Opowiem ci o Daas

383

Z Adrianem Pankiem o jego debiucie filmowym, pokazywanym w styczniu w Nowym Jorku w ramach Jewish Film Festival, rozmawia Izabela Barry

W ramach Festiwalu Filmów Żydowskich obejrzeliśmy twój pełnometrażowy debiut “Daas”. Intrygujący film, w którym pośrednio głównym bohaterem jest fałszywy żydowski XVIII-wieczny mesjasz Jakub Frank. Pośrednio, bo na pierwszym planie mamy dwie inne postaci – przechrzty Jakuba Golińskiego i cesarskiego radcy Henryka Kleina. Czym lub kim jest tytułowy Daas?

Jakub Frank stworzył swój własny system czerpiąc z wielu źródeł – z tradycji żydowskiej, Kościoła ortodoksyjnego, zasłyszanych legend. Wymieszał to wszystko i opowiadał swoje własne historie. Daas jest ich kluczowym pojęciem, oznaczającym miejsce i czas, kiedy nadejdzie ocalenie, wyzwolenie. Jeżeli pozna się znaczenie Daas, zyskuje się władzę nad rzeczywistością. Tak jak w każdej religii, Daas jest sekretem, który pozwala manipulować wyznawcami – powiem ci, czym jest Daas, ale musisz być posłuszny… Ta manipulacja może trwać bez końca, a ten, który pragnie dowiedzieć się znaczenia Daas, nigdy nie będzie pewien, czy poznał do końca tajemnicę, czy nie. Nie będzie wiedział, czy nie jest w stanie jej pojąć, czy też nie zasłużył na jej poznanie.

Jakub Frank jest postacią autentyczną, historyczną. Film jest w jakimś sensie jego biografią, ale dotykając wielu aspektów społecznych i historycznych staje się studium czasów, w jakich żył. Co było dla ciebie punktem wyjścia do opowiedzenia tej historii?

O Franku czytałem jeszcze w szkole średniej. Kiedy zacząłem przygotowywać się do pisania scenariusza, musiałem poznać wiele szczegółów dotyczących historii Żydów w Polsce, nie tylko w XVIII wieku, splotu Polska-Austria-Rosja. Zajęło mi to blisko dwa lata, ale był to czas bardzo przyjemnie spędzony.
Kiedy czytałem o Franku, próbując się dowiedzieć czegoś na jego temat, znalazłem autentyczną skargę do cesarza, pisaną przez niejakiego Golińskiego. Założyłem, że skoro została napisana skarga, ktoś musiał ją przeczytać – tak narodził się radca Klein. Z drugiej strony pomyślałem, że o Franku, mesjaszu, nie można opowiadać tak, by go pokazywać. Dlatego wprowadziłem dwutorową narrację, z jednej strony jest Goliński, z drugiej Klein, którzy poprzez swoje historie opowiadają o trzeciej, głównej postaci.
Tak naprawdę jest to historia o tym, że nie jesteśmy w stanie rozpoznać rzeczywistości. Klein w tym filmie próbuje z okruchów rzeczywistości złożyć obraz całości i dowiedzieć się, czym jest świat, czy istnieje Bóg, kim jest Frank… I tak naprawdę sami jesteśmy zdani na to, by te wszystkie fakty poskładać. Z jednej strony istnieje biologiczna potrzeba, by uratować ciało, by się zbawić, czyli potrzeba mesjasza. Z drugiej strony jest to opowieść o tym, że programy cywilizacyjne, takie jak religia, nauka, rozum, zawiodły człowieka, któremu pozostaje jednie cynizm związany z władzą.

Pokazujesz wiele rytuałów związanych z frankistami. Wdeptywanie monet w ziemię, całowanie nagiej piersi…

To były prawdziwe rytuały…

Widz widzi bardzo wiele szczegółów, których nie zna, nie rozpoznaje, może się tylko domyślać ich znaczenia. Czy czerpiesz tu z dickensowskiej tradycji opowiadania, gdzie poprzez pokazanie zegarka z tajemniczym znakiem, dyndającego u czyjegoś paska, sugerujesz widzowi, że ma do czynienia z tajemnicą, czy też raczej sięgasz do Potockiego i jego “Rękopisu znalezionego w Saragossie”, który posługuje się podobnymi chwytami, ale w jeszcze bardziej mistyczny sposób?

Chyba wszystkiego tu po trosze. Jest to film o tajemnicy. Nie wiemy, kim naprawdę był Frank. Rytuały, o których mówisz, istniały naprawdę, są opisane, ale nie znamy ich znaczenia. Nie wiemy na przykład, dlaczego naśladował głosy zwierząt. W filmie istnieje scena święta poczty cesarskiej, która jest całkowicie wymyślona, ale właśnie ma w sobie elementy tej niewielkiej wiedzy, którą mamy o Franku.

Film jest twoim debiutem. Czy możesz powiedzieć o tym, jak powstawał?

Ja sobie najpierw wymyśliłem, że chciałbym zrobić film o XVIII wieku, o Franku, trochę hasowski, trochę w stylu polskiego kina historycznego lat 70. i szukałem klucza do tej historii. Czytając o Franku natrafiłem na skargę, o której była mowa, i wtedy zrozumiałem, że to jest historia o kimś, kto sam siebie oszukał, uwierzył w coś, co niekoniecznie się wydarzyło czy miało przełożenie na rzeczywistość. Miałem człowieka, który zetknął się z Frankiem i z tej perspektywy postanowiłem o nim opowiedzieć. A więc o początkowym zauroczeniu, poczuciu szczęścia z powodu znalezienia się blisko mesjasza, wielkiej miłości. Z drugiej strony pomyślałem sobie, że jeśli mamy próbować odpowiedzieć na pytanie, kim był Frank, to potrzebujemy schematu śledztwa. Stąd pomysł na Kleina, który list czyta, próbuje się czegoś dowiedzieć i sam ulega fascynacji tą postacią. Wokół Franka krąży też wiele sfałszowanych dokumentów, bo ten ruch szybko zaczął się dzielić, zaczęły powstawać nowe grupy, a zatem powstała cała masa fałszywek, apokryfów.

