Olga Boznańska i Paul Nauen, czyli historia pewnej znajomości

111

W drugim tygodniu stycznia 1894 roku, zaraz po święcie Trzech Króli, monachijski Związek Artystów i Przyjaciół Sztuki "Kunstverein" wystawił obraz Olgi Boznańskiej Portret mężczyzny, znany dzisiaj jako Portret Paula Nauena. W środę, 17 stycznia, ukazała się w cotygodniowym felietonie Kuriera Bawarskiego druzgocąca krytyka osoby przedstawionej na portrecie. Plotkom i komentarzom nie było końca.

Tajemnicą poliszynela było, że sportretowanym mężczyzną jest malarz Paul Nauen, zaprzyjaźniony z autorką obrazu.

Kurier Bawarski pisał: „W głównej sali wystawowej, na przedniej ścianie, wisi wcale nieźle namalowany portret męski. Młody człowiek, który nie miał nic z życia, bo żył zbyt intensywnie, i życia nie zna, bo żyje w sosie własnego światka – krótko mówiąc jest jednym z owych kalek cywilizacji, tych o wychudłych twarzach, rzadkich włosach, zamglonych oczach i cienkich nosach, którzy głoszą fin de siecle, nic przy tym nie głosząc. Siedzi tak przed nami, skulony, zziębnięty, z podniesionym kołnierzem płaszcza, na jakiejś kanapie, a jego blada twarz, którą w języku kiczu i podlotków nazywa się «interesującą», tchnie nędzą naszych czasów”.

Oczerniony Paul Nauen wniósł do sądu pozew o zniesławienie. Po ogłoszeniu wyroku redaktorzy Kuriera Bawarskiego byli zaskoczeni i głęboko oburzeni faktem, że zostali skazani na karę pieniężną i że musieli publicznie przeprosić artystę.

Olga Boznańska (1865-1940), autorka portretu, który wywołał skandal w bawarskiej stolicy i zranił głęboko jej kolegę „po pędzlu”, mieszkała w Monachium w latach 1885-1898. Czas ten uważała za najważniejszy w swoim rozwoju artystycznym. Kiedy w roku 1893 malowała portret Nauena, była już dojrzałą i cenioną artystką. Po latach, w Paryżu, kiedy jej obrazy zbierały pochwały i nagradzane były medalami, Olga Boznańska powie bez cienia kokieterii, że malować nauczyła się w Monachium. Jej obrazy są miękkie w rysunku, kształty jedynie zaznaczone, a ich zarysy rozpływają się w kolorowej mgle. Martwa natura i kwiaty są delikatne w wyrazie, poetycko rozmarzone, o często nieuchwytnych kolorach. Pokrewieństwo jej malarstwa z impresjonizmem jest jednak bardzo powierzchowne.

Najwięcej ma ona w swoim dorobku portretów. Jest w nich dużo szarości, bieli, brązów i błękitów. Szarości wzbogacone są plamami barwnymi, które silnie przyciągają uwagę patrzącego. Portretowane przez nią osoby odcinają się płasko od tła, silnie podkreślone są twarz, oczy i dłonie ze smukłymi palcami. Nie oszczędza portretowanych – ich charakter i emocje są dla niej ważniejsze niż ich uroda.

Paul Nauen (1859-1936) był pod koniec XIX wieku popularnym malarzem i pedagogiem. Pochodził z zamożnej rodziny, która do Bawarii przeniosła się z Hamburga, ale jej korzenie sięgały Królewca. Ukończył w Monachium renomowane Królewskie Gimnazjum dla Chłopców im. Wilhelma. Po uzyskaniu matury zapisał się w październiku 1878 roku do Królewskiej Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych. W malarstwie Nauena najbardziej odczuwalne są wpływy jego profesora Ludwiga von Löfftza.

Po studiach, które ukończył w roku 1885, prowadził w swoim atelier szkołę malarską. Uczyło się w niej dużo Węgrów i Czechów, spośród Polaków m.in. Stanisław Dębicki. W latach 1888/89 przygotowywał się w szkole malarskiej Paula Nauena do egzaminów do Akademii Sztuk Pięknych Ernst Kreidolf, szwajcarski malarz i ilustrator. Dzisiaj znany jest on głównie jako ilustrator bajek dla dzieci. Jego akwarele z cyklu Blumenmärchen (Kwiatowe baśnie) oraz Schlafende Bäume (Śpiące drzewa), które pokazał po raz pierwszy w 1897 roku podczas Salonu w Dreźnie, wyrastały z tej samej atmosfery, co ilustracje kwiatowe Nauena. W wydanych pośmiertnie Wspomnieniach pisze on tak o swoim nauczycielu: „Jako jedyny z dawnych uczniów zostałem zarządzającym nowo utworzonej klasy w szkole Nauena i spędziłem w niej pracowity, zakończony powodzeniem semestr letni. Dzięki mojej pozycji zarządzającego poznałem Nauena bliżej jako człowieka. Był on powściągliwym hamburczykiem o szlachetnym charakterze, znakomitym malarzem portretów, dawnym uczniem Löfftza. Ze swoimi umiejętnościami powinien był zajść dużo dalej aniżeli do tego, do czego doszedł. Przepychać się jednak nie umiał. Jego natura była zbyt delikatna i wrażliwa, on sam był właściwie też zbyt krytycznie nastawiony do siebie samego. Wszystkie te opory powodowały, że coraz bardziej zamykał się w sobie” (Ernst Kreidolf, Lebenserinnerungen, Zürich 1957, s. 85).

Wypowiedź Kreidolfa rzuca nowe światło na postać Nauena. Dzisiejszy odbiór jego postaci jako „pewnego siebie, swojej wartości i urody artysty, który w swobodnej pozie dekadenta schyłku XIX wieku zasiadł na kanapie” Olgi Boznańskiej, wygląda na bezkrytyczne powtarzanie wypowiedzi dziennikarza Kuriera Bawarskiego. Może czas uznać za prawdę zdanie szwajcarskiego malarza, że Paul Nauen był znakomitym nauczycielem i dobrym malarzem, któremu delikatność i wrażliwość uniemożliwiała robienie kariery za wszelką cenę?
Od roku 1886 z Nauenem współpracuje w jego pracowni Amerykanin Robert Koehler. W monachijskiej akademii on również studiował w klasie malarskiej profesora von Löfftza. Przez kilka lat był prezesem zrzeszenia studentów amerykańskich American Artists' Club, zwanych potocznie Munich Men. Stanowili oni w Monachium jedną z najliczniejszych kolonii artystycznych.

Profesor Ludwig von Löfftz był zwolennikiem nowoczesnego jak na stosunki monachijskie malarstwa – używał jasnych, stonowanych i delikatnych kolorów. Zapewne był to jeden z powodów, że w latach 80. XIX wieku był faworytem amerykańskich studentów. Ze względu na brak w Ameryce jeszcze na początku drugiej połowy XIX wieku dobrych uczelni artystycznych amerykańscy studenci byli często nieodpowiednio przygotowani do rozpoczęcia studiów w Akademii Sztuk Pięknych. Braki w wykształceniu uzupełniali na kursach przygotowawczych, prowadzonych zazwyczaj przez absolwentów akademii. Jedną z takich grup propedeutycznych prowadził także Paul Nauen. Swoich podopiecznych spotka on wiele lat później, na przełomie lat 1905-1906, podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych. Namaluje wówczas portrety rodziny Colgate'ów w Lennox i rodziny George'a Mercka w Llewellyn Park, New Jersey. Przebywa także w Nowym Jorku. Z notatki w New York Timesie wiemy, że w cenionym nowojorskim Salmagundi Club wydane zostało przez byłych uczniów i przyjaciół z czasów monachijskich przyjęcie na cześć Paula Nauena.

Pod koniec 1892 roku duża grupa studentów amerykańskich, w tym również Robert Koehler, wraca do Stanów. Wiele lat później Olga Boznańska powie w rozmowie z Marcinem Samlickim, że po śmierci matki, pod koniec 1892 roku, przyjechała do Monachium i otrzymała zaraz „pracownię za darmo od jakiegoś Amerykanina, który wyjechał i zapłacił za parę miesięcy”. Jest bardzo prawdopodobne, że przejęcie tej „spuścizny” ułatwił jej Paul Nauen i jego „amerykańskie koneksje”.

