Pamiętnik krawcowej

253

Ktoś powie, że w czepcu urodzona. Na warszawskich kinderbalach uchodziła za wzór grzecznej dziewczynki, żywcem wziętej z francuskiej powieści hrabiny de Ségur. Ukochaną jedynaczkę Haliny i Józefa Wittlinów trzymał do chrztu Marian Falski, ten od Ali i Asa. Nie bez kozery Julian Tuwim zadedykował jej wiersz Pan Tralaliński, a redaktor Grydzewski przynosił jej przeróżne smakołyki.

Marię Dąbrowską, z powodu jej niskiego wzrostu, uważała za swoją rówieśniczkę i wciągała na wspólną zabawę do pokoju dziecięcego. W tym pokoju najchętniej przesiadywał Bruno Schulz, czuł się bowiem lepiej rysując dla Elżuni, niż prowadząc dorosłą konwersację w salonie jej rodziców.
W sumie to niezły patronat dla przyszłej autorki wspomnień. Elżbieta Wittlin Lipton w swych reminiscencjach przemieszcza się swobodnie po strefach czasowych. Prowadzi narrację nie wedle kroniki kalendarzowej, lecz wedle wewnętrznej logiki nawarstwianych słojów pamięci i skojarzeń. Jej świat ma swoje korzenie w mitycznej krainie – tam bowiem chodziło się z rodzicami do Ziemiańskiej, zajadało słodycze Loursa i Lardellego, a herbatę wypijano u leciwych ciotek na aksamitno-pluszowym Mokotowie.

Kraina ptysiowo-marcepanowa była tylko pozornie bez burz. Do świadomości dziecka docierały obrazki z prasy oenerowskiej: karykatury dyndających na szubienicy Wittlina, Słonimskiego, Tuwima. Gdy wybuchła wojna – Wittlin był od lipca we Francji – spędziła kilka tygodni w Stawisku. Rezydencja Iwaszkiewiczów, stanowiąca ochronę dla tylu zbieżeńców, kojarzy się jej z płótnami Corota i Milleta, w pamięci zaś utrwaliła się biel tenisowych spódniczek oraz panujący tam duch nacjonalistyczny i śpiewane piosenki patriotyczno-wojskowe.
W tych pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej Halina z godną podziwu odwagą i konsekwencją kołata dzień po dniu do siedziby gestapo przy Szucha i w końcu, dzięki aryjskiej urodzie i biegłej znajomości niemieckiego, uzyskuje pozwolenie na wyjazd z córką. Z głębin pamięci Elżbieta Wittlin Lipton wskrzesza migawki z życia ulicznego. Wędrując z matką po mieście obserwuje: głodny klarnecista gra na mrozie, chasyd przed Halą Mirowską sprzedaje biustonosze, na nędznym targowisku na Pradze idzie handel pękniętych garnków i przybrudzonej odzieży. A tu powtórka z prasy nacjonalistycznej. Gdzieś natrafia na stragan z marionetkami o haczykowatych nosach. W brązowych chałatach wiszą na miniaturowej szubienicy, zmuszane przez lalkarza do radosnych podskoków. Życie stanowiło sprzęg absurdu z niewyobrażalnym.
Epizody okupacyjne, podszyte nieustającą grozą zagłady, cechuje zwięzła, celna ekonomia wyrazu. Całą przygodę uchodźczą, ucieczkę po Francji do Hiszpanii, a potem Portugalii, podszywa napięcie i egzystencjalny niepokój ludzi bez ojczyzny. Tym razem to sam Wittlin, wbrew powszechnemu o nim mniemaniu, wykazuje lwią nieustraszoność i wraz z Kazimierzem Wierzyńskim udaje się do Vichy, żeby wydobyć wizę wyjazdową z rąk władz.

Przemierzając obszary swej dotychczasowej biografii Elżbieta Wittlin Lipton daje wgląd w domowe życie na emigracyjnym padole. Nie przemilcza nieustannej harówki Haliny, podporządkowanej m.in. totalnemu despotyzmowi urzędującej faworytki męża-kotomana. W przedwojennym mieszkaniu wisiały dwa portrety Józefa namalowane przez Witkacego, a w grubej złoconej ramie portret Haliny narysowany przez Leopolda Gottlieba, były rysunki Brunona Schulza i drzeworyt Muncha. Wszystko zostało rozkradzione, gdy szrapnel trafił w dom w 1939 r. Na ścianach mieszkania w Riverdale widniały już tylko kopie: martwa natura Cézanne’a, Paryż pod deszczem Pissarra i Św. Franciszek z ptakami pędzla Giotta.
Daje przy tym inny niż obiegowy wizerunek autora Soli ziemi. Wittlin tu się pojawia w negliżu domowym, nieco sfatygowanym rdzawobrązowym szlafroku, a mniej wiarygodnie na sportowo, ćwiczący z ciężarkami. Nad morzem natomiast brzydzi się piaskiem w sandałach oraz zapachem maści przeciwsłonecznej i w ogóle nie pływa. Rok po roku wciela się dla Elżuni w Świętego Mikołaja. Dla niej też udaje Indianina, skacząc dokoła wrzącego kociołka i emitując dostrojone do zabawy krzyki. Mało tego, goni po mieszkaniu do melodii Tańca woźnicy z Pietruszki Strawińskiego i każe pluszowej małpeczce Burciowi wybijać takt na cymbałach.
Nie brak więc zaskoczeń w konterfekcie pisarza, nie brak paradoksów. Pryncypialista i liberał, Wittlin sprzeciwia się planowaniu rodziny dla kociego gatunku. Ale pacyfista i obrońca praw zwierząt to także kacyk domowy. Chorobliwie dbały o wygląd żony i córki, potrafi poprawić im fryzurę na ulicy. Jako meloman chciał koniecznie, żeby córka grała na pianinie. I właśnie jako meloman musiał uciekać z domu na spacer, kiedy ćwiczyła. Gdy potem Zygmunt Menkes rozpoznał w dziewczynie “dziedziczną ekspresjonistkę” o zdolnościach plastycznych, speszony czy zgorszony ojciec nie mógł pojąć, “czemu ona maluje tak brzydkie rzeczy?”.
I, jak się okazuje, Józef Wittlin wcale nie był aż tak życzliwy kolegom. Rozzłoszczony na Wierzyńskiego lub Tuwima, dawał któryś ich wiersz jako podściółkę kocicy faworytce i zachęcał do… korzystania z podłożonej poezji. Lektura tego pamiętnika jest szczególnie wskazana dla brązowników poety. Będą się zastanawiać, gdzie się tu podział legendarny święty Franciszek od biednych Żydów.
Tymczasem oko dziecka podgląda nie tylko domowe bety. Odsłania również szeroką panoramę środowiska polskiego w Nowym Jorku, pokazuje barwną galerię postaci bawiących na wilegiaturze w Hunter, gdzie w pobliżu gór Catskill Wittlin odnajdował jakąś namiastkę dla utraconej Huculszczyzny. Są tu wyśmienite winietki, podszyte musującą ironią: przyjęcie weselne Elżuni i kapitalna sylwetka Jana Lechonia, pobrzdękującego bez żenady na pianinie w obecności obu Arturów: Rubinsteina i Rodzińskiego. Pojawiają się, co prawda nieco za krótko, Iza Lansberger i Bronisław Młynarski, Irena Lorentowicz i Maria Modzelewska, Karin Tiche i Czesław Miłosz. Przewijają się i Wierzyńscy, i minister Jędrzejewicz, rodzina Nagórskich i Wacław Solski, wybitny sarkasta, a także sławiona przez Lechonia Zofia Rajchman z córką Żanulką oraz młody Andrzej Beck. A na całe otoczenie promieniuje czwórka sióstr Lilpop.

