Profanacja dla profanów

58

Pytania i fantazje. Fantazjowanie na temat losu. Losowanie poprawnych odpowiedzi na wyzwania historii i życia. Tak trochę z kapelusza, jak na iluzjonistycznym pokazie.

Będą więc króliki i gołębie, i kolorowe apaszki. Może kobieta z brodą i człowiek guma, i tresowane tygrysy. W życiu przecież trochę jak w cyrku. Będzie striptiz i rozbieranie dogoła, bo w życiu czasem przecież jak w nocnym lokalu, a czasem nawet jak w burdelu. I na nic zda się palenie z bólem serca najintymniejszych zapisków i listów, na nic starania o posągowy wizerunek, o ostateczny wyraz „trupiej narracji”. Oto Iwan Bunin – obnażony. Nie, nie, na pewno nie w majtkach. Golusieńki, jak go Pan Bóg stworzył. Siedemdziesięcioletni, w lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu. Apatryda z nansenowskim paszportem.

Pierwsza polska biografia Iwana Bunina to psychoanalityczny taniec towarzyski miłości ze śmiercią, w którym prowadzi śmierć. Życie jest tylko powolnym jej partnerem.

Pierwsza polska biografia Iwana Bunina autorstwa Renaty Lis tropi ślady rosyjskiego pisarza z determinacją rasowego posokowca. Jej metoda badawcza przypomina grę bloodhoundów, które w leśnej głuszy wpadły na trop zbiegłego więźnia i są już na właściwej drodze. Co więcej, historię otwiera trup i trup ją zamyka, tak że w końcu w głowie czytającego rodzi się myśl, podejrzenie, że Bunin na obczyźnie, przez kilkadziesiąt lat swojego życia był raczej martwy niż żywy, nie było go nie tylko w Rosji Radzieckiej, ale Iwan Bunin paryski czy prowansalski to też już tylko upiór.

Blady cień Iwana Bunina, tego niegdysiejszego, z tamtej Rosji. Postać tragiczna. Jego życie na obczyźnie to istnienie z piętnem kołka osinowego w sercu, w bolesnym pomieszaniu zmysłów. Coś ciągle tylko coś przypomina, jest takie jak tam… podobne. I tym ledwie podobnym się żyje. Ileż to razy wyrywa się z Buninowej piersi: „Jestem chory na duszy!”.

Chory z późnej miłości, która przyniosła wszystkim tylko cierpienie, z wieloletniego oczekiwania w napięciu na Nagrodę Nobla, która skłóciła go w końcu z całym światem i tylko na kilka lat uwolniła Buninów od biedy, chory od wspomnień. Wplątany w polityczną grę. Otoczony sowiecką agenturą, udręczony bestialstwem i brutalnym chamstwem hitlerowskiej okupacji, nędzą powojennych paryskich lat.

W lodach Prowansji to smutna książka. Tam, gdzie Lis zestawia ze sobą fragmenty dzienników Bunina, jego żony i kochanki, gdzie cytuje zapiski przyjaciół o Buninie, fragmenty korespondencji – wydaje się głęboko prawdziwa. Ale to przecież tylko, a może aż diarystyka, tylko słowa na użytek potomnych. Nieprawda tej prawdy niepokoi – autorka, szukając sensacji, raz po raz to uśmierca, to znów ożywia ludzką postać pisarza.

Czego właściwie szuka, chcąc wejść w skórę Buninów, Gali Kuzniecowej, Margi, Zurowa? Czując się panią i władczynią tych ciał i dusz, co sobie wyobraża? Bunina na nicejskiej plaży w łachmanach Aleksandra Wata? Aleksandra Wata płacącego półtora tysiąca euro za noc za pięciogwiazdkowy apartament w hotelu Majestic? Bunina niepodającego ręki Putinowi?

Właściwie niepotrzebnie stawiam te znaki zapytania. Jakby z perspektywy czasu życie pisarza i jego nachlebnikow wydawało się autorce zbyt oczywiste i dostatecznie już odarte z tajemnic, Renata Lis dokonuje wielu karkołomnych porównań. Zestawia ze sobą losy Bunina i Wata, Bunina i Bobkowskiego, ustawia Bunina naprzeciw tłumu w Putinowskiej Moskwie. Udziela mu swojego oburzenia, zdaje się przemawiać do świata: Patrzcie! Nie jestem sama, jestem z Buninem! On też był i jest przeciwko takiej Rosji!

