Nowości polskiej polszczyzny

0
1

Często zbacza na manowce, by dopiero z czasem eliminować to, co niepotrzebne, naprawiać pomyłki i w końcu zawracać na prostą. Muszę jednak wyznać, że tym razem moja dobra wola wystawiona była na próbę cięższą, niż się spodziewałam. Owszem, spotkałam wielu ludzi, którzy interesująco rozmawiali ze mną po polsku, sprawnie budując zdania ze słów, które nie były mi obce. Za takie rozmowy jestem im głęboko wdzięczna. Jednakże to, co słyszałam na ulicy, czytałam na społecznościowych forach, w codziennych gazetach i kolorowych periodykach (tzw. kolorówkach), zachwiało moją wiarą w przetrwanie naszej polszczyzny. Może to już nowy język, którym mówią rodacy? Może trzeba się go uczyć jak łaciny albo francuskiego?

Teraz, już w domu, opanowawszy wcześniejszą panikę, zaczynam porządkować wrażenia i spostrzegam, że w Polsce natknęłam się na wiele różnych języków. Wśród nich – na nienawistną mowę politycznej walki i ugrzeczniony, ale pokrętny, język urzędowy. Podsłuchiwałam mowę przechodniów na ulicy, spostrzegałam styl sklepowych szyldów i ogłoszeń, słownictwo prasowych i telewizyjnych komunikatów. Wszędzie pełno dziwnie poskracanych polskich słów (“spoko” – spokojnie, “wporzo” – w porządku), poprzekręcanych słów angielskich, jak znane od dawna “sorki” (przeprosiny wywodzące się od sorry) czy najmodniejsze ostatnio “iventy”. W mieszkaniach, na stadionach, a nawet w Sejmie odbywają się te “iventy” – rodem prosto z angielskich events. Powstały już nawet “agencje iventowe”, które organizują “odlotowe (nadzwyczajne) iventy”. Innymi popularnymi angielskim słowami, na które ciągle natykamy się w prasie, są “mainstreamy” i “newslettery”. Czyta się “mainstreamową prasę”, czyli tę najważniejszą, chodzi do teatru na “mainstreamowe sztuki”, a prenumeruje “newslettery” przeróżnych “firm” (bo rzeczownik “firma” powszechnie opanował prywatne miejsca pracy). Krytykując telewizyjne wystąpienie Donalda Tuska mówiono, że premierowi zabrakło “poweru”, czyli siły. W modzie jest też wiele pretensjonalnych słów i wyrażeń, które często dają nieprzewidziane, komiczne efekty. Zamiast słowa możliwość, funkcjonuje “opcja”: “Mam taką opcję, żeby pójść na koncert”. Równie dziwnie i pretensjonalnie stosuje się słowa “sesja” i “akceptacja”. Widziałam ogłoszenie: “Sesje ślubne i ciążowe. Płatność po akceptacji”. W podwarszawskiej miejscowości natknęłam się na restaurację “Sushi w Ząbkach”, a na innej prowincji zaintrygowało mnie ogłoszenie: “Centrum Konferencyjno-Hotelarskie Sułtan”.

Szczególnie przykrym problemem dzisiejszej polszczyzny jest nienawistne słownictwo i frazeologia politycznej dysputy. W sporach między rządzącą Platformą Obywatelską a opozycyjnym Prawem i Sprawiedliwością padają złe słowa, toczy się zacięta “polsko-polska wojna”. W gniewie i zacietrzewieniu pojawia się lingwistyczny horror. Przedstawiciele PiS malują obraz kraju na granicy upadku, w którym szerzą się “tajne spiski i zdrady”, dokonywane są “niebywałe zbrodnie”. Polska w ich propagandzie jest “krajem zniewolonym”, “niemiecko-rosyjskim kondominium”. Rzekomo uległy Rosji prezydent nazywany bywa “KomoRuskim”, a premier – “mordercą”. Wspominana przy każdej okazji tragedia smoleńska przysłania istotne problemy kraju – rosnącą inflację czy los bezrobotnych. Na wszelkie sposoby dyskutowane jest i dowodzone “kłamstwo smoleńskie”. Słowa “mgła”, “brzoza” czy “trotyl” nabierają znaczeń całkiem różnych od podstawowych i są teraz instrumentami zamachu, a powtarzane w nieskończoność służą manipulacjom na temat sprawców i metod smoleńskiej katastrofy. Z drugiej strony, w ustach rzeczników PO Polska jest szczęśliwą “zieloną wyspą”, która rozwija się i kwitnie wśród krajów pogrążonych w kryzysie i niepewności.

Takie i tym podobne skrajności poglądów i ocen doprowadziły do głębokiej polaryzacji społeczeństwa. Jedna jego część bez zastrzeżeń wierzy w ukartowane zamachy, polityczną nieudolność, gospodarczą klęskę i głosi konieczność obalenia rządu, by “odzyskać Polskę” – choć nie wiadomo przez kogo zniewoloną – gdy druga jego część raczej beztrosko korzysta z osiągnięć wolnego rynku i odniesionych sukcesów. Dawni “eurosceptycy” przeobrazili się w “prawdziwych patriotów”, którzy posiedli jedyną prawdę na temat polskiej polityki, historii i tradycji. W dniu narodowego święta 11 listopada na ulicach Warszawy krzyżowały się w pozornie groźnych starciach manifestacje “narodowców” i “faszystów”, “skinów” i “kiboli” z pokojowo i ugodowo nastrojonymi uczestnikami prezydenckiego pochodu ciągnącego od pomnika Piłsudskiego i Grobu Nieznanego Żołnierza do pałacu prezydenckiego.

Młodzieżowi “antyfaszyści” mijali się z grupami “narodowców” i “prawdziwych Polaków” zmierzającymi ku pomnikowi Dmowskiego, patronującemu ruchowi nowej narodowej demokracji i Młodzieży Wszechpolskiej. Uzbrojeni po zęby policjanci w czarnych uniformach, kominiarkach i hełmach obserwowali, zza potężnych tarcz, manifestantów, jakby rzeczywiście miało dojść do krwawej rewolty na ulicach stolicy. Obraz ten budził zdumienie, bo nie czuło się zagrożenia. Wśród niby groźnych demonstrantów rozpoznawałam raczej skłonnych do draki młodych ludzi, którzy chętnie przeżyliby coś podniecającego i pobili się z policją, w ich języku zwaną teraz “bagiety” albo “szkieły”.
Na dziś tyle pierwszych wrażeń i obserwacji z mojej językowej podróży do Polski, a że mam ich dużo więcej – ciąg dalszy nastąpi. A na razie:

Polszczyźnie i jej życzliwym Czytelnikom
życzę zdrowia i wszelkiej pomyślności w nowym roku!

PS. Przez wspomniane wyżej podróże zaniedbałam się w pisaniu “Naszej polszczyzny” i dotąd nie uzupełniłam felietonu “O drzewach”, na który zareagowali Czytelnicy nadsyłając informacje, jakich zabrakło w jesiennym felietonie. Pani J. R-C. z Princeton do listy drzew dodała: czeremchę (chiński jedwabnik), która po angielsku nazywa się bird cherry, black cherry lub chokecherry, głóg – angielski hawhorn (owoce to haws), morwę – mulberry (jedwabnik morwowy nazywa się silkworm moth) oraz olchę (olszę) – alder. Dziękuję. Natomiast panu R.W.H. z Jamaiki na Queensie jestem wdzięczna za wskazanie cennej książki, która pomaga w rozstrzyganiu wątpliwości nazewniczych w języku polskim, angielskim, niemieckim i rosyjskim. Jest to Drzewoznawstwo pod redakcją S. Białoboka i Z. Hellwiga wydane w Warszawie w roku 1955 przez Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne. Przypominam, że sama polecałam kiedyś Czytelnikom podobne wydawnictwo dotyczące ptaków i grzybów.

Autor: KRYSTYNA S. OLSZER