O redaktorze Grydzewskim, który do komunistycznej Polski wrócić nie chciał

45

W przedwojennych dokumentach Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego zachowała się informacja o pewnej pracy doktorskiej pt. Stosunek Francji do spraw polskich w pierwszym dziesięcioleciu panowania Stanisława Augusta (1764-1773). Jej autorem był Mieczysław Grydzewski, który tytuł doktora otrzymał w czerwcu 1920 roku.

W tym samym mniej więcej czasie poznaje Tuwima, Iwaszkiewicza, Słonimskiego, Lechonia i Wierzyńskiego, i chociaż brak mu redaktorskiego doświadczenia, czuje, że tym niezwykłym talentom poetyckim musi stworzyć takie miejsce, gdzie będą mogły błyszczeć.

Grydzewski jest bardzo młody, ale odważny i nieustępliwy, dlatego po prostu… zakłada pismo literackie. Inwestuje w to przedsięwzięcie własne pieniądze, a raczej pieniądze, które pochodzą ze sprzedaży rodowej broszki, podarowanej mu na ten cel przez matkę.

6 stycznia 1924 r. ukazuje się pierwszy numer Wiadomości Literackich. Wspólnikiem Grydzewskiego jest Antoni Borman, który dba o finanse pisma, a Grydzewski sam mianuje się redaktorem naczelnym. Swoim czytelnikom redaktor zamierza przybliżać nie tylko polską kulturę, ale i świat drukując teksty o literaturze i sztuce innych narodów.

Po jego śmierci Józef Wittlin, który od 1941 roku aż do końca życia (1976) mieszkał w Stanach Zjednoczonych, powie, że bez Grydza tamta przedwojenna Polska byłaby pod względem kultury literackiej zaściankiem, ubogą krewną, sierotką Marysią…

Na uchodźstwie
Gdy wybuchła wojna, Grydzewski wraz z innymi ludźmi pióra zmuszony był opuścić Polskę. Przekraczali granicę w Zaleszczykach, potem dotarli do Rumunii i z Bukaresztu pociągiem udali się do Paryża. „Jechaliśmy w tym samym przedziale – wspominał Adam Pragier – wraz z nami był Antoni Słonimski z żoną, Janiną wybitną graficzką, i Stanisław Baliński.

Byliśmy wszyscy przybici świeżą klęską, ale osobiste reakcje ludzi nie były jednakie. Baliński troszczył się, że na którejś z granic zabiorą mu kilka klejnotów, jakie wiózł ze sobą i liczył że mu pomogą do przeżycia przez jakiś czas. Słonimski był chłodny i zrównoważony i mówił o obojętnych rzeczach. A Grydzewski siedział w kącie, ponury i milczący i ledwie odpowiadał na pytania.

Gdyśmy wyszli ze Słonimskim na jakiejś stacji, żeby coś kupić, zwróciłem jego uwagę na to szczególne przygnębienie Grydzewskiego. A Słonimski powiedział na to: «Czegóż pan chce? Grydzewski w Warszawie, w ciągu kilkunastu lat, zbudował sobie wielki warsztat pracy i teraz go stracił. Czymżeż jest? Byłym redaktorem nieistniejącego pisma. Cóż ma przed sobą? Sam nie wie»”.

A jednak w Paryżu Grydzewski natychmiast zaczął wydawać swój tygodnik, tym razem nadając mu nazwę Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie. Trwało to zaledwie kilka miesięcy, bo gdy ofensywa niemiecka zbliżyła się do Paryża, polscy dziennikarze i literaci rozjechali się po całym świecie: niektórzy wybrali Stany Zjednoczone, Brazylię albo – tak jak Grydzewski – Anglię. Korespondencja między nimi trwała, mimo wojennej zawieruchy.

Poeta Jan Lechoń, przyjaciel, i to jeden z najbliższych, z Ameryki wielokrotnie wzywać będzie Grydza do przyjazdu i osiedlenia się tam, przekonując, że uczucie Zofii Rajchman, którą Grydzewski poznał w Paryżu i pokochał do szaleństwa, wciąż się tli. W kolejnych listach podsyca nadzieje redaktora: „Jest ktoś, kto Cię czeka”; „Zosia Cię nie zdradziła, ale ma krzyż pański z beznadziejnie chorym mężem”; „Już jedź, czekam a ktoś szczególnie”; „Zosia R. zawróciła w głowie jakiejś bogatej lesbijce, która gotowa jest na nią przekazać majątek”; „Zosia może uchodzić za fenomen pogody ducha i elegancji”; „Zosia – nie będę przed Tobą tego ukrywał – przechodzi okres powodzenia jakiego nie miała w życiu. Jako jej najbliższy sąsiad, widuję ją bardzo często, co jest okazją do wspominania niewiernych wielbicieli – bo gdybyś był wierny, byłbyś oczywiście dawno tutaj”; „Zaraz Zofii podsunę list do podpisu zaczynający się «Mietuchno, mój jedyny»)”.