Niestety, z tych emocji rodzą się takie fragmenty książki, jak ten dotyczący dewaluacji znaczenia białogwardyjskiego odznaczenia wojskowego: „Dzisiaj, na przełomie marca i kwietnia 2014 roku, kiedy spadkobiercy Lenina nadal rządzą Rosją i niedługo będą świętować stulecie udanego przewrotu; kiedy sam Lenin pozostaje niepochowany i straszy za pieniądze w mauzoleum przy ścianie Kremla; kiedy pamięć Gułagu zatarto, zanim jeszcze się w pełni objawiła; kiedy rosyjska Cerkiew prawosławna z byłym agentem KGB w roli patriarchy wspiera wszystkie poczynania ościenne, twierdząc przy tym, że troszczy się o odrodzenie duchowe narodu i walczy z demonem liberalizmu; kiedy Rosja odebrała Ukrainie Krym, a teraz trzyma na jej granicy pięćdziesiąt tysięcy wojska w pełnej gotowości do ataku z ziemi, powietrza i wody – właśnie teraz „wstążeczkę świętego Jerzego” widać w „rosyjskim świecie” wszędzie.

Rozdawaną na ulicach i w przejściach podziemnych przez byle kogo byle komu, przypina ją sobie dzisiaj każdy, poniżając pamięć nie tylko uczestników wszystkich marszów lodowych, jakie miały miejsce w czasie rosyjskiej wojny domowej, ale też zwyrodnialców Katarzyny Wielkiej, którzy w 1794 roku dokonali rzezi Pragi, i nawet tych sołdatów Stalina, którzy w walce z Hitlerem potracili swoje biedne życia”.

Ostro, ostro i politycznie! To przewrotne „poniżanie zwyrodnialców” i wzgardliwa, niech będzie nawet, że pobłażliwa litość dla „biednych żyć”. Wyższa dialektyka jakaś. Czy rzeczywiście usprawiedliwia ją miłość Renaty Lis do pokrzywdzonego przez historię wygnańca Iwana Bunina? Zaznaczmy tu jeszcze przytomnie, że za carskiej Rosji Ukraina to tylko Małoruś, a Polska w Imperium Rosyjskim to Priwislienskij Kraj.

W dywagacjach Lis nie wypada też najszczęśliwiej porównanie losów Bunina w okupowanej Francji z losami Aleksandra Wata w bolszewickiej Rosji. Prawda, że głód zawsze i wszędzie jest jednakowo dotkliwy, ale następujące po tym stwierdzeniu argumenty na korzyść wojennej Francji co najmniej zadziwiają: „(…) we Francji można było sobie poszukać pracy i dostać za nią pieniądze, a potem je na coś wydać, ponieważ w świecie francuskim istniały towary do kupienia, były na przykład jakieś ubrania i buty zamiast przetartych łachów i chodaków ze starej gumy, były apteki, byli lekarze, było paliwo oraz samochody i pociągi.

Można nawet było dokądś wyjechać, w każdym razie nie było to do końca niemożliwe, nikt raczej nie zatrzymywał człowieka przemocą ani nie groził mu śmiercią na miejscu, nikt nie zmuszał też biciem, gwałtem i jeszcze większym głodem do zmiany obywatelstwa, przekreślając ostatnie nadzieje na uratowanie życia.

A kiedy «biała róża osypała się cicho na ziemię», można było jeszcze opuścić sojuszników, oddać większą część kraju pod niegroźną okupację i uratować od zagłady francuski styl życia, by w stanie względnie normalnym czekać wyzwolenia, które w końcu nadeszło i nie wymagało od Francuzów zbyt wielkich ofiar”. I nie na wiele akurat te właśnie argumenty zdałyby się Aleksandrowi Watowi. Ta swoista pochwała francuskiej kolaboracji ma się tu nijak do losu dziewięćdziesięciu tysięcy francuskich Żydów. Sama autorka kilkaset stron dalej napisze: „Już pod koniec maja 1941 roku Bunin zapisał, że z Riwiery zniknęło bez śladu dwa tysiące Żydów (zostali wywiezieni do francuskich obozów koncentracyjnych)”. Kilkaset stron dalej…

