Pisząc, ocalam moją polską tożsamość

17

Z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, pisarką, historyczką, laureatką Nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, rozmawia Milena J. Kalczyńska

Mieszka pani w USA, w jednym z najbardziej multikulturowych społeczeństw. Jak pani, Polka, w nim się odnajduje?

Urodziłam i wychowałam się w Polsce jednonarodowej, a o dawnej naszej wielokulturowości czytałam tylko w przekazach historycznych. Z krajem wielokulturowym zetknęłam się po raz pierwszy w początkach lat 80., kiedy mieszkałam dwa i pół roku w Kanadzie. Miałam okazję poznać bliżej ten kraj i ten temat – zbierając materiał do moich dwóch książek, które ukazały się w Kanadzie, potem w Polsce. W pierwszej zamieściłam opowieści o losach imigrantów polskich w Kanadzie, w drugiej przedstawiłam życie i pracę znakomitego przedstawiciela tamtejszej Polonii – senatora Stanleya Haidasza. Haidasz, jako pierwszy poseł polskiego pochodzenia (nie biorąc pod uwagę posłów sprzed czasów konfederacji), w 1957 roku wszedł w skład Parlamentu Federalnego, reprezentując okręg Trinity w Toronto. Został pierwszym ministrem wielokulurowości, którą premier Pierre Trudeau uznał w 1971 roku za element oficjalnej polityki rządu.
Badając wtedy i później problematykę wielokulturowości zauważyłam, że potrafi ona stworzyć wiele małych, nieraz obcych sobie społeczeństw, ale że to poczucie obcości zwykle dotyczy jednego, czasami dwóch pokoleń imigrantów. Kolejne generacje już nie czują się wyobcowane ani “inne”. Mają zazwyczaj serdeczny stosunek do kraju swojego pochodzenia, i to jest niemała wartość dla tego “starego kraju”.
Od 1990 roku mieszkam stale w Stanach Zjednoczonych, kraju imigrantów przybyłych z wielu stron świata, z miejsc mających różne poziomy cywilizacji i różne religie. Jest to, jak wiadomo, także kraj, w którym mieszkają Indianie, pierwsi mieszkańcy tej ziemi. Stany Zjednoczone oficjalnie nie mają polityki wielokulturowości, jak Kanada, są tyglem narodów, melting pot. Szczycą się, że mają swoją amerykańską kulturę i jedną przynależność narodową. Amerykanie są bardzo patriotyczni, dumni ze swojej historii i ze swojego społeczeństwa, składającego się w dużej mierze z imigrantów.
Mieszkając w społeczeństwie wielokulturowym, dość szybko się do tej szczególnej “inności” przyzwyczajamy. Wielokulturowość może wzbogacić, może nauczyć wyrozumiałości, szacunku dla “innego”, otworzyć czy poszerzyć horyzonty o nowe odczucia i tematy. Może, ale nie musi – można bowiem zamknąć się w sobie i żyć w kokonie, jak i być krytycznym wobec wszystkiego, co nie jest nam znane, co jest “obce”. Można się nauczyć różnych perspektyw widzenia, ale także zrozumieć, że niezależnie od kraju pochodzenia i miejsca zamieszkania ważne są ogólnoludzkie wartości: dobro, szlachetność, prawda, wrażliwość na krzywdę. Aby dostrzec pozytywne oddziaływanie “nowego”, trzeba znaleźć w sobie wiele gotowości i otwartości. Aby żyć we “własnym świecie”, trzeba go umieć stworzyć. Samoświadomość i wrażliwość są najważniejsze, nie miejsce zamieszkania.

A jak wygląda pani “własny świat” w Stanach?

