O pożytkach peregrynacji

21

Wyjaśnijmy na wstępie, że nie zwykłą podróż, wędrówkę czy włóczęgę mamy na myśli. Jeśli już mielibyśmy pozostać przy definicji słownikowej, chodziłoby nam raczej o pielgrzymkę, której celem jest akt poznania, dotarcie do istoty rzeczy, zgłębienie prawdy o nas samych i otaczającym nas świecie. Byłoby to więc pielgrzymowanie szczególne, zmierzające tropem, czy ściślej mówiąc: myślą dociekliwą i lotną oraz stylem błyskotliwym mistrza.

Zbiór Pod kreską zawierający wybór tekstów Wojciecha Ligęzy z lat 1996-2013, w większości drukowanych na łamach łódzkiego periodyku Tygiel Kultury, pozwalając odbyć ową podróż niezwykłą, dostarcza równocześnie wielu satysfakcji. Przede wszystkim radości czytania, obcowania z piękną frazą, imponującą wiedzą autora, który czuje się swobodnie zarówno w sferze sztuki, filozofii, literatury, historii, polityki, jak szeroko rozumianej powszedniości. Co więcej, pisząc na tematy zdawałoby się pozornie błahe, by nie rzec: banalne, potrafi sięgać do spraw i prawd głębokich, fundamentalnych, dotyczących ludzkiej kondycji i jej historycznych i ontologicznych uwarunkowań. Przesada? Bynajmniej. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po pierwszy z brzegu przykład, choćby po Pływanie. Ów felieton, esej, rozprawka, tekst, jakkolwiek by nazwać to profesorskie pisanie, urzeka urodą i bogactwem języka, głębią myśli, precyzją diagnoz, zwalającą z nóg erudycją, która wiedzie nas z wdziękiem w rzadko odwiedzane rejony światowej i rodzimej literatury.

W niezobowiązujących zdawałoby się refleksjach na temat pluskania profesor Ligęza ukazuje w sposób lekki, dowcipny i zarazem przenikliwy związki człowieka z żywiołem wody. Przywołuje, jakby to był zabieg najnormalniejszy w świecie, cytaty z Kąpieli Paula Valéry’ego, odwołuje się do prozy Andrzeja Bobkowskiego, Alberta Camusa, Franza Kafki, do wierszy Adama Zagajewskiego, Juliana Przybosia, Tadeusza Peipera, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Anny Świrszczyńskiej i Czesława Miłosza. Bądźmy jednak precyzyjni, wszak takie określenia, jak „przywołuje czy „odwołuje”, właściwie nic nie znaczą. Dopiero, gdy stwierdzimy, że w pisarskim tyglu krakowskiego uczonego wszystkie te smakowite ingrediencje, po magicznym wymieszaniu, przybierają postać odkrywczych, wibrujących inteligencją, rozmachem i celnością asocjacji, wyrażonych nienagannym stylem rozbiorów, dociekań i diagnoz – zaledwie w części oddamy efekty jego tajemniczych, jeśli wręcz nie metafizycznych przedsięwzięć.

Bo trzeba i należy rzec więcej: oto wybitny uczony, autor znakomitych książek Jerozolima i Babilon. Miasta poetów emigracyjnych; Jaśniejsze strony katastrofy. Szkice o twórczości poetów emigracyjnych; O poezji Wisławy Szymborskiej. Świat w stanie korekty oraz setek wnikliwych, wyznaczających najwyższe standardy badawcze esejów i szkiców poświęconych najważniejszym zjawiskom i postaciom polskiej literatury współczesnej w kraju i na obczyźnie objawił się nam w nowym wcieleniu. Jakim? Dysponującego znakomitym warsztatem, fascynującym językiem i na wskroś oryginalną wyobraźnią pisarza.

Wysnuwamy taki wniosek, choć sam zainteresowany zapewne zakpiłby sobie z niego setnie. Pisanie swoje traktuje bowiem z właściwą jego temperamentowi skromnością, przekorą i lekką rezerwą. W tytułowym wprowadzeniu tłumaczy genezę rubryki, która w piśmie zwała się Inną historią. Inną, czyli mniej oficjalną, jakby wziętą bardziej z peryferii niż z centrum, w myśl mądrej zasady, że „drobne fakty mają większe znaczenie, niż się przypuszcza”. Tom Pod kreską jest tego sugestywnym dowodem.

