„Poławiacze pereł” z Mariuszem Kwietniem w Met

75

Po 97 latach nowojorska Metropolitan Opera zaprezentowała nową produkcję "Poławiaczy pereł" Georges'a Bizeta. Jedną z głównych ról zaśpiewał w niej polski baryton Mariusz Kwiecień.

Domyślam się, że powodem tak długiej przerwy w wystawieniu tego dzieła były krążące przez wiele lat różne wersje zakończeń opery. Bizet zmarł mając zaledwie 36 lat. Jego młoda żona po śmierci kompozytora nie przywiązywała wielkiej wagi do spuścizny muzycznej męża i rękopis „Poławiaczy…” gdzieś przepadł. Mimo że po premierowym przedstawieniu w roku 1863 w Theatre Lyrique w Paryżu wykonano operę 18 razy, krytycy nie do końca podzielali opinię publiczności. Gdy w połowie XX wieku zaczęto wracać do „Poławiaczy pereł”, istniało wiele różnych edycji, których wystawienia kończyły się fiaskiem. Dopiero w 1990 roku w Biblioteque Nationale de France odnaleziono rękopis i w 2002 wydano opracowanie, które miałam przyjemność obejrzeć w Metropolitan Opera.

Georges Bizet, „Les Pecheurs de Perles” („The Pearl Fishers”)
30 stycznia (sobota), godz. 8:00 wiecz.
4 lutego (czwartek), godz. 7:30 wiecz.
Metropolitan Opera
30 Lincoln Center Plaza, NY
metopera.org

Podczas uwertury publiczność została przeniesiona w podwodne głębiny oceanu podziwiając poławiaczy nurkujących na dno w poszukiwaniu pereł. Była to piękna i prawie perfekcyjna scena, gdyby niektórym poławiaczom pokazano, jak się pływa pod wodą. Niemniej jednak publiczność nagrodziła gromkimi brawami reżyserkę Penny Woolcock za jej oryginalny pomysł.

Akcja opery umiejscowiona jest na dzisiejszej Sri Lance, gdzie bogiem jest Brahma. Każdego roku, gdy nadchodzi sezon połowu pereł, poławiacze proszą kapłankę Brahmy o przybycie, by przez jej modlitwę i śpiew wody były im łaskawe, a wiatry przychylne. Kapłanka pod groźbą kary śmierci zobowiązana jest dochować czystości, zachować zakrytą twarz i wierność przysiędze oddanej ludowi.

Akcja pierwszego i drugiego aktu rozgrywa się w wiosce jednego z nadmorskich portów. Wieśniacy wybierają tu nowego przywódcę – odważnego Zurgę. Podczas świętowania do wioski przybywa sławny myśliwy Nadir, dawny przyjaciel Zurgi. Wiele lat temu ich drogi rozeszły się, gdy obaj zakochali się w pięknej kapłance. W duecie z I aktu „Au fond du temple saint” przyjaciele wspominają tamten dzień, kiedy przed rozstaniem złożyli sobie przysięgę, że żaden z nich nie będzie próbował pozyskać jej serca.

Motyw tego duetu wielokrotnie powraca podczas opery, dzięki czemu widz czuje się znowu bezpieczny w znanym mu temacie. Pomiędzy dwoma pierwszymi aktami nie było przerwy. Zamiast niej publiczność oglądała projekcje wideo morskich fal, a na koniec depresyjny widok zatopionego współczesnego miasta. Nie wiem, czy był w tym jakiś wpływ reżyserii Mariusza Trelińskiego „Zamku Sinobrodego”, czy spontaniczny pomysł Woolcock?

W drugim akcie dochodzi do spotkania kapłanki Leili i Nadira. Młodzi natychmiast rozpoznają się i po krótkiej chwili wahania oddają się namiętności. Świadkiem tego staje się kapłan Nourabad, który podnosi alarm i młodzi zostają skazani na śmierć. O ich ostatecznym losie ma zadecydować Zurga, który początkowo szuka sposobu, by ocalić przyjaciela, jednak gdy twarz kapłanki zostaje odsłonięta, rozpoznaje w niej swą dawną miłość. Jego serce przepełnia zazdrość, gorycz i rozczarowanie.

Trzeci akt rozgrywa się w pokoju Zurgi, który rozmyśla nad zaistniałą sytuacją. Przychodzi do niego Leila i błaga o darowanie życia jej ukochanemu Nadirowi. Zurga wpada w szał zazdrości: Leila wzgardziła jego uczuciem, a przyjaciel złamał przysięgę. Obydwoje zasługują na śmierć! Dopiero gdy Leila prosi o przekazanie swego naszyjnika jej matce, Zurga rozpoznaje w niej dziewczynę, która kiedyś uratowała mu życie i której w podziękowaniu podarował właśnie ten naszyjnik.

Co robić? Już jest za późno na zmianę wyroku. Zurga postanawia podpalić wioskę, by pożar odciągnął wieśniaków od wykonania wyroku, a zakochanym dał czas na ucieczkę. W drugiej odsłonie III aktu widzimy wioskę, którą pochłania ogień, i młodych uwolnionych przez Zurgę, który wyrównał rachunek: życia za życie. Jednak za ten gest zapłacił swoim życiem, ponosząc śmierć z rąk wieśniaków przekonanych o jego zdradzie.

