Ostatni klezmer Galicji

50

Z Leopoldem Kozłowskim-Kleinmanem, kompozytorem, pianistą i dyrygentem, rozmawia Teresa Bętkowska

W samym sercu krakowskiego Kazimierza, w restauracji przy ul. Szerokiej, ma własny swój kącik. W nim wygodny fotel, jak na starszego pana przystało. I stolik, który wciąż oblegają muzycy, dziennikarze i… turyści. Jednak nie w Klezmer-Hois spotykam się z Leopoldem Kozłowskim. Pomimo że 97-letni artysta – powszechnie zwany ostatnim klezmerem Galicji – akurat ową restaurację uważa za swój drugi dom, to na rozmowę ze mną umawia się w mieszkaniu przy ul. Królowej Jadwigi.

W Klezmer-Hois można spotkać pana codziennie…
To znakomite miejsce dla emeryta (śmiech)! Zwłaszcza że mam tam kącik i dobrze mi się w nim „urzęduje” – od południa aż do późnych godzin popołudniowych (znów śmiech). W domu jestem sam, a tu?

Lubi pan przebywać w otoczeniu turystów, którzy chcą sobie z panem zrobić pamiątkowe zdjęcie? Dziennikarzy z całego świata, którzy wiedzą, że tu można z panem przeprowadzić wywiad? Melomanami zaciekawionymi muzyką przedwojennego klezmera, która jest nasycona autentycznie wschodnim zaśpiewem i jakby kulawymi rytmami?
Uwielbiam. Zresztą ja zawsze lubiłem ludzi. Dlatego w domu sam długo bym nie wytrzymał. Wsiadam rano w autobus, później przesiadam się do tramwaju – codziennie jadę w tym samym kierunku. Na Kazimierz.

W tym roku pan zagrał na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie…
Mój koncert, w synagodze Tempel, był uwzględniony w programie XXI już edycji festiwalu. Temu festiwalowi zresztą jestem wierny od początku. Tak jak krakowskiemu Kazimierzowi od chwili, gdy w 1946 roku – po dotarciu do Krakowa wraz z 6. dywizją Wojska Polskiego – przyszedłem tu po raz pierwszy.

Kazimierz wtedy był inny…
Przerażająco smutny. Gdy rozejrzałem się wokół – wszędzie było pusto. I głucho. Wiało ogromnym smutkiem. Pamiętam: usiadłem wtedy, porażony ciszą, na jakiejś połamanej skrzyni i przez długą chwilę patrzyłem na kikuty domów, na oczodoły okien. Później wziąłem do ręki akordeon, który przeszedł ze mną obóz koncentracyjny w Kurowicach oraz cały front, ratując mi nieraz życie, i zagrałem piosnkę żydowską „Miasteczko Bełz”. Wie pani co wówczas odczułem, a może nawet zobaczyłem? Że otaczające mnie kamienie, te, które wcześniej słyszały tylko huk strzałów, jakby odżyły. Jakby zniknęły z nich ślady krwi. Spodobała im się chyba moja muzyka… Ja zaś byłem z tego powodu i dumny, i szczęśliwy.

„Moja muzyka” – to znaczy, jaka?
To nie była muzyka z nut. Nuty miałem w swojej aorcie. I tak jak biło mi serce, taki rytm, taką melodię nadałem tej pięknej pieśni.

Pana muzyka jest smutna…
To prawda. A nawet jeśli bywa radosna, to w tej radości i tak jest smutek. Jest ten charakterystyczny „krechc”, co w języku jidysz znaczy: westchnienie, jęk.

Czy grając na tym ocalałym w wojnie akordeonie przeczuł pan, że nie opuści już Krakowa? Nie wyjedzie do USA, gdzie triumfy w latach 30. ubiegłego stulecia święcił najstarszy brat ojca, Naftuli Brandwein, grając tam wirtuozersko na klarnecie – nazywano go nawet królem świata muzyki żydowskiej. Albo do Argentyny, gdzie pana tata, wyśmienity skrzypek, przed II wojną światową był koncertmistrzem jednej z wielkich orkiestr symfonicznych?
Moja decyzja o pozostaniu w Krakowie była przemyślana.

Co o niej przesądziło?
Ziemia. W polskiej ziemi leży zamordowana moja mama, mój ojciec i mój brat. Nie mogę ich opuścić.

Powrotu do Przemyślan też nie brał pan pod uwagę? Tam przecież urodził się Poldek, tam spędził dzieciństwo i młode lata, tam miał rodzinę i przyjaciół…
Nie miałem do kogo wracać. Przemyślany (miasteczko koło Lwowa), w których przed wojną zgodnie żyli Polacy, Żydzi, Ukraińcy i Cyganie, dotknęła tragedia. Holokaust zdziesiątkował mieszkańców, bandy UPA dokonały strasznego pogromu. Ja trafiłem do obozu koncentracyjnego, z którego jednak udało mi się szczęśliwie uciec. Wstąpiłem do partyzantki; po obronie Hanaczowa przed ukraińskimi nacjonalistami oddział Abrama Bauma ps. „Bunia” – w którym walczyłem – wszedł w struktury Armii Krajowej, a ja po wyzwoleniu znalazłem się w LWP.