Mój mąż nie mówi po polsku, jest szwedzko-niemieckiego pochodzenia; oboje mamy przyjaciół różnego pochodzenia. Ale wszyscy czują się dumni, że są Amerykanami, wielu z nich ma w pamięci swe tradycyjne opowieści “pokoleniowe”. W Stanach zdobyłam wiedzę, że liczne mieszkające tu grupy etniczne mają swoje mniejsze lub większe “żale” do świata. Wysłuchiwałam niegdyś licznych podobnych “żalów” od polskich imigrantów, którzy pamiętali okres, gdy na przykład popularne były w Ameryce przykre dla nas Polish jokes. Oczywiście Polacy w Stanach Zjednoczonych nie różnią się od innych grup: mają tu swoją historię, swoje pretensje i swoje powody do dumy. Sądzę, że warto by zgłębić ten temat – w jednej publikacji spróbować zestawić około dziesięciu największych liczebnie grup etnicznych w USA, tak by reprezentanci każdej mogli przedstawić swoje “żale” do Ameryki. Z pewnością ciekawie wypadłby i wiele dał do myślenia taki chór głosów ze strony Niemców, Anglików, Irlandczyków, Chińczyków, Meksykanów, Włochów, nas, Polaków, i innych. Muszę dodać, na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji, że nieraz się zdarza, iż jest się zmęczonym “innością”, która nie wywodzi się z naszej tradycji czy historii – i że Polska jednorodna budzi tu naszą tęsknotę. To naturalne zresztą, że to, co minęło, z czasem robi się dla nas coraz droższe. Przyznam, że myślałam kilka razy z ulgą, że Polska jest jednokulturowym, homogenicznym krajem, że ma swoje wiekowe tradycje, że jest krajem z korzeniami chrześcijańskimi. Że wciąż tu “człowiek boi się Boga”. W innych społeczeństwach Bóg jest dobrotliwy i wszystko wybaczy, nawet największe zło, w Polsce – jest kochający, ale i surowy.
Lubię jednak przy tym w USA tak często krytykowaną poprawność – także polityczną – na co dzień; tak żyje się lepiej. Mocne, bezkompromisowe opinie zachowuje się tu dla siebie, ewentualnie dla najbliższych; publicznie należy się wystrzegać krytycznego gadulstwa, obgadywania innych, odbierane to jest bardzo źle. Przekonuje mnie znane tu powiedzenie: “Jeżeli John mówi coś złego o Mary, to jest coś złego z Johnem, nie z Mary”. Cenne wartości – o których już wspominałam – są niezmienne: dobro, szlachetność, prawda. Ludzi zbliża i łączy podobna wrażliwość, zainteresowania, nie odcień skóry czy pochodzenie.

Czy multikulturowość w jakiś sposób wpływa na pani pisarstwo?

Oczywiście. Ale jak już podkreślałam, ubogaca moje pisarstwo nie tylko inność ludzi w miejscu, gdzie mieszkam już ponad dwadzieścia lat – nade wszystko ubogaciła mnie polska tradycja, w której wzrastałam, w tym wrażliwość na naszą trudną historię, którą mi wpoił ojciec. Z odległości oceanu i z perspektywy czasu jeszcze bardziej doceniam wartości, w których się wychowałam. Choć właśnie w Ameryce zainteresowałam się nowymi sprawami, tematami. Zajmuję się w swojej twórczości oczywiście losami Polaków, wygnańców rzuconych w różne miejsca świata, ale pasjonującym dla mnie wątkiem stały się też dzieje amerykańskich Indian, z którymi tematem zetknął mnie los.
Na co dzień mówię po angielsku, mój mąż, jak już nadmieniłam, nie mówi po polsku. W pisaniu jakby ocalam moją polską tożsamość. Zrobiłam się bardziej tolerancyjna, ale i wymagająca, oczekuję “ludzkich” odruchów niezależnie od miejsca zamieszkania. Lubię hart ducha i dzielność charakteru. Gdy piszę o polskich losach, o życiu konkretnych ludzi, wybieram tych, którzy mi imponują. Którzy przeszli wojenne tułaczki, wywózki, obozy, i zachowywali się w trudnych sytuacjach etycznie, dzielnie. Którzy “pięknie żyją”, wymagając wiele od siebie. Nie narzekają i nie “mają nikomu za złe”. Cenię ich szczególną szlachetność.
Chcę jeszcze raz podkreślić, że nie trzeba opuszczać swojego kraju, by być otwartym na “innego człowieka”. Myślę, że można się wiele nauczyć w nowym miejscu, ale wyjeżdżając zabiera się ze sobą własny charakter. Człowiek niezadowolony w jednym miejscu znajdzie wiele innych powodów do niezadowolenia w nowym.
Ameryka uczy tolerancji – z jakim skutkiem, to sprawa indywidualna. Niektórych może zamyka w sobie i trzyma w izolacji.

Jak Amerykanie odbierają pani twórczość?

