O skomplikowanej Ameryce półgłosem

12

Jest to powieść współczesna, niedługa i łatwa w czytaniu. Przypomina impresjonistyczną muzykę Debussy'ego – niedomówienia jak arpeggia wysyłane do czytelnika dużymi falami.

Jest to powieść współczesna, niedługa i łatwa w czytaniu. Przypomina impresjonistyczną muzykę Debussy’ego – niedomówienia jak arpeggia wysyłane do czytelnika dużymi falami.

Foto: Archiwum
Joanna Rostropowicz-Clark

Narracja powieści Joanny Clark W cichym lesie Vermontu toczy się jak u Faulknera i Dostojewskiego: fabuła ma wiele poziomów, ta sama historia opowiedziana jest kilkakrotnie i za każdym razem wyskakują nowe szczegóły, zaś rozwiązanie pojawia się na końcu – tyle że właściwie nie chodzi o to, kto zabił, lecz dlaczego.
Widzimy umieranie i są tu ludzie chorzy psychicznie – czy jakakolwiek powieść napisana we współczesnej Ameryce wolna jest od psychiatry i jego pacjentów? Ale w gruncie rzeczy narracja unosi się łagodnie nad grupą osób mieszkających na eleganckich amerykańskich przedmieściach.
Powyżej tej klasy stoi pisarz Edward Rubin, o którego prozie polska studentka Halinka Szadurska mówi, że to "rzeczywistość zdegradowana" (s. 81). Rubin jest ulubieńcem czołowych periodyków kulturalnych w Ameryce.

JOANNA CLARK ŁAMIE STEREOTYPY, którym literatura amerykańska hołduje w stosunku do Polaków i niektórych innych przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej. Śmieciarzem nie jest jakiś Stanley Kowalski, lecz pan Bedford. Narratorka, pani Cabot, emerytowana profesorka uniwersytetu, jest właścicielką domu w pierwszorzędnej dzielnicy, a nie osobą mieszkającą kątem u amerykańskich znajomych; jest wdową po amerykańskim "błękitnokrwistym" prawniku, a nie kobietą "do wszystkiego" w domu takiegoż prawnika. Ale jest i taka dziewczyna; to imigrantka z Niemiec, Truda Zeitblom, wykorzystywana seksualnie kucharka w domu Edwarda Rubina.
Wątpię, aby te wszystkie ustawienia "pod włos" były świadome, ale należy się za nie podziękowanie, bo rzeczywiście jest w Ameryce więcej takich pań jak Natalia Cabot, niż to sugeruje amerykańska literatura czy prasa. Albert Camus napisał kiedyś, że dobre opowiadanie zawiera więcej treści, niż autor w nie włożył – podteksty W cichym lesie Vermontu Joanny Clark służą przykładem.

INNA WARSTWA POWIEŚCI dotyczy polskiej studentki Halinki, najnowszej "zdobyczy" niesłychanie w sobie zadufanego Rubina. Narratorka z głębokim współczuciem mówi: "Ileż to takich Halinek snuje się po Ameryce!". Słychać tu echo peregrynacji młodych Polaków i Polek po Stanach Zjednoczonych, echa ich dorywczych zajęć i braku rozeznania tego, co w języku angielskim nazywa się the big picture. Trochę jak u Tuwima: "A patrząc – widzą wszystko oddzielnie/ Że dom… że Stasiek…// że koń… że drzewo…". Tyle że nie chodzi o "strasznych mieszczan", lecz o ludzi młodych, których ze względu na troski życiowe nie stać na skonstruowanie sobie sensownego obrazu Wielkiej Rzeczywistości. Halinka więc podróżuje ze stanu do stanu nie bardzo wiadomo po co i zachodzi w ciążę z niekochanym człowiekiem, ale tak naprawdę to imponuje jej Rubin, do którego wraca jak ćma do ognia.