A Grydzewski przyznaje przed Lechoniem, że przy zetknięciu się z czymś, co – jak proustowskie magdalenki – wywołuje obrazy przeszłości, on szaleje z tęsknoty. Przez lata będzie utrzymywał korespondencyjnie znajomość z Zońcią, jak ją nazwie, a Lechoń będzie niejednokrotnie pośrednikiem i przekazicielem korespondencji.

U progu 1950 roku Grydzewski, chcąc zrobić Zońci prezent, układa antologię wierszy zatytułowaną Do Zosi. A Lechoń pokpiwa pytając, czy po 10 latach wciąż o niej marzy i czy nie kochał się od tego czasu do szału w kimś innym, Grydzewski odpowiada: „Myślę, że gdybym zobaczył Zońcię na nowo, wszystko by wróciło, co nie znaczy, bym nie miał tutaj różnych przeżyć, które mnie wiele zdrowia kosztowały. Niestety, z powodu straszliwej zazdrości, którą obserwował już z przestrachem mój ojciec, udzielając mi rady, bym się nie żenił, czego normalnie ojcowie sobie raczej życzą (…).

Najokropniejsze że gdybym jakimś cudem znalazł się w Ameryce, byłbym nieszczęśliwy zastawszy [u boku Zofii] nowych Mikusiów, Wilusiów czy Franców Josefów” i przywołując kwestię z Otella Szekspira: „Niechby ją miał cały obóz, bylem ja o tym nie wiedział”, prosi Lechonia, by nie pisał więcej o jej adoratorach. W 1952 roku Grydzewski proponuje Zońci przyjazd z Ameryki do siebie do Londynu. Po jej lodowatej odpowiedzi, pisze „odmroziłem sobie serce”, ale już wkrótce, w połowie roku, sam projektuje dwutygodniowe wakacje u niej w Ameryce. Mimo że wyrobi sobie wizę amerykańską, nigdy nie zdecyduje się na podróż.

Żarliwy patriotyzm kontra komunizm
Grydzewski miał przyjaciół na całym świecie, na jego londyńskich Wiadomości przychodziły listy z Polski, z Kalifornii i z Nowego Jorku, Australii, Argentyny, Johannesburga, Nicei, Paryża, Szwajcarii… Najbardziej bolało go to, co korespondenci donosili z ojczyzny. „Miał łzy w oczach na wspomnienie krzywd wyrządzonych Polsce w ciągu ubiegłego tysiąclecia – pisał Tadeusz Nowakowski. – O Jałcie mówił z tym samym zdławieniem gardła, co o rzezi Pragi w 1794 roku przez Suworowa.

Na wiadomość, że ktoś z powojennej emigracji pojechał z wizytą do Polski, zżymał się, że ojczyźnie nie składa się wizyt, można do niej wrócić. Sam nie tęsknił za nią, bo był typem, który zawsze żyje właśnie tu i teraz. Nie rozpamiętywał przeszłości. Daleko od ojczyzny na londyńskim bruku, potrafił w rozmowie nieraz okazać uczuciowość. Raz do Tymona Terleckiego szepnął: «To pewnie dlatego, że ja tak Polskę kocham»”.

„Jego żarliwy patriotyzm, bez patriotycznej frazeologii, nie był związany z geografią, lecz wyłącznie z bezczasowymi, duchowymi wartościami Polski. Był on pierwszym obywatelem Polski Idealnej, w której wszystko było najlepsze, która nie miała skazy” – pisała Stefania Kossowska.

A skoro komunistyczna ojczyzna idealną nie była, nie wybaczał tym, którzy wracali do niej po wojnie. Potępiał Słonimskiego za to, że wyjechał z Anglii do bolszewickiego kraju, choć na rok przed Listem 34, wydrukował w Wiadomościach jego warszawsko-żydowską nowelę Jak to było naprawdę. Jednak wszyscy wiedzieli, że był w pewnym sensie tam, na obczyźnie nacjonalistą polskim i kiedy nadchodził czas pożegnań, wiadomo było, że Grydzewski nie wyciągnie ręki.

