Literatura „z drugiej ręki”, czyli Nobel dla Swietłany Aleksijewicz

0
4

I nie chodzi wcale o to, żeby to był Nobel niezasłużony, przyznany za dorobek, którego wartość można by kwestionować. Albo że twórczość Aleksijewicz miałaby być niewarta gorącej rekomendacji. Wręcz przeciwnie. Książki reporterki z Białorusi powinny znaleźć się w ścisłym światowym kanonie literackiej twórczości najnowszej. A już szczególnie na półkach tych wszystkich fachowców od Europy Środkowej, którzy od lat usiłują zmierzyć się z fenomenem „homo sovieticus” i definicją „słowiańskiej duszy”. Bo Aleksijewicz, pisząc o Rosji (a ściślej Rosji w jej imperialnych granicach), pisze także o nas.

Problem z „powieściami dokumentalnymi” białoruskiej reportażystki jest natomiast taki, że to właściwie nie ona je – faktycznie – pisze. Grube tomy literatury faktu, na których widnieje jej nazwisko, składają się bowiem, niemal wyłącznie, z bezpośrednich, odtworzonych z magnetofonu relacji kolejnych bohaterów jej reportaży. Mówiąc inaczej – są to książki-cytaty. Cytaty dosłowne. Jakby w ogóle niepoddane najmniejszej nawet ingerencji ze strony autorki czy redaktora wydania. W trakcie lektury odnosi się więc wrażenie, że z literaturą w ścisłym rozumieniu, jako ze sztuką, kreacją poprzez słowo, łączy te książki niewiele. Albo nawet nic zgoła.

Medium w reportażach Aleksijewicz zdaje się być absolutnie „przezroczyste” w tym rozumieniu, jakie nadają mu słowniki teorii literackiej. Słowo jest tu – a przynajmniej czyni wrażenie, że jest – wyłącznie środkiem przekazu. Jakby autorka wzięła w nawias jego funkcję artystyczną, oddając pierwszeństwo treści. Jakby liczyło się tylko i wyłącznie to, co zostało powiedziane. Jakby Aleksijewicz z rozmysłem potraktowała słowo w sposób czysto instrumentalny. A więc – paradoksalnie – mało literacki. Dużo tych „jakby”…
A przecież literatura, a przynajmniej taka literatura, którą – w przeciwieństwie do innych form lektury – uznajemy za zjawisko artystyczne, nie tyle realizuje się i wyraża poprzez słowo, co koncentruje na słowie. To ono jest tworzywem pisarza. To ono legitymizuje wartość literackiej kreacji. Przynajmniej współcześnie.

Tymczasem u tegorocznej noblistki słowo jest – w tym rozumieniu – w zasadzie nieobecne, choć przecież jej reporterskie elegie i poematy składają się wyłącznie ze słów właśnie.

Mało tego. To nie są jej słowa. Obecność Aleksijewicz jest w jej utworach do tego stopnie nienachalna, że praktycznie niezauważalna. Autorka „istnieje” jedynie w tytułach, krótkich wprowadzeniach do kolejnych tomów i w samym zamyśle (projekcie, scenariuszu) swoich reportaży czy też raczej „reporterskich opowieści”.

W gruncie rzeczy te słowa należą więc nie do niej, a do narratorów owych opowieści. To ich – utrwalone na dyktafonie – osobiste wypowiedzi. Ich specyficzny język i frazeologia. Ich zdania, akapity, metafory. To mówią do nas oni, a nie ona. To oni tłumaczą się nam ze swojego życia, jak potrafią.

Rola autorki sprowadza się – tak to przynajmniej wygląda z perspektywy czytelnika – do usadzenia ich przed mikrofonem i postawienia pytań. I do tego – oczywiście – o co Aleksijewa pyta. Pyta zaś głównie o bolesną, nierozliczoną dotąd przez historię i nieprzyswojoną przez zbiorową świadomość, niedawną przeszłość. Na tyle odległą, że w oficjalnych przekazach zdążyła już zakrzepnąć w formie narodowych mitów, ale też na tyle bliską, że jest wciąż pamiętana przez jej uczestników i „sprawców”.

Jest to pamięć osobista, indywidualna, ale to właśnie suma takich jednostkowych pamięci (z całym dobrodziejstwem ich ułomności i przekłamań) składa się przecież na wizję historii jako takiej.

W ten sposób, po prostu stawiając mikrofon przed uczestnikami interesujących ją wydarzeń z radzieckiej historii i pozwalając jej świadkom mówić, co i jak z niej zapamiętali i co było dla nich ważne, Aleksijewicz „pisze” całkiem nową wersję najnowszych dziejów nie tylko Rosji, ale też – pośrednio – całego naszego regionu. Bo ta pamięć, choć różna, jest też trochę wspólna. Także wtedy, kiedy dotyczy wojny ojczyźnianej (Wojna nie ma w sobie nic z kobiety), współczesnych konfliktów w których stroną jest Rosja (Ołowiane żołnierzyki) czy katastrofy w Czarnobylu (Krzyk Czarnobyla). Ale zwłaszcza w przypadku Czasów secondhand – opowieści o świetności i upadku bloku sowieckiego.

Ten ostatni zbiór reportaży – noszący znamienny podtytuł Upadek czerwonego człowieka – powinien zostać wpisany na listę lektur obowiązkowych nie tylko zawodowych kremlinologów, ale też aktualnych i byłych mieszkańców owego bloku. Bo to nie tylko wstrząsający dokument stanu ducha Rosjan (i w ogóle – mieszkańców imperium) – „sierot” po Związku Radzieckim, ale również nieocenione źródło wiedzy o sowietyzacji w wymiarze jednostkowym. W Czasach secondhand bohaterowie – wszyscy, cała sześćdziesiątka – wspominają okrucieństwa czasów stalinizmu, ale, z drugiej strony, ich wypowiedzi emanują dumą z wielkości i osiągnięć Związku Sowieckiego.