W postać Zurgi wcielił się Mariusz Kwiecień, który już od siedemnastu lat jest jednym z wiodących barytonów Metropolitan Opery. Partia Zurgi nie jest łatwa. Śpiewak w pierwszym akcie musi wykazać się umiejętnością lżejszego prowadzenia głosu, a jednocześnie w trzecim akcie sięgnąć po najciemniejsze odcienie, najdramatyczniejsze brzmienie, jakim obdarzyła go natura i jakie potrafi z siebie wydobyć.

Mariusz Kwiecień nie tylko pokazał Zurgę jako łagodnego, dobrego, mądrego przywódcę, ale również uraczył nas pięknym, czystym brzmieniem głosu. W całej produkcji nie wkradła się ani jedna fałszywa lub niepewna nuta. Głos brzmiał świeżo i młodo. Niezwykłe wrażenie zrobił na mnie duet w III akcie Zurgi i Leili. Energia i przekonanie, z jakim artyści go wykonali, były realne do granic bólu.

Przeplatające się linie melodyczne chwytały za serce. Moment zazdrości, a potem nagłe poczucie winy zostały oddane przez Mariusza z wielkim dramatem. Znając Mariusza jeszcze od czasów studenckich, z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że odniosłam wrażenie jakby Bizet przewidział, że 153 lata później na firmamencie opery pojawi się tak szlachetny człowiek jak Zurga, który pod każdym względem będzie mógł identyfikować się z bohaterem. Tym człowiekiem bez wątpienia jest Mariusz Kwiecień.

Matthew Polenzani stworzył postać Nadira. Polenzani ma piękny, lekki głos tenorowy. Od lat obserwuję jego karierę w Metropolitan Opera. Los śpiewaka jest następujący: albo nieustannie rozwija się wokalnie, albo popada w samouwielbienie i powoli chyli się ku upadkowi. Polenzani jest w tym samym miejscu, w którym słyszałam go kilka lat temu w „Don Pasquale”.

Jest to dobry znak. Wydaje się, że głos jest prowadzony z łatwością, frazowanie cechuje się muzykalnością i pod względem aktorskim jest przekonywający. W arii „Je crois entendre” oszukał publiczność wykonując w obydwu zwrotkach wysokie B głosem falsetowym (czyli takim, że nie wiadomo, czy to głos męski, czy damski). Pod względem technicznym dla każdego głosu najtrudniejsze jest ciche wykonanie wysokich nut. Ciche, czyli piano – w przeciwieństwie do najgłośniejszego forte.

Piękny był duet z Leilą w drugim akcie. Ale ostatni ich duet, tuż przed egzekucją, był nudny i pozbawiony dramatu.
Osławiona Diana Damrau – jako Leila – też na stałe wpisała się do historii Metropolitan Opery. Jest jedną z nielicznych śpiewaczek, które wykonały partię Królowej Nocy oraz Paminy w „Czarodziejskim flecie”. Są to dwie odmienne postacie, wymagające innych głosów. Inną śpiewaczką, która tego dokonała, była nieżyjąca już Lucia Popp.

Partia Leili, podobnie jak Zurgi, wymaga umiejętności lekkiego śpiewania, ale też pełnego lirycznego, jeśli nie spintowego brzmienia. Pierwsza aria „O Dieu Brahma” wymaga lekkiego koloraturowego prowadzenia, uwagi do intonacji i niuansów. W wykonaniu, jakie usłyszałam, brakowało mi i jednego, i drugiego.

Damrau natomiast potrafi pięknie filować wysokie dźwięki do niemal niesłyszalnego pianissimo! To jest jedyna jej wokalna umiejętność, którą do dziś mnie zachwyca. Wiele do życzenia pozostawia cała partia wykonana w średnim rejestrze głosu. Jej problemy wokalne, z którymi najwyraźniej boryka się, nie pozwalają na użycie pełnej ekspresji barw i dynamiki.

Głos staje się rozwibrowany i wręcz nieprzyjemny. Miło było usłyszeć wprowadzenie rejestru piersiowego przez śpiewaczkę. Na użycie tego rejestru jest wiele poglądów. Ja uważam, że jeśli doda on charakteru postaci czy wymowy danej frazie, dlaczego tego nie zrobić? Pod względem aktorskim Diana Damrau jest doświadczoną artystką, która wielokrotnie pokazała, że jest śpiewaczką i „do tańca, i do różańca”.

Kapłan Brahma – Nicolas Teste, prywatnie mąż Diany Damrau – ma piękny, ale słabo niosący głos. Jest to najmniejsza solowa partia w tym przedstawieniu.

W operze jednakowo ważne są partie solowe, jak i chóralne. Jest wiele pięknych melodii, które chór zaśpiewał z prawie idealną intonacją. Muszę przyznać, że ładnie był prowadzony pod względem muzycznym. Mogliśmy usłyszeć wiele dynamik i różne rodzaje artykulacji.

Przedstawienie było sprawnie poprowadzone przez nabierającego znaczenia dyrygenta młodego pokolenia Gianandreę Nosedę. Maestro doskonale podkreślił sekcję instrumentów perkusyjnych, których różne brzmienia i rytmy nadawały orientalny charakter muzyce. Orkiestra grała pewnym dźwiękiem, a jednocześnie dobrym w proporcjach do śpiewaków.

„Poławiaczy pereł” zobaczyłam po raz pierwszy i trudno mi wypowiadać się na temat trafności scenografii. Jednak jeśli chodzi o projekcje filmowe, nie bardzo rozumiem połączenie akcji opery z elementami współczesnymi.

Jeśli ktoś nie widział tej opery, gorąco zachęcam do obejrzenia do 4 lutego w Metropolitan Opera albo w przyszłości na kanale 13 stacji PBS.

Autor: Małgorzata Kellis