o obowiązkowej w wileńskim gimnazjum nauce religii; tej katolickiej uczył ksiądz, protestanckiej – pastor, prawosławnej – pop, muzułmańskiej – imam.

Po krótkiej opowieści o Meksykance-muzułmance mieszkającej w Nowym Jorku, a identyfikującej się też z Polakami profesor Davies z mocą podkreślił: – Stanowczo za mało wiecie państwo o tym, jak arbitralnie zmieniono Polskę po II wojnie światowej – stała się krajem narodowym, podczas gdy wcześniej obok siebie żyli ludzie różnych narodowości. Bardzo wielu Żydów za macierzysty język uznawało język polski.

Ideologia

– Najczęściej w Ameryce się mówi, że Polska jest antysemicka. To bardzo bolesny mit. I nieprawdziwy – takimi słowami doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, walczący słowem i piórem o historyczną prawdę, otworzył nowy wątek swoich rozważań. Przyznał, że bardzo długo zastanawiał się nad tym, jak zrodził się ten nieprawdziwy mit. Owszem, wie o tym, że zdarzają się w Polsce incydenty antysemickie, ale zdarzają się przecież także antyrosyjskie, antyamerykańskie, anty…

Incydenty mają miejsce również w innych krajach, bo każdy z nich ma swoje patologie, swoje problemy, a ludzie wady i grzechy. Dlaczego więc Polaków wskazywać palcem jako ludzi nietolerancyjnych, nienawistnych?

– To jest głęboka niesprawiedliwość! – Norman Davies z mocą podkreślił stwierdzenie oparte na faktach historycznych, ale i własnych przemyśleniach. Po chwili dodał: – A ta niesprawiedliwość bierze się… z ideologii syjonizmu. Z nacjonalistycznego ruchu, który powstał na początku XX wieku i dążył do przekonania Żydów z całego świata, by emigrowali do stworzonego pod koniec lat 40. państwa izraelskiego. W tym przekonywaniu Polska miała odegrać szczególną rolę, dlatego że tutaj właśnie zamieszkiwało najwięcej w świecie Żydów. W samym Krakowie to było około 30 procent jego mieszkańców.

Aby obraz lokalizacji Żydów Polsce był pełniejszy, uzupełnię wypowiedź profesora taką oto jeszcze statystyką: w Warszawie w roku 1939 mieszkało 31 proc. Żydów; we Lwowie – 32 proc.; w Białymstoku – 43 proc. W sumie 10 proc. ludności Polski (około 3,5 mln) to byli Żydzi.

Mit nowoczesny

Jedni mówią, że mity służą podtrzymywaniu tożsamości narodowej. Inni – że skupiają narody wokół jakiejś sprawy. Fakt: bywa w nich zawarta prawda, ale bywa też zakamuflowane kłamstwo. To ostatnie splendoru nie przynosi. Raczej szkodzi. Z zaciekawieniem słuchałam więc, jak narodowe mity na język historii przekłada uczony, o którym mówi się z szacunkiem, że rzetelnie, w zgodzie ze źródłowym, udokumentowanym przekazem podchodzi do faktów. I nie interpretuje ich na potrzeby polityki.

– Na naszych oczach tworzy się teraz mit "okrągłego stołu". Powstają, na skutek dzisiejszej polityki, nowe interpretacje wydarzenia z 1989 roku, które dobrze jeszcze pamiętam. Tymczasem każdy polityk, no prawie każdy – poprawia się profesor – lubi używać historii do konstruowania swoich argumentów. Tak, trzeba uważać… Zwłaszcza że transformacja, która nienajgorzej przeszła przez upadek poprzedniego systemu, nie skończyła się jeszcze.

Dodajmy, że jedna rzecz nigdy się nie transformuje. To ludzka natura…

Autor: TERESA BĘTKOWSKA