Znalezienie tu wydawcy na moje książki nie było łatwe. Zaczęłam od niepolskich tematów. Wydawcę na publikację o tematyce indiańskiej, która ukazała się w Polsce pt. Otwarta rana Ameryki, pomogli mi znaleźć Apacze. W Stanach Zjednoczonych ukazała się ona pod tytułem: Open Wounds – A Native American Heritage. Piszę tam o obecnej sytuacji Indian, bardzo różnej w zależności od terytorium, na którym żyją. W drugiej części książki zamieściłam rozmowy z Indianami, którzy opowiadają, jak patrzą dziś na swoje życie i jak odnoszą się do przeszłości. Ci moi egzotyczni rozmówcy są krytyczni, obolali, ale przy tym pozytywnie nastawieni do świata. Nie chcą już rozgrzebywać ran; zapewniają, że ich obecna sytuacja to także ich wina. Zaś Amerykanie nie obrazili się na mnie za krytyczne przypomnienie różnych podejmowanych przez nich przedsięwzięć skierowanych przeciwko Indianom.
O tej książce znawca spraw amerykańskich Indian, profesor z Uniwersytetu w Nebrasce, w swoim omówieniu napisał między innymi, że dotąd nie czytał tak dobrego i rzetelnego wywiadu, jaki przeprowadziłam z jednym z Indian z Szejenów Północnych. Z kolei John R. Alley z Utah State University podkreślał, że ciekawe jest, jak Europejka pokazuje niełatwe do zrozumienia strony amerykańskiej historii.  Indianka Angelia Baldwin napisała zaś, że urodziła się w rezerwacie i że docenia to, jak obiektywnie przedstawiłam sprawy współczesnych Indian.
Od lat bardzo chciałam, by po angielsku ukazały się także moje publikacje o polskiej tematyce historycznej. To było trudniejsze. Na opublikowaną w Polsce książkę Kaja od Radosława, czyli historia Hubalowego Krzyża szukałam wydawcy w Stanach dwa lata. Zwracałam się do wielu wydawnictw – odpowiadały, że nie interesuje ich temat. Jeden z wydawców spytał, czy to jest na pewno książka o powstaniu w getcie (?!). Kiedy dowiedział się, że nie, stwierdził, że nie znajdzie czytelnika. Cierpliwie wysyłając dalej propozycje, znalazłam w końcu wydawnictwo Rowman & Littlefield Publishing Group, które wydaje cenne książki, głównie naukowe. Wstęp do książki napisał prof. Bruce E. Johansen, pisząc m.in. o jej poruszającej historycznej treści i pięknej narracji. Od Bohdana Bułhaka dostałam fotografie jego słynnego dziadka Jana Bułhaka, ukazujące Warszawę w ruinach. Mam też fotografie Wiesława Chrzanowskiego ze stolicy w czasie powstania warszawskiego. Książka ukazała się pod tytułem Kaia: Heroine of the 1944 Warsaw Rising. Na końcu w aneksie zamieściłam wypowiedzi kilkunastu osób na temat powstania. Swoją opinię o książce napisał Stanley Weintraub, historyk i autor, podobnie Zbigniew Brzeziński, profesorowie Anna M. Cienciała i Karl Maramarosh. Było kilka godnych uwagi recenzji.
Niebawem ukaże się następna moja pozycja: The Polish Experience through World War II: A Better Day Has Not Come, do której wstęp napisał profesor Neal Pease, historyk z University of Wisconsin-Milwaukee. Zamieściłam w niej dwie pierwsze opowieści z książki Lepszy dzień nie przyszedł już (tytułową, i o Wartanowiczach z Podola) i dwie z popularnej książki Dwór w Kraśnicy i Hubalowy Demon – o rodzinie Krasickich na temat Katynia, i o Wandzie Ossowskiej w obozie w Auschwitz. Opinie o niej napisali autorzy, cenionej także w Polsce, książki Sprawa honoru Stanley Cloud i Lynne Olson, jak i Zbigniew Brzeziński oraz profesorowie: Ewa Thompson, Anna M. Cienciała, Karl Maramorosch, Bruce E. Johansen.
W dalszej perspektywie ma się w USA ukazać publikacja o Wańkowiczu pt. Melchior Wańkowicz: Poland’s Master of the Written Word. Książka przedstawia pisarza nieznanego w Stanach, a tak popularnego w Polsce. Omawiam tematykę jego książek, specyfikę jego pisarstwa, piszę także o procesie politycznym z 1964 roku (interweniował wówczas w obronie Wańkowicza amerykański Pen Club i senator Robert Kennedy). Przedstawiam również swoje doświadczenia i obserwacje z mojej 2,5-letniej współpracy z pisarzem. Cieszę się z tego planowanego wydania amerykańskiego szczególnie, bo w 1958 roku Wańkowicz wyjeżdżał z Ameryki niemal zdesperowany, atakowany tu przez wielu imigrantów politycznych – a teraz “wróci” książką o sobie. Wstęp do tej edycji napisał profesor Charles S. Kraszewski z King’s College w Pensylwanii. Na temat książki napisali swoją opinię między innymi profesorowie Jerzy Krzyżanowski oraz Piotr Wandycz z Yale University. Wkrótce ukaże się w Stanach Zjednoczonych tłumaczenie opowieści o hubalczyku Romanie Rodziewiczu, która jest częścią tomu Lepszy dzień nie przyszedł już, noszące tytuł Polish Hero Roman Rodziewicz Fate of a Hubal Soldier in Auschwitz, Buchenwald, and Postwar England. Także w Stanach ukaże się książka o wielkiej aktorce Ingrid Bergman, kuzynce mojego męża Normana, pt. Ingrid Bergman and her American Relatives. W Polsce ukazała się ona pt. Ingrid Bergman prywatnie.

Czy pani książki można znaleźć w bibliotekach?

Amerykańskie wydawnictwo naukowe Lexington Books cieszy się zaufaniem wielkich bibliotek, i to one w ogromnej mierze zakupują ich publikacje. Dzięki temu m.in. moje książki trafiły do katalogów znakomitych uniwersytetów, jak Harvard, Princeton, Yale, Stanford, Columbia, Fordham, Cornell, Duke, University of Pennsylvania, Berkeley, Rice, Stanford. Jak wiem, także do bibliotek w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Australii, Południowej Afryce, nawet w Hongkongu. Możliwość, że ktoś poszukujący wiadomości na temat powstania warszawskiego, Katynia, deportacji i wywózek, obozów w Auschwitz itd., może obecnie sięgnąć do moich książek, dostępnych w takich bibliotekach, bardzo doceniam i cieszę się z tego.

Czy zagraniczne polskie ośrodki i instytucje kultury doceniają pani twórczość i działalność w USA?

Od lat podziwiam i doceniam polonijne instytuty, stowarzyszenia i organizacje, utworzone zazwyczaj przez poprzednie pokolenia, które budowały kościoły polskie, utworzyły wspaniałą Fundację Kościuszkowską. Otrzymuję regularnie zaproszenia na spotkania autorskie od wielu placówek polonijnych, by wymienić np. Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce w Nowym Jorku, Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku, Polski Uniwersytet Ludowy w Ameryce z siedzibą w Filadelfii, redakcję nowojorskiego Nowego Dziennika, galerię Ryszarda Drucha w Trenton, NJ, Bibliotekę Polską w Waszyngtonie, Salon Berczyńskich w Filadelfii. Jestem dziś członkiem wielu instytutów naukowych, fundacji, stowarzyszeń, które promują m.in. moje książki. Bodaj jedno z pierwszych zaproszeń po moim przyjeździe ponad dwadzieścia lat temu nadeszło z Polskiego Muzeum w Filadelfii. Urządziła je czynna bardzo w tym regionie Regina Gorzkowska-Rossi, a przybył na nie Edward Piszek, wielki filantrop i propagator polskiej kultury. Utrzymuję kontakty z księgarniami, jak EK Polish Bookstore w New Jersey, którą prowadzi Elżbieta Kieszczyńska, czy podobną w Filadelfii, której właścicielką jest Grażyna Buczny; w Chicago Polonia Bookstore prowadzi Mira Puacz. Związałam się blisko także z londyńskimi instytucjami, choćby ze słynnym POSKie, Ogniskiem Polskim, Związkiem Pisarzy Polskich na Obczyźnie, którego jestem członkiem, a także jurorem ich nagrody.

Rozmowa ukazała się w miesięczniku Odra, luty 2014

Autor: