Piękne kobiety i piękna wizyta

21

Największy i najważniejszy spektakl początków jesiennego sezonu w tym roku to był z pewnością przyjazd papieża Franciszka. Miasto zamieniło się w amfiteatr, ulice w rzędy wypełnione widzami stojącymi w cierpliwym oczekiwaniu. Poszczególne punkty wizyty były niby stacje łagodnej drogi krzyżowej, którą zdążała uparcie niewielka figura ubrana na biało, przecinając miasto – w maleńkim fiaciku, w otwartym "papamobilu" – z północy na południe, ze wschodu na zachód, z dołu miasta ku górze, przez zielone serce parku.

Wszędzie był witany serdecznie, zaznaczając swą obecność przez ulotny moment. Miejsca modlitwy i spotkań z rodzinami tych, którzy zginęli tragicznie 11 września, ze strażakami, z bezdomnymi, z dziećmi, z wiernymi, z ludźmi innej wiary, i z niedowiarkami złożyły się w rodzaj litanii, gdzie pamięć o nieszczęściach i ludzkich bólach splatał się z pogodą ducha i pociechą.

I wszędzie – we wspaniale odnowionej i rozświetlonej katedrze św. Patryka; rozległej sali Zgromadzenia w Narodach Zjednoczonych; miejscu pamięci na dawnym planie dwóch wież World Trade Center; skromnym kościółku Matki Boskiej Królowej Aniołów na 112 Ulicy we Wschodnim Harlemie; przepastnej przestrzeni Madison Square Garden – rozbrzmiewało podobne przesłanie o pokój, o rozpoznanie ludzkiego osamotnienia, o potrzebie troski o drugiego człowieka, lecz i troski o Ziemię, tę jedyną Ziemię w naszych rękach i naszą ręką niszczoną. A także dobitne  przypomnienie: „Nadzieja, która uwalnia nas od sił wpychających w osamotnienie i obojętność wobec innych. Nadzieja, która nie boi się zaangażowania działającego jak zaczyn gdziekolwiek tam, gdzie mieszkamy i pracujmy. Nadzieja, która pozwala nam rozpoznać, nawet w oparach smogu, obecność Boga, jak chodzi po ulicach naszego miasta”.

*
Centralną postacią w sztuce Richarda Maxwella Isolde jest znana aktorka, która swym kunsztem wzbudza entuzjazm i szacunek. Nie dziwi więc, gdy słynny architekt, zatrudniony przez męża Izoldy, by pomógł jej zaprojektować i zbudować wymarzony, idealny dom letni, już przy pierwszym spotkaniu mówi o swoim dla niej głębokim podziwie.

Szybko rozpoznajemy zarysy kształtującego się trójkąta: piękna kobieta, przyzwyczajona do uwagi innych dla swych potrzeb, wzlotów i upadków. Patrick, zamożny mąż, uczuciowo zaangażowany i troskliwy, lecz w swym osadzeniu w sprawach praktycznych funkcjonujący na rozbieżnej fali od niepokojów ducha Izoldy. I ten trzeci, o dźwięcznym imieniu Massimo, z temperamentu bratnia dusza aktorki, swobodnie poruszający się w rejonach wzniosłej retoryki, brawurowo spontaniczny.

Sztuka rozwija wątek zdrady, jakby przynajmniej częściowo usprawiedliwionej porywającą siłą pożądania. Na jednym poziomie akcja rozwija się prawie naturalistycznie, w wygodnym domu, z widokiem na sielski krajobraz za oknem, przy eleganckich drinkach. Lecz odwołuje się także do pamięci odwiecznych mitów i do marzeń. W pragmatycznie określonej rzeczywistości Patricka i jego przyjaciela, wuja Jerry'ego odwołanie do średniowiecznego mitu i wielkich uczuć wydaje się absurdalne. Liczy się projekt wykreślony precyzyjnie na papierze, dokładnie wyliczone koszty, drewno i inne materiały przygotowane do budowy.

Lecz i w ich świecie działanie wymyka się spod racjonalnej kontroli. Ramy wyznaczone przez rozsądek i logikę rozsadzają pierwotne instynkty, pragnienie obrony terytorium, potwierdzenia posiadania. Łuk napięć bieży między biologią a wyrafinowaniem, między prymitywną „disco polo” a wyszukaną muzyką – w kluczowej scenie rozbrzmiewa aria Liebestod z wagnerowskiej opery Trystan i Izolda.

Co jednak czyni sztukę Maxwella szczególnie ciekawą, to nakładające się warstwy odniesień i znaczeń. W wątek o emocjonalnych splotach i zderzeniach między Izoldą, Patrickiem i Massimo wpisują się refleksje o roli wyobraźni, tej cudownej umiejętności uwierzenia w coś, co nieuchwytne. Dążenie Izoldy do realizacji swego marzenia podsuwa pytania, jak nadajemy fizyczny kształt czemuś, co jeszcze nie istnieje poza naszym wyobrażeniem i pragnieniem – jak „idealny dom”, jak inscenizacja sztuki, jak napisanie nowej książki.

Te pytania łączą się także z niepokojem o rozmywające się granice osobowości, mocno związanej z dynamiką pamięci. W scenie otwierającej sztukę Izolda powtarza słowa monologu: „Znamy tę historię. Miałam przypłynąć statkiem i go uratować. Lecz wiemy, że na pokładzie łodzi znajdował się dywersant…”. Milknie. Zwraca się do Patricka siedzącego z tyłu: „Podaj słowo”. Zaczyna recytować od początku. Znów zapomina. Prosi o podpowiedź.

To może być dramat starzejącej się aktorki, z większym trudem uczącej się roli. Lecz Izolda zaczyna zapominać nie tylko kwestie, które ma wypowiadać ze sceny, ale także rzeczy, o których mówi w „prawdziwym” życiu. Dramat się rozszerza, niepokój Izoldy rozbiega się coraz dalej, jak kręgi na wodzie. Ogarnia także nas, gdy zapytuje: „Jak opłakiwać to, czego nie możemy sobie przypomnieć? Pozostaje ci ledwie cień jakiejś tęsknoty, wygłuszone poczucie pustki. Jak subtelny jest dar pamięci? Jak cenny?”.

*
Jesień przed nami pełna ciekawych wydarzeń. Otworzyła paradę Isabella Rossellini przywołując postać swojej matki, wspaniałej Ingrid Bergman. Opowieści przyjaciół i artystów, z którymi aktorka współpracowała, splatały się z fragmentami jej osobistych zapisków i listów, czytanych bez afektacji przez Isabellę Rossellini i Jeremy'ego Ironsa. Wspomnienia dopełniał bogaty wybór materiałów wizualnych: trochę osobistych zdjęć i rodzinnych nagrań, lecz przede wszystkim sceny z jej filmów: u szwedzkich reżyserów Gustafa Molandera i Pera Lindberga; w hollywoodzkich filmach Davida Selzincka w latach 40.; z trudnej „podróżniczej” trylogii Roberta Rosselliniego z lat 50.: Stromboli, Europa '51 i Podróż do Włoch; po Jesienną sonatę Ingmara Bergmana z 1978 r. (12 września, BAM Opera).

Teraz na scenie w Harvey Theatre domaga się absolutnej uwagi księżniczka Antygona. Juliette Binoche oddaje jej trudne pasje – determinację, lojalność wobec tragicznie zmarłego brata, bezwzględność wobec próśb siostry, gotowość na śmierć – w sposób, który wydaje się całkowicie „naturalny”, a jednocześnie genialnie „zagrany”. Dorównuje jej z przekonaniem Patrick O'Kane w roli Kreon, który drogo płaci za arogancką pewność własnych, i tylko własnych racji.

Inscenizacja Antygony przygotowana przez Ivo van Hove'a jest przykładem, jak potężny efekt może osiągnąć precyzyjna ręka reżysera, podchodzącego do tekstu z odwagą i własną wizją, lecz i szacunkiem, nadając całości przejrzysty kształt. Sztuka nabiera przejmującej wymowy, jakby Sofokles zwracał się bezpośrednio do nas. Przypomina z naciskiem o kosztach bezwzględnych osądów, konieczności wyważonych decyzji i odwadze rozpoznania własnych ograniczeń (Antigone Sophoklesa, w nowym tłumaczeniu Anne Carson. 24 września – 3 października, w BAM Harvey Theater).

A wśród zbliżających się premier i wizyt warto zwrócić szczególną uwagę na Fool for Love, z powodu autora, Sama Sheparda, i świetnej Niny Ariandy (premiera 8 października, Samuel J. Friedman Theatre); Cloud Nine, bo brytyjska pisarka Caryl Churchill ma genialne wyczucie języka i ostry humor (5 października – 1 listopada, Atlantic Theatre Company); Medea, z sympatii do La MaMa i ciekawości, co wymyślił włoski artysta znany z przewrotności (8-18 października, Ellen Stewart Theater).

***
Richard Maxwell, Isolde. Reżyseria: Richard Maxwell; scenografia i oświetlenie: Sascha van Riel; kostiumy: Romy Springsguth & Kaye Voyce. Występują: Jim Fletcher (Patrick), Brian Mendes (Uncle Jerry), Tory Vazquez (Isolde) i Gary Wilmes (Massimo). New York City Players, przedstawienia 6-27 września w Polonsky Shakespeare Center, Theatre for a New Audience,  262 Ashland Pl., Brooklyn.

Autor: GRAŻYNA DRABIK