Dywagując na temat charakteru i gatunku prezentowanych w książce tekstów, Wojciech Ligęza stwierdzi: „Nie wiem, czy w tym zbiorze są to formy esejowate, może eseje pomniejszone, zapiski quasi-diarystyczne, reportażowe kawałki, okruchy wspomnień znalezione w śmietniku pamięci, fragmenty rozmów, notatki z lektur, migawki z życia, zauważenia, komentarze do zdarzeń – najczęściej prywatnych. Może – jak zalecał Bohumił Hrabal – układam mini-opowiadania na różne okazje, wyobrażając sobie, że do czegoś czytającym mogą się przydać. Jako produkt powstaje hybryda, a piszący stara się zadzierzgnąć przyjazną więź z czytelnikami”.

O ile ten fragment autorskiego autokomentarza możemy przyjąć bez zastrzeżeń, o tyle kilka stwierdzeń następnych budzi już nasz sprzeciw.

„Autor pozostaje amatorem, nie zna właściwych i poprawnych odpowiedzi. Raczej próbuje prawdy, zbliża się do jakiegoś punktu, skąd mogłaby brać początek poważna rozmowa. Albo na odwrót – udaje on tylko, że nie wie i z materiału na jakąś opasłą dysertację wyrywa twierdzenia na chybił trafił, droczy się z powagą wykładu, tańczy z dziełem, które nie powstało. W obu wypadkach nieodparte jest wrażenie myślowej prowizorki”.

Podroczmy się nieco z autorem: jest w naszym przekonaniu zdecydowanie inaczej. Bo choć w istocie „Rygor gatunku pozostaje tu nieuchwytny”, a „Spostrzeżenia nie lubią maszerować w równym szyku, zaś wypowiadane sądy niczego nie rozstrzygają”, całość jest niezwykle spoista i koherentna, prowokująca do głębokiego namysłu nad celem i sensem naszej ziemskiej krzątaniny.

Koncentrując się na drobiazgach, marginaliach, bezużytecznych (dziś) przedmiotach, upływie czasu, ale także relacjonując swoje wrażenia z wystaw i festiwali, przekazując refleksje o przeczytanych książkach, wysłuchanych koncertach muzycznych, rozważając widoczne gołym okiem skazy współczesnej cywilizacji i narzuconego przez nią (bez)stylu życia (niepraktyczność wartości, anachronizm potrzeby piękna, zbędność wyobraźni i myślenia o rzeczach niepochwytnych i niematerialnych), podobnie jak wsłuchując się z uwagą w głosy natury, podziwiając i nazywając jej nieogarnione bogactwo, wnikając w świat naszych małych, czworonożnych braci i ich fizyczne i duchowe potrzeby (przeuroczy, świetny literacko Dziennik Gawota, psa państwa Ligęzów) – tworzy zapis historii innej, jakby odległej, lecz równocześnie bardzo współczesnej. I niezmiernie ważnej. Bo oto z tych zapisków, będących szkołą uważnego rozglądania się wokół, mądrej kontemplacji i twórczego ćwiczenia pamięci wyłania się obraz niezwykle treściwy, świadczący o naszych problemach nie wyimaginowanych, lecz rzeczywistych, w swojej wymowie uniwersalnych i zarazem polskich. Przykładów przytoczyć by można wiele, ale ograniczmy się do zaledwie dwu sąsiadujących ze sobą tekstów.

Oto Maszyna do pisania i Mała portable, wzruszająca elegia na odejście jeszcze do niedawna firmowego atrybutu pisarskich zmagań. Teksty te traktują, co prawda, o maszynach, które zastąpiły tradycyjne gęsie pióro, a raczej jego dystyngowanych następców (watermany, pelikany, piloty czy parkery), lecz równocześnie temat główny staje się w nich jakby pretekstem, impulsem pobudzającym obszerne i zróżnicowane pola wątków, motywów, asocjacji, anegdot, przypomnień dotyczących historii, literatury, ciekawych epizodów z biografii znanych twórców, także dyskretnych napomknień do losów autora książki.

Nie należy się tedy dziwić, że tenże, związany tak wieloma emocjonalnymi więzami z bezużyteczną dziś, spędzającą zasłużoną emeryturę w szafie maszyną do pisania, poddaje się nieco melancholijnej refleksji o skutkach mijającego czasu. I zadaje fundamentalne skądinąd pytania. „Czy ktoś przy zdrowych zmysłach przechowywać będzie wysłużone klawiatury do komputera? Po jakich śmietnikach świata walają się szczątki naszych pecetów? Gdzie ręka pisząca pozostawi ślad?”.

Zatrzymajmy się przy tym ostatnim pytaniu, jako, że jawi się ono w różnych modyfikacjach w wielu miejscach książki i wiąże z tym, co określić by można doświadczanymi przez nas przeobrażeniami współczesnej cywilizacji. Dokumentowany przez autora ich obraz nie napawa optymizmem. „Gdy napotkamy bliźniego swego, doznamy przykrości” – czytamy w otwierającym zdaniu Rozmów europejskich. A zaraz potem: „Gdziekolwiek postawisz swą stopę zostaniesz wzgardliwie zelżony. Wściekłość i wrzask wypełniają dni zwykłe naszej ojczyzny”. Mniejsza o przyczyny tego smutnego zjawiska. Jest ich wiele. Nas w tym momencie interesuje bardziej ów kod (bez)kulturowy, który wyznacza międzyludzkie standardy wyzwolonego z komunistycznej opresji społeczeństwa nad Wisłą. A jeszcze bardziej przygnębia kolejne wyznanie autora, któremu nie sposób odmówić słuszności: „Nie sięgam sfer politycznych nie dlatego, że to niepolityczne, lecz raczej bezużyteczne. Jak uczy doświadczenie, tam też się zbytnio nie pokrzepimy”. I w tym tkwi chyba najpoważniejszy problem. Jak wiadomo, cywilizacyjna degrengolada pozostaje (zawsze) w ścisłym związku z brakiem wyobraźni i bezmyślnym stylem rządzących. Nie zgłębiajmy wszakże tych rejonów, zwłaszcza, że Pod kreską nie jest nową wersją Spenglerowskiego Zmierzchu Zachodu, lecz książką mądrego, choć niełatwego optymizmu.

Mimo sporej dawki krytycyzmu i sceptycyzmu, jest w niej wiele budzących nadzieje pasji i fascynacji, wiary w ludzką mądrość i kreatywną siłę sztuki. A choć, jak pisze Ligęza z troską, „Znikają skrzydlate słowa z rozmów potocznych, z debat elit”, książka wciąż pozostaje fundamentem kultury. Jest to tym ważniejsze, że jak pisał przywołany przezeń Elias Canetti: „Kiedy się ma przy sobie książki, rękoczyny są niemożliwe”. W tekście Szelest stron znajdziemy sugestywnie podkreśloną „jasną stronę czytania”, najczęściej umykającą zawodowym liderom ochoczo zagospodarowującym swoją krótkowzrocznością nasze życie publiczne. „Inaczej niż inne przedmioty, książki wpisują się w biografie ludzkie. Naznaczają duszę swym piętnem. Zakorzeniają człowieka w miejscu i świecie (języku, kulturze), dostarczają wielu istotnych pytań. Wyrabiają przyzwyczajenia. Nawet podtrzymują ciągłość życiowych zdarzeń. Ze spotkań ze słowem pisanym wynieśliśmy więcej wyobraźniowego kapitału, niż z serii ruchowych obrazków”.

Do wątków i tematów wymienionych wcześniej dorzućmy jeszcze jak zawsze precyzyjne, błyskotliwe i często odkrywcze rozważania o muzyce cerkiewnej, fotografii, awiacji, kulturze młodzieżowej, jałowości natrętnej propagandy, magii teatru, Bożym Narodzeniu, gdy „poszerza się trakt, który wiedzie w stronę dzieciństwa”, stylu pięknych, tajemniczych kobiet i zdecydowanie mniej powabnych ciał pedagogicznych, o miłości do Tatr i ludzkim okrucieństwie, o erozji dobrych obyczajów i smutku pomników, o twórczej rewii awantur Tadeusza Kantora, o pułapkach kolejowych podróży czy pożytkach wieku dojrzałego.