Odtwarzając tkankę życia autorka nie tyle pisze, co haftuje osnowę i wątek, wytrawną igłą wyszywa wymowne szczegóły i epizody. Pamiętnik stanowi istny almanach mód, wielką księgę ze wzorami ubrań dziecięcych, dziewczęcych oraz damskich. Pamięć o czasie minionym kojarzy się nieodparcie z danym kostiumem, bluzką czy szmizjerką. Albo może odwrotnie: bo właściwie kostium (najpierw narysowany) – płaszcz z getrami, czapeczka pilotka – przywołuje do życia minioną chwilę, osobę, miejsce.
Elżbieta Wittlin Lilpop ma niezawodne oko dla faktury każdego ubrania. Zapisuje wszystkie owe kołnierze plisowane, marynarskie lub a la Piotruś Pan, wszywa wstążki i kokardy, frędzelki i pętelki. Otwiera nam cały sklep z tkaninami – ciężkie wełny i tweedy, aksamity i atłasy, organzyna i żorżeta, krepdeszyna i tiul. A bywają one w groszki i kwiaty łąkowe, w kropki, kratkę lub paski, w pepitę lub Prince de Galle. Nie brak też pasmanterii do garderoby. Pamięta dotyk, gładkość czy szorstkość, puszystość czy drapieżność materiału.
Wśród polskich pamiętnikarek bodaj tylko Janina z Puttkamerów Żółtowska w Innych czasach, innych ludziach (1959) zachowała tak detaliczną pamięć o strojach balowych swej młodości. Tu jednak odzież nie służy próżności czy kokieterii. Stanowi nieraz stawkę o życie i przetrwanie: odpowiednio ubrana i umalowana Halina stacza zwycięską walkę o wizę wyjazdową. Odzież wzbudza panikę, ale również uspokaja rozstrojone nerwy. Zastraszona dziewczynka szuka schronienia w szafie z ubraniami rodziców, tam czuje się bezpieczna. Natomiast przy ubieraniu lalki opędza się od czarnych myśli, a jednocześnie daje upust swoim zapędom twórczym, wyzwala wyobraźnię, spełnia głęboko ukryte fantazje. Gdy inni szaty rozdzierają, nasza szwaczka dalej szyje.

Książka została bogato ilustrowana zdjęciami, rysunkami oraz projektami teatralnymi autorki. I tu należą się wyrazy wdzięczności i podziwu dla wydawcy madryckiego, który tak ambitnie przystąpił do opublikowania książki w nieswoim języku i tak starannie zadbał o jej szatę graficzną. Jeśli zaczepny czytelnik wytknie mu chochlika drukarskiego, usłyszy pewnie ripostę, że Szekspir i Cervantes też nie dadzą się drukować bezbłędnie.
A więc pamiętnik krawcowej lub może raczej antologia czy też skrótowa ontologia ubioru? Książka opowiada, także podpowiada, ważną treść o wojnie i bezdomności, o tożsamości na pograniczu kultur, o asymilacji, przynależności i odrębności, o pokusach konsumeryzmu amerykańskiego. Po przygodzie wojennej – pierwsze lata emigracji w Ameryce, próby asymilacji, przyswajanie sobie obcej kultury, poddanie się tej cywilizacji materialnej, nawet i gustowanie w niej, potem bunt. Zawieszona pomiędzy kulturami, wszędzie obca i wyobcowana, przemierza wielkie obszary kulturalne, będąc wszędzie jednak u siebie. Są refleksje o sztuce, fizjonomia miasteczek i wsi na pograniczu hiszpańsko-portugalskim, o zmianach w estetyce teatralnej Japończyków. Malarka, rysowniczka, projektantka wnętrz, artystka-scenarzystka, teraz (i oby dalej) pisarka, do tego jeszcze humorystka rozpoczęła swoją karierę artystyczną jako szwaczka obsługująca pierwszą klientkę – lalkę. W szyciu garderoby dla lalki wszystko bierze początek.

Autor: NINA TAYLOR-TERLECKA