Kazimierz, który nazywa pan swoim drugim domem, pokochał pan tak bardzo, że – jak wieść gminna niesie – nie przyjął propozycji, która kiedyś nadeszła z Kalifornii.
To prawda (śmiech). W Los Angeles zaproponowano mi stanowisko rektora w Światowym Centrum Kształcenia Klezmerów, które zamierzono utworzyć. Miałem tam uczyć. Przekazywać innym tradycje wyniesione z kolebki klezmerstwa. Tu może dopowiem, że mój dziadek Pejsach Brandwein, z jedenastoma swoimi synami założył najsłynniejszą w Galicji kapelę klezmerską, która koncertowała nawet na dworze cesarza Franciszka Józefa. Grała też Józefowi Piłsudskiemu.

Jak pan zareagował na intratną przecież ofertę?
Odpowiedziałem Amerykanom tak: skoro ludzie z całego świata mogą przyjeżdżać do was, to przyjadą też do Polski. I co, nie przyjeżdżają do Krakowa?!

Pan też jeździ z koncertami po świecie.
Byłem w wielu krajach. Ostatnio w Niemczech, a dwa lata temu w Madrycie. „Moi artyści” piosenki śpiewali po polsku, ale też w języku w jidysz – a ludzie na sali, chociaż nie znali tych języków, to i tak się popłakali, gdy tylko zabrzmiała Ta jedna łza.

Ta piosenka powstała wspólnie z Jackiem Cyganem, który napisał nawet o panu ciekawą książkę „Klezmer. Opowieść o życiu Leopolda Kozłowskiego-Kleinmana”. Jak zrodziła się przyjaźń ludzi jakby z dwóch różnych światów?
Jacek jest cenionym i lubianym poetą. Napisał wiele tekstów do piosenek wykonywanych przez powszechnie znanych piosenkarzy. Napisał ich też kilka dla mnie. Bo on żydowską muzykę rozumie. Czuje. I wie, że każdego dnia piosenka może brzmieć inaczej, gdyż nie od nut, a od nastroju śpiewającego jest zależna. Dlatego nasze piosenki nie powstają na zamówienie, a wyłącznie z potrzeby serc. Tak właśnie zrodziła się Ta jedna łza.

Muzykę żydowską albo się czuje, albo nie. Inaczej: nie człowiek wybiera klezmerstwo, a ono wybiera człowieka.
Mnie klezmerstwo wybrało, gdy miałem pięć lat. Wtedy z instrumentu zacząłem wydobywać dźwięki, jakie podpowiadała partytura znajdująca się w moim sercu.

Jednak później ukończył pan konserwatorium we Lwowie. Także studia dyrygentury w PWSM w Krakowie (obecnie Akademia Muzyczna).
Spełniłem marzenia ojca. Ale tak naprawdę to ja jestem przepełniony muzyką klezmerską. Ona płynie w mojej krwi. Ona zaprowadziła mnie na Kazimierz i dzięki niej mogłem spełnić wydany – już z samej góry – nakaz mojego taty, który brzmiał: „Hitler zamordował naród, a ty masz uratować go muzyką”. Może dlatego ja ciągle jeszcze żyję?!

Skomponował pan muzykę do filmu „Austeria” Jerzego Kawalerowicza. Steven Spielberg powierzył panu nie tylko małą rolę w „Liście Schindlera”, ale i konsultacje muzyki getta w tym filmie. Muzyka ostatniego klezmera Galicji ilustruje też polską sekwencję w „Wichrach wojny”, filmie wyreżyserowanym przez Dana Curtisa, w którym gra Ali MacGraw, Robert Mitchum i Haim Topol. Obecna jest i w sekwencji cygańskiej filmu z Nastassją Kinski „Wiosenne wody” wyreżyserowanym przez Jerzego Skolimowskiego…
… skoro pani przypomina moje dokonania, to dodam, że opracowałem muzycznie także Skrzypka na dachu – i to dla wszystkich polskich scen, które go miały w swoim repertuarze. Najwcześniej był wystawiony w Gdyni. Tam pracowałem z Jerzym Gruzą, a Skrzypka… w Teatrze Muzycznym (premiera przedstawienia to bodaj rok 1984) grano przez 15 lat i w ciągu tego czasu musical zaprezentowano aż tysiąc razy. To chyba rekord światowy!

New York Festivals, światowy festiwal filmów dokumentalnych, w 2015 roku okazał się dla pana niezwykłą niespodzianką…
Tak, tak… Andrzej Celiński, reżyser filmowy został uhonorowany nagrodą Grand Prix oraz Złotym Medalem za Kabaret śmierci. I on te wielkie, prestiżowe wyróżnienia właśnie mnie zadedykował!

Pan w filmie Celińskiego jest jednym z bohaterów-narratorów. Opowiada widzom o tym, jak gra na akordeonie uratowała panu wielokrotnie życie.
Cóż, jestem świadkiem blisko stuletniej historii Polski…

Autor: Teresa Bętkowska