Urywamy ową imponującą listę bez wyraźnego powodu, ale z przekonaniem, że czytelnik tych słów nie ma już najmniejszych wątpliwości, że tom Pod kreską to niezmierzone bogactwo, w którym nurzać się może z pożytkiem wielorakim i przyjemnością wielką.
Można by w tym miejscu postawić kropkę, gdyby nie pojemny znaczeniowo dla nas, czytelników, i charakteryzujący w dużej mierze poczynania krakowskiego uczonego tekst zatytułowany krótko Mistrz. Jest to tekst tym ważniejszy, że żyjemy (niestety) w epoce zaniku autorytetów, mentorów i mistrzów właśnie, a więc osób, które wyposażając swych uczniów w niezbędną wiedzę i instrumenty badawcze, formułując ich naukowe i życiowe postawy, są (były) dla nich wzorem (niemodne słowo) i wzbudzającym zaufanie przewodnikiem. Wojciech Ligęza swoje serdeczne, ujmujące refleksje dotyczące relacji mistrz-uczeń dedykuje profesorowi Kazimierzowi Wyce. Jeden z recenzentów książki (Bogdan Rogatko) wspomina Henryka Markiewicza. A skoro jesteśmy przy wybitnych przedstawicielach humanistyki związanych z krakowską uczelnią, nie wypada nie wspomnieć o prof. prof. Kazimierzu Nitschu, Tadeuszu Since, Juliuszu Kleinerze, Stanisławie Pigoniu czy Zenonie Klemensiewiczu.

Piękne to były czasy. Dzisiaj „Mistrzowie się wycofali, żyją w niszach, z dala od społecznej błazenady”. Aliści niezupełnie. Oto mamy przecież w ręku tom Pod kreską zawierający kilkadziesiąt literacko-dziennikarskich perełek, żywy dowód inspirującego dyskursu, jaki mistrz Ligęza prowadził przez blisko dwadzieścia lat z otwartym na świat, chłonnym, smakującym uroki polskiego słowa czytelnikiem prasy literackiej. A uzupełnia ów dyskurs perełka-wstęp innego mistrza – Janusza Szubera z Sanoka, znamienitego poety i, jak się okazuje nie po raz pierwszy, wysokiej klasy krytyka. W swym wprowadzeniu do książki zatytułowanym Szlachetne pasożytnictwo i materii uczonej mięszanie z niezwykłą precyzją, kompetencją i stylistyczną wirtuozerią autor wydanego ostatnio tomu Tym razem wyraźnie przedstawia nam w sposób esencjonalny wszystkie walory recenzowanej książki. Tym samym uwagi niżej podpisanego potraktować można, co najwyżej, jako skromne do owego wprowadzenia pendant.

Choć powyższy akapit mógłby stanowić pointę naszych rozważań, nie sposób powstrzymać się od zacytowania pysznego fragmentu dziennika wspomnianego wcześniej sympatycznego czworonoga, który w pewnym momencie uchyla rąbka tajemnicy. „Zapewne jesteście ciekawi, jak dochodzi do tych zapisów. Czy trzymam w łapie gęsie pióro, zabrałem mu ukochanego Watermana, czy może przyciskam klawisze i ogonem włączam «enter»? Nic podobnego, drodzy fantaści, diariusz powstaje te-le-pa-tycz-nie. To nic trudnego, wystarczy tylko trochę się kupić. Ja dyktuję w myślach, on zapisuje. Obiecał, że kopista niczego nie będzie dodawał od siebie. Oczywiście muszą być straty w przekładzie uczuć i spostrzeżeń. Nie jestem pewien, czy przekaże wszystkie subtelności mojej duszy”.

Uspokajam zatroskanego Gawota. Mądry piesku: przekazał! I to jak! Dlaczego? Bo wiedział, nie tylko od Stanisława Ignacego Witkiewicza, który, jak pisze w swych wspomnieniach Jerzy Eugeniusz Płomieński, „przyjaźnił się z psami niby z ludźmi” (czyli wczuwał się w ich nierzadko bogatszą od nas uczuciowość), że „zejście na psy to wznoszenie się ku człowieczeństwu”.

***
Wojciech Ligęza, Pod kreską, Księgarnia Akademicka (2013), s. 268

Autor: EDWARD ZYMAN