Skoro o śledztwie mowa, to w filmie pokazujesz również machinę, bardzo skomplikowaną, biurokratycznego państwa.

XVIII wiek to przełom oświeceniowy, rozum zwycięża religię. Frank wyskakuje tu trochę jak diabeł z pudełka z całym swoim mesjanizmem i mistycyzmem. Wtedy pojawia się przecież silne nowoczesne państwo, z rozbudowaną biurokracją, policją, wojskiem, ministerstwami. Znajdziemy te schematy później u Kafki czy u Schulza – konotacje rozbudowanej machiny państwowej, która funkcjonuje nie wiadomo na jakiej zasadzie, nie wiadomo czemu służy.

W otoczeniu Franka znajdują się piękne, silne kobiety. Czy dawał im w swojej religii jakąś specjalną rolę, wyprzedzał czas?

Dziś powiedzielibyśmy, że Frank był feministą. Kobiety miały w sekcie równorzędną rolę z mężczyznami. Cała koncepcja “szechiny”, zagubionej żeńskiej cząstki Boga, zaklętej w obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, którą miał wyzwolić, stawiała kobietę na pierwszym miejscu. Zatem kobiety były równouprawnione w sekcie frankistów. Jednocześnie byli to gnostycy głoszący, że im bardziej wstąpią w grzech, tym bardziej będą święci, bardziej zbliżą się do Boga. Były więc tam i praktyki orgiastyczne, i wymienianie się żonami.

Jak współcześni Żydzi postrzegają dziś Franka?

W Polsce to historia, która się bardzo podoba. To trochę inna strona wspólnej historii Polaków i Żydów, która wydarzyła się jeszcze przed narodzinami nowoczesnych nacjonalizmów. Dla polskich Żydów to taka historia, która łączy, jest czymś wspólnym dla obu narodów. Za granicą postać Franka nie jest za bardzo znana. Mój współproducent opowiadał swoim przyjaciołom tu, w Nowym Jorku, o tym, że robi film o Jakubie Franku. Bardzo się ucieszyli, bo był to pierwszy Żyd, który wyzwolił się z tradycji – miał swoją armię, swój dwór, był przyjmowany na dworach przez panujących. Jego postać ma egzotyczny wymiar i dlatego zaciekawia, podoba się. Dla jednych Frank był pierwszym ateistą, dla innych lewicowym rewolucjonistą, który wyciągnął Żydów z ich autonomicznego, wewnętrznego getta. Dla innych był kimś, kto łączył ludzi, czyli symbolizuje pierwszą próbę asymilacji. Dla jeszcze innych był diabłem, hochsztaplerem. Faktem jest, że ci, którzy przystąpili do ruchu frankistowskiego, a byli to bardzo wykształceni zazwyczaj ludzie, stali się potem polską elitą. Idąc za Frankiem przyjęli chrzest, często dostawali tytuły szlacheckie. Brali udział w powstaniach, walczyli w legionach, bo dzięki Frankowi mieli przeszkolenie wojskowe.

W końcowej scenie filmu obaj bohaterzy spotykają się nad brzegiem morza, w scenie przywodzącej na myśl słynny obraz Caspara Davida Friedricha “Dwaj mężczyźni nad brzegiem morza”. Skąd pomysł na zamknięcie filmu taką właśnie sceną?

Zawsze podobał mi się ten obraz. Wydaje mi się, że w plastyczny sposób symbolizuje zamknięcie epoki rozumu, oświecenia, że w jakiś sposób zaczyna się od niego romantyzm. Kiedy coś się kończy, zaczyna się coś innego. Dla bohaterów filmu kończy się pewien etap, następnym będzie wyjazd do Ameryki. Obaj czekają na brzegu na statek, który zawiezie ich do nowego życia. Staraliśmy się, żeby ten film nie był “ładny”, osiemnastowieczny, z pięknymi strojami i wnętrzami, gdzie wszystko jest gładkie i estetyzujące. Ponieważ mówi on o sprawach ostatecznych, o ludziach, którzy poszli za fałszywą wiarą, którzy dali się oszukać, chcieliśmy, by film był ostry, brutalny. Chcieliśmy przebić się przez kostium historyczny i zrobić film o współczesnym człowieku. Kostium nie ma tu przeszkadzać i sugerować, że to, o czym opowiadamy, zdarzyło się dawno i nie wiadomo, czy naprawdę.

Kawa, guma, szczepienia przeciw chorobom, zegarki na łańcuszkach – to nowinki, które pojawiają się mimochodem w twoim filmie, a są zapowiedzią nowego świata, pędzącego w nieznanym kierunku.

To początek naszego świata, początek nowoczesności. Wiara w rozum, w rozumne urządzenia. Rewolucja techniczna, medycyna, podróże. Z drugiej strony za chwilę ten rozum przegra. To, co się wydarzy w XX wieku, skreśli rozum jako źródło spokoju i ładu.


Amerykańska premiera filmu Adriana Panka Daas na tegorocznym The New York Film Festival odbyła się dzięki pomocy Polskiego Instytutu Kultury w Nowym Jorku.

Autor: