Nadzieja nadal potrzebna

13

Z Karoliną Naziemiec, polską wokalistką jazzową i altowiolistką, mieszkającą od 15 lat w Los Angeles, rozmawia Bożena U. Zaremba.

– Twoja nowa płyta z piosenkami wojennymi, głównie po angielsku, nosi tytuł, „Songs of Hope”, czyli „piosenki nadziei”. Nadziei – na co?
– Nadziei na lepsze jutro, nadziei na szczęście, nadziei na odzyskanie lub znalezienie miłości. To jedno z głównych przesłań tego albumu. Tematyka piosenek w nim zawartych związana jest z okresem II wojny światowej, kiedy ludzie przechodzili przez wszystkie trudy i zawirowania nie wiedząc, jakie będzie jutro. Mieli tylko nadzieję, że będzie dobrze, albo – chociaż lepiej.

– Nie wszystkie piosenki pochodzą z tego okresu.
– Tak, to prawda. Dwie piosenki nie są związane z II wojną światową – If You Go Away i Morning Star, ale one też mówią o nostalgii, oczekiwaniu, trwodze i trosce o to, że ludzie, których kochamy, mogą odejść. Piosenka If You Go Away szczególnie jest mi bliska, bo utraty najbliższych sama boleśnie doświadczyłam w ostatnich latach, z dala od Polski. W 2007 r. zmarła moja babcia, a w 2012 moja mama. Myślę, że po tych przeżyciach mogę lepiej zrozumieć tych, którzy stracili swoich bliskich, zrozumieć, co czują i co tracą bezpowrotnie.

– Jest to jedyna piosenka na tej płycie, którą śpiewasz w trzech językach.
– Tę piosenkę szczególnie wybrałam, raz ze względu na osobiste powiązania, ale też dlatego, że taka aranżacja, w trzech językach, z tego, co wiem, nie istnieje. Oryginalnie była napisana po francusku, polskie tłumaczenie Wojciecha Młynarskiego jest znakomite, a tekst angielski też świetnie pasuje do przesłania. Język francuski bardzo mi się podoba i uważam, że do piosenki – formy, jako takiej – dobrze pasuje. Nie wszystkie piosenki dają się dobrze przetłumaczyć i nie wszystkie da się łatwo zaśpiewać w każdym języku. Natomiast w tej, mimo że tekst jest trochę zmieniony, główna treść i intensywne emocje przekazane są w każdym języku jednakowo. 

– Jak zrodził się pomysł na tę płytę?
– Chciałam złożyć hołd bohaterom II wojny światowej – tym, którzy zginęli, i tym, którzy przeżyli. Minęło już 70 lat od jej zakończenia i widzę, chociażby na przykładzie Polonii amerykańskiej w Los Angeles, że coraz mniej żyje ludzi, którzy w tej wojnie brali udział.

– Do kogo płyta jest skierowana?
– Myślę, że jest to płyta do odbioru wielopokoleniowego. Moje pokolenie także zostało naznaczone wojną, chociaż ja sama oczywiście wojny nie przeżyłam. Ale wiele o niej słyszałam od moich dziadków. Natomiast pokolenie moich rodziców, już powojenne, zna problemy związane z tym, jak się dochodzi do normalności po wielkich spustoszeniach wojennych. Chcę tę płytę skierować także do młodych ludzi, bo większość tych piosenek jest coraz mniej znana. Chciałam więc je przedstawić, przypomnieć, i też odświeżyć, bo nadałam im bardziej współczesne brzmienie, przez podnoszące na duchu aranże i szybsze niż zazwyczaj tempo.

– Twój wokal mieści się bardziej w estetyce piosenki europejskiej – francuskiej czy polskiej – niż anglosaskiej. Na myśl przychodzi raczej Grażyna Auguścik niż Sarah Vaughan czy Vera Lynn, oryginalna wykonawczyni „The White Cliffs of Dover”.
– Jestem przede wszystkim Polką, wychowałam się w polskiej kulturze i większość swojego życia spędziłam w Polsce, co na pewno miało największy wpływ na ukształtowanie się mojego stylu i na to, jaka dusza we mnie tkwi. Z pewnością jest to dusza słowiańska. Poza tym zawsze przykładałam dużą wagę do tego, żeby głos był śpiewny i liryczny, a nie wykrzyczany, co szczególnie słychać u współczesnych wokalistek popowych. Moja płyta jest kontrą w stosunku do tego, co jest teraz najbardziej popularne, najbardziej wzięte i może najbardziej przyswajalne przez młodzież i w ogóle przez ludzi XXI wieku, u których wszystko musi się dziać szybko i głośno. Nie jest to na pewno łatwa płyta, bo nad nią trzeba się trochę zadumać, żeby usłyszeć to, co chcę przekazać.

– Z wykształcenia i zawodu jesteś altowiolistką. Jak to się stało, że zaczęłaś śpiewać?
– Pochodzę z rodziny muzykalnej i, aczkolwiek jestem pierwszym muzykiem zawodowym w mojej rodzinie, muzyka była zawsze istotną częścią mojego życia. Otoczona byłam śpiewem. Teraz się siedzi przed telewizorem albo komputerem, albo wysyła SMS-y, a ja pochodzę z rodziny, w której się jeszcze razem siadywało i śpiewało piosenki, czy to były kolędy, czy piosenki partyzanckie, czy biesiadne. Moi rodzice, którzy pochodzą z krakowskiego środowiska studenckiego i często jeździli na rajdy, znali masę piosenek i pięknie śpiewali. Na studiach muzycznych w Warszawie interesowałam się jazzem i chciałam dodatkowo pójść w kierunku wokalistyki jazzowej, ale w tamtych czasach, w Polsce, był wyraźny podział – jak jesteś instrumentalistką, to masz nią być i nie rozdrabniać się. W Stanach ludzie traktują to jako dodatkowy talent, a nie coś, co może przeszkodzić w byciu dobrym muzykiem. Kiedy studiowałam na Uniwersytecie Południowej Kalifornii (USC), spotkałam Carmen Bradford, wokalistkę czysto jazzową, która entuzjastycznie wypowiedziała się na temat mojego głosu. To dodało mi skrzydeł.

– Jak odnajdujesz się, jako cudzoziemka, na tym rynku?
– Jako wokalistka staram się zaistnieć, bo jako instrumentalistka wypracowałam sobie już jakąś pozycję. To, że język angielski nie jest moim pierwszym językiem, a większość standardów jest śpiewana w języku angielskim, stanowi pewną trudność. I wymowa, i czasem akcenty są dla mnie wyzwaniem. Przyjechałam do tego kraju już jako dorosła osoba i pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. Ale mam wspaniałego mentora i przyjaciółkę, z którą pracowałam przygotowując się do tego projektu. Po prostu muszę pracować dwa razy ciężej niż Amerykanie.

– Co może twoją płytę wyróżnić na amerykańskim rynku muzycznym?
– Myślę, że spójność tematyczna tego albumu. To nie jest po prostu śpiewanie standardów jazzowych, tak ad hoc, tylko bardzo strukturalnie ułożony materiał, i tematycznie, i muzycznie.

– W jaki sposób zebrałaś muzyków?
– Większość z tych osób jest mi znana ze świata muzycznego Los Angeles, czy to z USC, czy z sesji nagraniowych – do filmów fabularnych, telewizyjnych i animowanych – w których uczestniczę jako altowiolistka. Ponieważ jestem wykształconym muzykiem i doceniam wysoki poziom estetyki muzycznej, moim marzeniem było nagranie z muzykami, których wysoko cenię. I udało się! Miałam dużo szczęścia, że mogłam zgromadzić śmietankę jazzmanów Los Angeles. Każdy z nich jest zabiegany i samo zorganizowanie sesji nagraniowej, kiedy wszyscy mogli się pojawić w tym samym czasie i w tym samym miejscu, graniczyło z cudem.

– Czy to, że zdecydowali się z tobą współpracować podyktowane było względami muzycznymi, czy też misją, jaka stoi za tą płytą?
– Myślę, że w pierwszej kolejności tym, że znali mnie z poprzednich projektów i mieli dla mnie uznanie i sympatię. Mimo że mówiłam im wcześniej, jakie przesłanie ma ta płyta, do większości dotarło to dopiero w trakcie nagrań. Na przykład Peter Erskine, który jest świetnym perkusistą, po nagraniu materiału do płyty powiedział, że ma ona w sobie bardzo dużo serca. Usłyszeć coś takiego z ust muzyka, który współpracuje z samą Dianą Krall, było dla mnie ogromnym komplementem.

– Czy dzisiaj taka nadzieja jest nam potrzebna?
– Zdecydowanie tak. Chociaż II wojna światowa skończyła się 70 lat temu, żołnierze amerykańscy i polscy walczą na różnych frontach. Ciągle nie mamy światowego pokoju i wiele krajów przeżywa te same rozterki. Popatrzmy chociażby na ostatnie ataki terrorystyczne. Jest to smutne i przytłaczające, że w XXI wieku, mimo że powinniśmy się uczyć na błędach, zrozumieć, że przemoc i wojna nie są odpowiedzią w żadnej sytuacji, na całym świecie toczą się walki, ludzie giną, tracą swoich bliskich. Im ta nadzieja jest potrzebna.

***
Więcej na temat artystki na: www.karolinanaziemiec.com. Płyta dostępna jest na stronie wydawcy Rhombus Records: http://www.rhombus-records.com/artists24.htm#257, oraz na Amazon i iTunes.

Autor: Bożena U. Zaremba