„Słyszymy” więc, jak mówią: „Nienawidzę Gorbaczowa za to, że ukradł mi ojczyznę. Paszport radziecki przechowuję jako najcenniejszą rzecz. Tak, staliśmy w kolejkach po zsiniałe kurczaki i zgniłe kartofle, ale to była nasza ojczyzna. Kochałem ją”.

I dalej: „Żyjemy w najhaniebniejszym okresie naszej historii. Jesteśmy pokoleniem tchórzy i zdrajców. Taki wyrok wydadzą na nas nasze dzieci. Nasi rodzice sprzedali wielki kraj za dżinsy i marlboro i gumę do żucia. Tak powiedzą. Nie potrafiliśmy obronić ZSRR – naszej ojczyzny. To straszna zbrodnia. Przed oczami zawsze będę miał czerwony sztandar. Sztandar wielkiego kraju. Wielkiego zwycięstwa. Co oni zrobili z nami, ludźmi radzieckimi, żeśmy zamknęli oczy i pobiegli do tego pi…go kapitalistycznego raju? Kupili nas papierkami od cukierków, budami z kiełbasą, kolorowymi opakowaniami. Oślepili, zagadali (…). Wszystko wymieniliśmy na bryki i fatałaszki. Marzyliśmy, żeby otwarli u nas McDonaldy z gorącymi hamburgerami. Żeby każdy mógł sobie kupić mercedesa i plastikowe wideo. I żeby w kioskach sprzedawali porno. Rosji potrzebna jest silna ręka. Żelazna”.

Bohaterowie Czasów… ubolewają nad materialną nędzą egzystencji w epoce „gospodarki planowanych niedoborów”, ale jednocześnie z głębokim sentymentem wspominają, że w tamtej biedzie wszyscy byli równi i mieli poczucie godności.

Takiej właśnie lektury potrzeba światu (i pewnie nam samym), żeby w ogóle zrozumieć tak typową dla naszego regionu „ucieczkę od wolności” w objęcia demokratury (Białoruś, Węgry, a teraz także Polska). Bez podobnych świadectw niełatwo też pojąć uprawianą zwłaszcza przez najstarsze pokolenia mitologizację życia w Peerelu i swoistą, wyrażaną w powracających postulatach sprawiedliwości społecznej tęsknotę za komuną. Bez książek Aleksijewicz byłoby to znacznie trudniejsze, o ile w ogóle możliwe.

Czasy secondhand definiują także doświadczenie zbiorowe pokolenia dzisiejszych polskich pięćdziesięciolatków. Takie, na przykład, jak choćby pochód pierwszomajowy, który w tamtych, specyficznych czasach i okolicznościach miał w sobie coś uroczystego i zarazem budzącego najgłębsze emocje, zwłaszcza kiedy się miało zaledwie kilka lat. Kto tego doświadczył, rozumie, co miała na myśli autorka takiej oto opowieści: „Największe przeżycie mojego dzieciństwa to defilada na placu Czerwonym. Tato niesie mnie na barana, a do rączki mam przywiązany czerwony balonik. Kolor czerwony. Kolor rewolucji i przelanej w jej imię krwi (…). Po drodze do domu wstąpimy do sklepu i tato kupi mi ulubioną lemoniadę Buratino. W takim dniu mogłam dostać wszystko”.

Opowieści Aleksijewicz – jej surowe, posiadające walor dokumentu relacje z niedawnej, ważnej dla regionu i reszty świata przeszłości – reprezentują dość rzadkie, nawet dla reportażu, pisarstwo „przezroczyste”, swoiste „nie-pisarstwo”, jeśli można tak powiedzieć. Zarazem stanowią też jeden z nielicznych i zarazem modelowych przykładów tego swojego rzadkiego, ginącego gatunku. Tak się już – w zasadzie – nie pisze. Tak nie uprawia się literatury. Nawet reportażu. Nurt, który reprezentuje autorka, to nie dość, że zjawisko lokalne, ale nawet na Białorusi, gdzie powstało, też już w zaniku. Więc to lekki paradoks, że tego typu eksperymentalna i archaiczna zarazem forma reportażu właśnie teraz zdobyła uznanie komitetu noblowskiego. W ten sposób nagrodzono, w gruncie rzeczy, zbiorowego narratora twórczości Aleksijewicz, i jego przejmujące świadectwo czasów upadku Związku Radzieckiego, uczynione z perspektywy zwyczajnego, prostego człowieka. Świadectwo, którego nie sposób nie docenić.

Jednak – z drugiej strony – aktualny kontekst polityczny, w jaki wpisuje się nagroda dla białoruskiej dysydentki, skądinąd piszącej po rosyjsku, a na rodzimej Białorusi wydawanej w drugim obiegu, sugeruje, że jest to Nobel przyznany bardziej za przejmującą, odkrywczą, ważką treść niż za formę. A więc – tak naprawdę – głównie za politykę, a dopiero w dalszej kolejności za literaturę.

Nie pierwszy to zresztą przypadek, kiedy w dziedzinie tej akurat nagrody estetyka ustępuje przed etyką. Takie mamy, skomplikowane, czasy. Na szczęście – między innymi dzięki literaturze Swietłany Aleksijewicz – nie są to już – mimo wszystko – czasy secondhand. Więc jednak tym razem komitet, chyba, się nie pomylił.

Autor: MARIAN POLAK-CHLABICZ