Tak było ze Stanisławem Catem Mackiewiczem, który w 1956 roku postanowił ostatecznie wrócić do Polski. Zatelefonował jedynie do redakcji Wiadomości i powiedział, że dzwoni, aby prosić o pożegnanie w jego imieniu szanownego pana Grydzewskiego oraz podziękować mu za drukowanie artykułów przez tyle lat i jeszcze, że bardzo sobie cenił tę ich współpracę. Na koniec rzekł: „Nie żegnam się z Grydzewskim osobiście, bo znam jego odrębne niż moje stanowisko”. A redaktor też po swojemu pożegnał Cata – w Wiadomościach piórem Hemara. Ostro.

Tekst nosił tytuł Harakiri i o tym właśnie mówił: o samobójstwie, które wracając do Polski, Cat Mackiewicz popełnia. Nieprzejednane było stanowisko Grydzewskiego. Kiedy w 1950 r. Ksawery Pruszyński, jadąc na ślub z Julią Hartwig, zginął w wypadku w Niemczech, redaktor nie zgodził się, żeby w jego tygodniku zamieszczono wspomnienie lub choćby nekrolog. Mimo że Pruszyński był swego czasu czołowym reporterem Wiadomości Literackich, a redaktor wykołysał – jak mawiano – jego talent i wyniańczył jego sławę.

Teraz Grydzewski nie mógł mu zapomnieć, że zdradził ideały młodości i wracając po wojnie do Polski stał się cenną zdobyczą dla władz komunistycznych. Nawet przekroczenie progu śmierci niczego nie zmieniało. „Odszedł od naszej sprawy polskiej w momencie najcięższego kryzysu – mówił Grydzewski o Pruszyńskim. – To nie jest kwestia pisarza i poglądów, lecz postępowania i apostazji. Poglądy mogę tolerować, nawet gdy mi się nie podobają.

Z apostazją nie pogodzę się nigdy i nikomu jej nie wybaczę”. Nie inaczej było z Miłoszem. Kiedy w 1951 r. wystąpił w Paryżu o azyl oświadczając, że nie wraca do komunistycznej Polski, i ukrył się u Giedroycia w Maisons-Laffitte, gdzie zaczął pisać Zniewolony umysł, Grydzewski pisał w Wiadomościach: „Pan Czesław Miłosz, «ceniony polski poeta», jak o sobie z uroczą skromnością pisze, którego «nazwisko literackie było wymawiane z szacunkiem», a «kariera literacka zapewniona», przez sześć lat «lojalnie» służył swojej «ludowej ojczyźnie» jako attache kulturalny przy ekspozyturach sowieckich pod polską flagą, czyli tzw. ambasadach Rzeczypospolitej, w Waszyngtonie i w Paryżu.

Po sześciu latach tej arcylojalnej służby p. Miłosz, przejrzawszy, postanowił popełnić «samobójstwo» i «przeciął» swoje «związki z polską demokracją ludową». Pan Miłosz podciął tedy sobie żyły, żyły złotodajne, bo przecież zarobki pisarza w Polsce są «niebotyczne» (przy czym pisarz «zwykle» ma «piękne mieszkanie») i mimo radości, że «półfeudalna struktura» przedwojennej Polski «została złamana», zdecydował się pozostać wśród tej «politycznej emigracji polskiej», do której stosunek jego «był co najmniej ironiczny». «Samobójstwo» popełnił p.

Miłosz dlatego, że po sześciu latach zorientował się, iż jego «poganina», co prawda już oduczonego «kultu ezoterycznych szkół literackich», ale mimo wszystko poganina, chcą «ochrzcić» wyznawcy «Nowej Wiary», czyli – jak się domyślać wolno – po prostu sowieckiego komunizmu. Co więcej, po sześciu latach wypełniania swoich ludowych obowiązków wedle swego «najlepszego rozumienia», nieszczęsny samobójca spostrzegł, że w tej nowej, już nie «półfeudalnej», ale «zmierzającej ku socjalizmowi Polsce», pisarz nie jest wolny, ale podobnie w kraju «Nowej Wiary», musi pisać wedle zaleceń rządu, że musi wypełniać przede wszystkim tzw. społeczne czy państwowe zamówienia.

Dokonawszy po sześciu latach tego epokowego spostrzeżenia, tego wiekopomnego wynalazku, tego olśniewającego odkrycia, nie poprzestał na zachowaniu go dla siebie, ale pospieszył wystąpić ze swymi rewelacjami publicznie, rozgłosić je «urbi et orbi» w apologii «pro servitute mea» pod pompatycznym tytułem Nie w nr 43 Kultury, skąd wzięliśmy wszystkie przytoczone cytaty.

Odstępstwo p. Miłosza od progów «Nowej Wiary» jest samo w sobie faktem bez znaczenia, odstępstwa tego rodzaju będą się mnożyły, przyjdzie chwila – może już niedaleka – kiedy przybiorą rozmiary żywiołowego zjawiska – lawiny. Cokolwiek da się powiedzieć o ich szczerości, są one objawem braku wiary w przetrwanie nowych «demokracji ludowych» opartych na kulcie bolszewickiego knuta, stryczka i nagana.

A skoro emigracja przeszła do porządku nad poszukiwaczami mocnych wrażeń, dla odmiany nie w wesołej kolonii nudystów, ale w tragicznej kolonii sowieckiej, rządzonej przez gepistów Radkiewicza; skoro przygarnęła do łona wysłanników Bermana, namawiających ją do powrotu na ojczyzny łono; skoro wybaczyła filutom, zerkającym ku Borejszy w nadziei że będzie przemycał do Polski tomiki ich dzieł – nie ma żadnego by nie okazała się wielkoduszna w innych wypadkach.

I jeżeliby p. Miłosz ograniczył się do konferencji prasowych dla dziennikarzy zagranicznych, na których by wyjaśniał motywy swego kroku, można by było od biedy dopatrzeć się w tym nawet pewnych korzyści propagandowych, skoro lewicowy Zachód wciąż jeszcze obdarza większym zaufaniem ex-komunistów, czyli dopiero kandydatów na reakcjonistów, niż osiwiałych w bojach z głupstwem, zabobonem i zakłamaniem komunistycznym, czarnych rdzennych reakcjonistów z dziada pradziada.

Ale wykład p. Miłosza w polskim piśmie emigracyjnym był całkowicie zbyteczny. Jeśli po sześciu latach wiernej służby niewoli, p. Miłosz wybrał wolność, powinien był wraz z tą wolnością wybrać co najmniej sześcioletnie milczenie. Na wykład składa się kilka oczywistych, banalnych i ogranych prawd, wygłaszanych w sposób mętny i pretensjonalny, oraz porcja oczywistych nonsensów. Tani frazes o «półfeudalnej strukturze» Polski przedwojennej nie znajduje żadnego pokrycia w rzeczywistości: w Polsce przedwojennej moloch zgarniał coraz większe połaci życia, a kapitalizm prywatny i wielka własność ziemska znajdowały się na wymarciu.

Takim samym demagogicznym frazesem są rzekome rozkosze, jakie spływają na pisarzy w państwach komunistycznych, w przeciwieństwie do «wielkich pisarzy przeszłości», którzy «rzadko byli za ich życia honorowani». Willa z basenem czy nawet pałacyk Tuwima, wystawiony za dochody z mieszczańskich fars i operetek, które Tuwim jak przerabiał za Piłsudskiego, tak przerabia za Bieruta i przerabiać będzie za Andersa (w myśl zasady: «Jakikolwiek jest los Polski, zawsze wiersze pisze Molski»), nie dowodzi jeszcze, by pisarz mógł się tam poświęcić «wyłącznie pracy literackiej», a «piękne mieszkania» ogółu pisarzy polskich należą do majaków bujnej wyobraźni p. Miłosza.

Do takich samych jak rzekomy barak uznania dla «wielkich pisarzy przeszłości» za ich życia. Bo przykład Mickiewicza, Kraszewskiego czy Sienkiewicza, Puszkina, Turgieniewa czy Tołstoja, Goethego, Schillera czy Hauptmanna, Chateaubrianda, Victora Hugo czy France’a, Byrona, Dickensa czy Shawa, nie potwierdzałby zbyt wymownie tego dość lekko puszczonego aforyzmu. Pan Miłosz pisze o swoim «ironicznym» stosunku do «politycznej emigracji polskiej», która sprowadza się dal niego do «sporów kilkuosobowych stronnictw».

Taki drobiazg, że na te «polityczną emigrację» składają się nie tylko «kilkuosobowe stronnictwa», ale kilkaset tysięcy Polaków, którzy już w r. 1945 nie wrócili do Kraju dla tych samych powodów, dla jakich p. Miłosz zdecydował się nie wrócić dopiero w r. 1951 (po sześcioletniej «lojalnej» służbie) uszedł jego uwadze. Uwagi aroganckiego ex-ezoteryka uszło nawet i to, że gdyby nie ta tak «ironicznie» traktowana przez niego «polityczna emigracja», nie byłoby i świetnej Kultury, która wspaniałomyślnie otworzyła mu swoje łamy.

Pan Miłosz w pewnym miejscu przyrównywa siebie do «nędznego robaka, stającego na drodze, którą ma przejść Historia w grzmocie czołgów łopocie sztandarów». Cóż za megalomania!”. Czy po latach Grydzewski się tego wstydził? Jednak w tamtym czasie nie miał zaufania do nawróconego Miłosza i nie pojmował go również wówczas, gdy poeta na stałe przeprowadził się do Ameryki.

Uwaga, Ameryka!
Grydzewski, który żyjąc w Londynie, był jednym z najbardziej zajadłych antykomunistów, nienawidzącym PRL i wciąż lojalnym wobec II RP, nagle zwrócił oczy w stronę Stanów Zjednoczonych. Planował w latach 50. podróż za ocean, a że się nie wybrał, to wszystkich, którzy przyjeżdżali stamtąd, wypytywał o arkana polityki amerykańskiej. Zaangażował się nawet po stronie kandydata republikańskiej reakcji na prezydenta Stanów Zjednoczonych, Barry'ego Goldwatera, senatora z Arizony, popieranego przez konserwatywną prawicę.

I był w tym zapamiętały, nieprzejednany, hardy, aż nazwano go goldwaterowcem i renegatem, który z żydokomuny przeszedł na skrajną prawicę. A Goldwater, syn Żyda, imigranta z Polski, zagorzały antykomunista, robił wrażenie, kiedy podczas kampanii mówił: „Walnijmy jedną rakietą w męski kibel na Kremlu”. Opowiadał się za zerwaniem stosunków dyplomatycznych z ZSRR i był przeciwny zbyt daleko idącym ustępstwom, na które do tej pory szli amerykańscy politycy wobec ZSRR. Uważał, że to kraj zła i celem tego komunistycznego reżimu jest podbój świata zachodniego. Rozważał też użycie broni nuklearnej przeciwko Chinom i Wietnamowi.

W rezultacie prezydentem został Lyndon B. Johnson, a ponoć państwa bloku socjalistycznego oraz ZSRR obawiały się tego faszysty Goldwatera, który przekonywał, że ekstremizm w obronie wolności nie jest wadą. Grydzewski zmieniając poglądy, jak pisze Zofia Kozarynowa, nie zmieniał własnych przekonań, nadal nie godząc się z totalizmem, nie ustępując ze swego antysowieckiego stanowiska ani na jotę.

A gdy pod koniec września 1966 roku przyszedł pierwszy wylew krwi do mózgu, Grydzewski zaledwie po dwóch tygodniach w szpitalu wrócił do pracy, a Jancie-Połczyńskiemu, który w 1945 roku osiedlił się na stałe w Nowym Jorku, opowiadał, że co prawda świat mu się nagle zachwiał, nogi zrobiły się jak galareta, ale teraz już dobrze się czuje i może… do swojej aktywności seksualnej wrócić. Janta wspominał, że Grydzewskiemu seksualne podboje dawały nieukrywaną, wręcz sportową satysfakcję i że redaktor uważał się za fenomen w tych sprawach.

Jednak przyszedł kolejny udar i Grydzewski zmuszony był zamieszkać w zakładzie prowadzonym przez braci aleksjanów. Tam opiekowano się nim aż do śmierci w 1970 roku. A wtedy do londyńskiej redakcji Wiadomości z całego świata płynęły listy i telegramy kondolencyjne. Pięknie pisał z Nowego Jorku Józef Wittlin: „Grydzewski, nasz wielki zmarły był arką przymierza między dawnymi i młodymi laty, w przedwojennej Polsce przerzucał mosty nad przepaściami, które dzieliły polityczne poglądy i robił to również na obczyźnie, i to do końca swoich dni”.

Autor: ANNA AUGUSTYNIAK