Paul Nauen malował dużo. Jego obrazy cechował jasny kolor, dobry rysunek, naturalizm i elegancja przekazu. Dzisiaj znamy jedynie kilka jego prac. W roku 1887 opublikował książkę Blumenkinder (Dzieci kwiatów). Znajdują się w niej 24 ilustracje kwiatów przeistoczonych w eleganckie damy i księżniczki, których ruch i wdzięk symbolizuje cechy przypisywane danemu kwiatowi. Temat metamorfozy roślin i zwierząt, zwłaszcza kwiatów o ludzkich rysach, stał się w sztuce XIX wieku popularny pod wpływem francuskiego ilustratora J.I. Grandville'a. Zwłaszcza jego Les Fleurs animee (Dusza kwiatów) znalazły wielu naśladowców i kontynuatorów. Zazwyczaj były to ilustracje tekstów literackich albo znanych bajek.

W zbiorach Nowej Pinakoteki w Monachium znajduje się namalowany przez Nauena w roku 1896 Portret malarki Gerdy Carré. Jest to piękny przykład malarstwa salonowego w dobrym stylu. Siedząca w fotelu Gerda Carré, w eleganckiej białoszarej atłasowej sukni, z wachlarzem w ręku, prezentuje się na portrecie jak dama z wielkiego świata. W roku 1896 Olga Boznańska namalowała bardzo podobny w wyrazie obraz: Portret kobiety. Piękna pani z jej portretu ubrana jest w równie elegancką suknię jak Gerda Carré na obrazie Nauena i jak ona siedzi w fotelu trzymając w ręku wachlarz. Suknia Gerdy Carré i suknia damy z obrazu Olgi Boznańskiej wydają się jakby zamówione u tej samej modystki… W roku 1895 obie malarki, Gerda Carré i Olga Boznańska, były sąsiadkami. Olga mieszkała i malowała na Schellingstrasse pod numerem 91, w tzw. Domach Książęcych, Gerda Carré wynajmowała w latach 1890-1914 mieszkanie i pracownię na Schellingstrasse po przeciwległej stronie ulicy, pod numerem 92.

Czas i miejsce wskazywałyby na wspólną pracę. Ale może to jedynie zaskakujący zbieg okoliczności lub po prostu moda tamtych lat?

Olga Boznańska i Paul Nauen poznali się bliżej zapewne dopiero w styczniu 1893 roku. Może było to na balu karnawałowym, jak mówi jedna z legend?

O malarzu Paulu Nauenie i jego pracowni wiedziała Olga Boznańska już pod koniec nauki w pracowni swojego pierwszego nauczyciela w Monachium Carla Kricheldorfa. Rozglądała się wtedy za nowym nauczycielem, chciała również „poznać metody innych artystów”. Mieszkająca po sąsiedzku z Olgą malarka Helena Kossobutzka, która pochodziła z okolic Ostródy, była zaprzyjaźniona z Nauenem i pewnie nieraz o nim mówiła. Szkoła malarska Paula Nauena była dobrze znana w Monachium. Olga poważnie rozważała wówczas – o czym mówiła wiele lat później – „wstąpić do pracowni wybornego artysty szwedzkiego Fritiuffa Smitha albo do nie mniejszej wartości Nauena. (…) obydwaj jednak prawie jednocześnie zamknęli szkoły”.

Tak właśnie było. Pod koniec września 1889 roku Paul Nauen wyjechał na trzy lata do Düsseldorfu. Do Monachium wrócił w połowie października 1892 roku. Zamieszkał nieopodal Akademii Sztuk Pięknych, na ulicy Georgenstrasse 20.
Paul Nauen był najwyraźniej zafascynowany Olgą Boznańską. W 1893 roku namalował jej portret, który jak wynika z jej wypowiedzi, powstał na jego życzenie. Po 21 posiedzeniach obraz był gotowy. Ona zrewanżowała mu się jego portretem – tym samym, który tak złośliwie skrytykował dziennikarz Kuriera Bawarskiego.

W tym samym pewnie czasie powstał Widok z okna pracowni w Monachium Olgi Boznańskiej, który jest poetycką metaforą zachodu słońca w mieście. Z wysoka, z okna na poddaszu, patrzymy w głęboki wąwóz ulicy, w którym gazowe latarnie mało skutecznie rozpraszają niebieskoszare cienie wieczornego półmroku. Na horyzoncie widoczne są wieże kościołów i fabryczne kominy błyszczące w zachodzącym słońcu. Intensywne światło monachijskiej ulicy podkreśla dodatkowo silne związki emocjonalne Olgi Boznańskiej z miastem, w którym mieszkała. Niewielki obraz ulicy monachijskiej towarzyszył malarce całe życie. Czy skrywał się za tym jedynie sentyment do bawarskiej stolicy, czy osobiste przeżycia artystki z tego czasu?

Obraz Widok z okna pracowni w Monachium jest niedatowany. Jednak technika, w której został wykonany – rozpływające się kontury, przenikanie kolorów oraz namalowanie go na tekturze – wskazują na to, że powstał dopiero po roku 1892. Prawdopodobnie artystka namalowała go w roku 1893 w pracowni Paula Nauena przy ulicy Georgenstrasse 20 podczas wzajemnych sesji portretowych. Ze wszystkich znanych monachijskich adresów Olgi Boznańskiej jedynie Georgenstrasse odpowiada łukowatemu przebiegowi ulicy widocznej na obrazie.

Widok ulicy monachijskiej jest krajobrazem miejskim i obok Pejzażu z wiaduktem z Bawarii jest wyjątkiem w jej dorobku. Artystka wyraźnie nie miała cierpliwości do tego rodzaju malarstwa, wolała, żeby „motyw” przychodził do niej do pracowni, a nie odwrotnie. Zabawnie ujęła to w wywiadzie z Marianem Turwidem w roku 1937: „(…) krajobrazu nie można posadzić na kanapie i kazać mu przychodzić kilkanaście razy do pracowni”.

Wspólne sesje portretowe wzbogaciły obydwie strony nie tylko w dziedzinie sztuk pięknych. Wydaje się, że panna Olga Boznańska nie oparła się wdziękowi tego wytwornego mężczyzny. Czy miłość tych dwojga, jeżeli była to miłość, co sugeruje wielu znawców jej życia i twórczości, jest prawdą czy zmyśleniem? Wydaje się, że rację ma Maria Rostworowska, autorka pięknej książki Portret za mgłą o Oldze Boznańskiej, pisząc, że „sprawa jest niejasna”. Natomiast legendę, którą przekazał nam Józef Czapski w trakcie wykładu w Bibliotece Polskiej w Paryżu w roku 1978, że „wszystko było przygotowane, miał być ślub, i on nagle… umarł” – przynajmniej w tym ostatnim punkcie trzeba uznać za legendę. Nauen zmarł w Monachium 13 sierpnia 1936 roku.

Druzgocąca krytyka Nauena w Kurierze Bawarskim miała pewnie równie druzgocący wpływ na przyjaźń Olgi i Paula. Z wypowiedzi Boznańskiej wiemy, że zniszczył on jej portret. Widoczne świadectwo, jak głęboko dotknęły go wydarzenia związane z czasem ich wspólnej pracy malarskiej. Obraz Boznańskiej Portret mężczyzny był nagradzany na międzynarodowych wystawach. Został też później, za zgodą Nauena, sprzedany do Muzeum Narodowego w Krakowie, gdzie można go oglądać do dziś.

Już w Paryżu Olga powiedziała, że o „życiu wesołym” Nauena dowiedziała się podczas procesu. Jeżeli Nauen rzeczywiście prowadził „życie wesołe”, czy mogła o tym nie wiedzieć? Olga Boznańska była autorką wnikliwych portretów psychologicznych i w trakcie malarskich posiedzeń dowiadywała się wiele o portretowanych. Może należy uznać, że symbolem podwójnego życia Nauena na tym portrecie są jego dwie różne ręce. Lewa, górna, jest ręką bardzo wypielęgnowaną, ale mieszczącą się w przedziałach tego, co uważamy za rękę męską: konkretną, rzeczową czy też elegancką. Prawa, dolna, jest całkowicie odmienna: jasna, palce są długie i – o dziwo! – tylko dwa. „Cóż to za rozkosz malować rękę (…). Jest ona dopełnieniem psychologicznym twarzy” – zwierzyła się wiele lat później dziennikarzowi Marcinowi Samlickiemu.

Portret mężczyzny, który przez wiele miesięcy łączył tych dwoje artystów, później ich rozdzielił. Boznańska przeprowadziła się w roku 1898 do Paryża, Nauen założył w roku 1897 rodzinę.

Los jednak zachował ostatnią kartę dla siebie. Malarz Paul Nauen byłby pewnie dzisiaj – jak wielu innych jemu współczesnych – zapomniany lub znany jedynie wybranym, gdyby Olga Boznańska nie namalowała jego portretu. Można więc śmiało powiedzieć, że zawdzięcza on polskiej malarce rozgłos w swoim czasie i nieśmiertelność w latach następnych.

Autor: EWA KLAPUTH