RUBIN TO TYP "MĘŻCZYZNY SUKCESU", który niszczy uzależnione od niego kobiety. Najpospolitszy okaz tego typu w amerykańskim społeczeństwie to polityk, gwiazdor lub człowiek biznesu rozwodzący się z pierwszą żoną i poślubiający "żonę-trofeum". Nasz bohater żyje na kocią łapę ze śpiewaczką operową Edwiną, a po wykorzystaniu jej sławy i urody dosłownie wyrzuca ją z domu. Niszczy też małżeństwo swej kucharki Trudy i doprowadza do samobójstwa jej byłego męża.
Destruktywny wpływ Rubina widoczny jest również w życiu dzieci Edwiny i Trudy. Przez niego ginie Halinka, najniewinniejsza chyba z bohaterek Cichego lasu i najbardziej pasująca do roli ofiary. Symbolizm książki o Mazepie, nad którą pracuje narratorka, daje o sobie znać: podczas gdy stary Mazepa odsyła do ojca zadurzoną w nim nastolatkę, Rubin chętnie bierze do łóżka młode kobiety, którym imponuje jego sława i prestiż. Przez tę fabułę przeziera zdrowy feminizm autorki oraz mądrość kobiety, która potrafi odróżnić blichtr od prawdziwej perły.
Powieść zahacza o środowisko polskich wykładowców uniwersyteckich w Stanach Zjednoczonych, obfitujące w ciekawe postacie, których nikt dotychczas nie użył jako pierwowzorów w konstruowaniu bohaterów literackich. Środowisko to zna się nawzajem, choć o rzeczywiste sympatie i solidarność jest w nim trudno. Chciałaby się do niego dostać masa polskich przybyszów, stypendystów, uczestników konferencji czy po prostu szukających szczęścia w Ameryce. Ileż takich polskich Halinek napracowało się w roli asystentek profesorów, których "dzieła" napisali w znacznej mierze ich studenci – ileż pracy słabo opłacanej i bezimiennej. Być może W cichym lesie Vermontu okaże się katalizatorem aktywizującym wyobraźnię innych polskich pisarzy.

AKCJA TOCZY SIĘ w środowisku wyższej klasy średniej. Takie zajęcia, jak dbanie o krzewy i ozdobne rośliny przed własnym domem, nasuwają myśl, że obyczaje tej warstwy społecznej w Ameryce przypominają trochę polskie dwory i dworki z ich niespiesznym trybem życia i dbałością o zewnętrzny wygląd posesji i domostwa. Nie sposób nie porównać Zosi i jej ogródka z trzeciej księgi Pana Tadeusza z panią Cabot obcinającą gałązki bukszpanów na swoim podwórku. Podmiejskie amerykańskie domy przypominają przedwojenne polskie siedziby ziemiańskie rozmiarami i stylem architektonicznym (charakterystyczne dwie kolumienki przed wejściem!). Zaś stan posiadania tych właścicieli ziemskich, których Sowieci tak skwapliwie nazwali wyzyskiwaczami, nie różnił się zbytnio od stanu posiadania setek tysięcy zamożnych, lecz niebogatych amerykańskich rodzin. Dlatego powieść jest cenna również jako podręcznik obyczajów, przypominających nieco te polskie tradycje, których po II wojnie światowej miało już nie być.
Ale jeśli ktoś chce, to znajdzie w tekście Joanny Clark i komentarz całkiem inny, o współczesnej Ameryce zadłużonej z powodu wojny w "Ajraku", tracącej międzynarodowy prestiż z powodu Guantanamo i ulegającej pokusie wiecznego prowadzenia wojny, bo ona usprawiedliwia inne niesprawiedliwości.

NA ZAKOŃCZENIE RZUĆMY OKIEM na narratorkę. Niewątpliwie widać tu element autobiograficzny, ale chyba żadna autorka nie lubi być utożsamiana ze swoimi bohaterkami. Pomijając więc autobiografię, narratorka różni się bardzo od tego standardu, który uchodzi w Ameryce za typowy w odniesieniu do Polek. Nie jest też emigrantką w tym sensie, w jaki np. Cyprian Kamil Norwid czy Kazimierz Wierzyński byli emigrantami. Aklimatyzacja ma jednak swoją cenę, o której narratorka dyskretnie wspomina. Konieczność hybrydyczności, czyli "stania na jednej nodze", powoduje zaburzenia w krążeniu i niewygody, o których sąsiedzi pani Cabot nie mają pojęcia. Ale czyż nie w bólu rodzą się ludzkie osiągnięcia i wartości? Nasza emerytowana profesorka przypomina nieco Mazepę, o którym pisze książkę: zawieszona pomiędzy narodami, widzi jasno tragedie ludzkie wokół siebie – w tym swoją własną. Jest jednak pogodna tą pogodą, której podszewką jest doświadczenie i smutek. Świadoma jest ceny, którą trzeba zapłacić, aby wrosnąć w nowe społeczeństwo.
Tak więc opowieść Joanny Clark można odczytać na wiele sposobów. Książka aż się prosi o przetłumaczenie na angielski.

Joanna Clark, W cichym lesie Vermontu, Norbertinum, Lublin 2010, s. 184, cena 14 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: [email protected]
strona internetowa:
www.ksiazkionline.com

Autor: EWA THOMPSON