Kto się wcześniej nie zniechęci, rozgrzeszy trochę Renatę Lis z dezynwoltury stron pierwszych, gdzie kontrowersyjne jest również porównanie Bunina z Bobkowskim. Lis zauważa, że Bunin nigdy właściwie nie przystosował się do życia francuskiego, „nie zakorzenił się w obcej ziemi”. W odróżnieniu właśnie od Andrzeja Bobkowskiego, który z łatwością odnalazł się w nowym środowisku.

Nie wspomina jednak o tym, że kiedy Bobkowski znalazł się we Francji, miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, podczas gdy Bunin właśnie skończył pięćdziesiątkę. Kiedy ma się dwadzieścia lat, dużo łatwiej zawierać przyjaźnie i cieszyć się nowym życiem. Zresztą o całkowitej aklimatyzacji do francuskiego powietrza trudno mówić również w przypadku Bobkowskiego. Dowodem jego wyjazd do Gwatemali i żywo manifestowana niechęć do powojennej Europy.

Wszystkie te efektowne zabiegi autorki, nawiązania do obecnej konfliktowej sytuacji, w której coraz bardziej pogrąża się Europa i świat, fajerwerki objawień, w których historia ustępuje miejsca polityce, to mielizna. Płycizna uproszczeń. Trudno przebrnąć przez nie bez zdumienia i irytacji.

Podobnie rzecz się ma z pouczeniami w rodzaju: „Bunin pisał latem w Grasse albo całkiem nago, albo – ewentualnie – w samych majtkach. (…) pisał tak również Ciemne aleje – mógł w ten sposób napisać na przykład Rusię, Żelazną sierść i Czasownię, trzy opowiadania ukończone w czasie ciepłych prowansalskich miesięcy. I myślę, że czytając opowiadania z tego zbioru, trzeba koniecznie pamiętać, że tych historii nie opowiada nam pisarz w garniturze, ani też w spodniach i koszuli, ani nawet w szlafroku, tylko pisarz całkowicie nagi.

Powiem więcej – trzeba poczuć własnym ciałem tamto ciało pisarskie, które Bunin, wyjmując je z ubrania, wyjmował jednocześnie z wszelkiego kontekstu, i wystawiał je całą powierzchnią skóry na śródziemnomorski żar w swoim zamkniętym na klucz gabinecie z szeroko otwartymi oknami, a ono żyło tam nieskrępowanie, mimo że już siedemdziesięcioletnie, napinało się i rozluźniało, drżało i spływało potem, podczas gdy on pisał”. I tak przez dwie bite strony – majtki, bez majtek, dogoła i do majtek.

Państwo wybaczą, ale to już przykład czystej grafomanii. Ewentualnie – erotycznej demencji. Bunin – w relacji Renaty Lis – we fraku, ale bez majtek odbierający Nagrodę Nobla, to dziś jeszcze byłoby coś, ale tak? Proponuję więc drugie wydanie poszerzone i poprawione. Chętnie podrzucę autorce kilka oryginalnych pomysłów na śródziemnomorską rozżarzoną gumkę do majtek albo oksytańskie majtki z klapą plus Ciemne aleje gratis.

Po tym kabaretowym specjalnym pozwólmy może jednak Buninowi założyć coś na siebie. Spróbujmy teraz jakimś cudem zapomnieć o „ciele pisarskim”. Zanim całkiem stracimy serce dla lodów Prowansji, dodajmy temu bezbronnemu ciału trochę ducha. Tu prawdziwym wytchnieniem będą rozdziały Gwiazda wielokrotna, Wypisy z trzech dzienników z lat 1927-1933, La bombe glaceé, Modlitwa o uwolnienie.

No i wszędzie tam, gdzie autorka potrafi zdyscyplinować swoją wyobraźnię i nieznośną lekkość myśli, wyłania się prawdziwy Iwan Bunin. Taki, jakim widzieli go najbliżsi, jaki zachował się na zdjęciach i we wspomnieniach, jak widział siebie samego w swoich zapiskach. I tu trzeba przyznać autorce, że udało się jej przestudiować pokaźną ilość materiałów źródłowych, więc… Powstaje pytanie, po co ten cały cyrk, schlebiający najniższym gustom? Czemu służyć ma jawnie wroga Buninowi przewrotność, powtarzające się próby przyłapywania go na łgarstwie, wytykanie mu pozerstwa i rozlicznych słabości, publiczne obnażanie go dogoła. Rodzi się pytanie, za co Renata Lis mści się na Iwanie Buninie?

Jest taki film francuski z 1962 roku zatytułowany Siedem grzechów głównych ze słynnym Gérardem Philipem w roli narratora. Film godny uwagi z wielu względów. To siedem nowel wyreżyserowanych przez siedmiu wybitnych twórców kina. Ze scenariuszem między innymi Eugene’a Yonesco, Daniela Boulanger, Claude’a Chabrola, Jean-Luca Godarda, Jacques’a Demy. Niektórzy z nas pamiętają pewnie z lekcji religii przynajmniej kilka z tych siedmiu grzechów kapitalnych. Film zdaje się więc błyskotliwą i zabawną ilustracją do katechizmu dla dzieci. I rzeczywiście byłoby tak, gdyby nie niespodziewane zakończenie. Opowiastka o… grzechu ósmym. Widz ma sobie wyobrazić mroczną, podejrzana dzielnicę.

Z samochodu wysiadają kardynał i marynarz. Marynarz poufale klepie kardynała po ramieniu. Wymieniają ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. Kardynał wyciąga z kieszeni zmięte banknoty. Płacą kierowcy i udają się przed drzwi obskurnej kamienicy. Drzwi otwiera im nagi Murzyn (no, nie całkiem nagi, ma jednak przepaskę na biodrach). Prowadzi gości do dziwacznej poczekalni, gdzie są już: mandaryn, mała dziewczynka, kobieta do towarzystwa i dogoła rozebrana dziewczyna.

Tworzą się pary – marynarz i kobieta lekkich obyczajów, mandaryn i dziewczynka, biskup i czarny odźwierny. Towarzyszy tym obrazom muzyka pełna napięcia i grozy. Niektórzy z nas nie mają już pewnie w tym momencie zbyt dobrego zdania o biskupie, który znalazł się nocą w takim towarzystwie. Tymczasem… Tymczasem okazuje się, że to poczekalnia pracowni malarskiej, a wszyscy bohaterowie to zwykli przebierańcy, modele. Oto ósmy grzech główny – myśleć źle o kardynale, brać pozory za rzeczywistość, grzech wyobraźni, widzieć zło tam, gdzie go nie ma. ” – Wstydźcie się – mówi Gérard Philipe. – Być może spodziewaliście się bachanalii, a oni po prostu wykonują swój zawód”. Grzech wyobraźni. Raczej grzech braku wyobraźni.

W końcowej partii książki, tam, gdzie już trup, pisze Renata Lis: „Najpierw zaraz po tym, kiedy został stwierdzony zgon, usiedli we troje przy stole w jadalni – ona (Wiera Nikołajewna), Berta Salomonowna i doktor Ziornow – i na jej prośbę parę chwil milczeli. W tym czasie Wiera starała się sobie przypomnieć instrukcje «Jana» na wypadek śmierci i usłyszała w swojej głowie jego słowa: «Przede wszystkim nie trać głowy, pamiętaj, gdzie leży moja ostatnia wola, jak mnie pochować…».

Pamiętała, i bardzo dbała, aby wszystko odbyło się tak, jak chciał, zupełnie inaczej niż ja, która o to nie dbam i piszę o Buninie tak, jakby Wiera nie przykryła jego twarzy tym białym ręcznikiem, którym zaraz – już za chwilę – ją przykryje”. Ten fragment – tak modny w obecnych, przesyconych nekrofilną atmosferą, czasach – brzmi jak przechwałka. Zedrzeć śmiertelny całun z martwego ciała – oto metoda twórcza Renaty Lis. Obnażyć trupa. Nie uszanować ostatniej woli zmarłego. Zatańczyć z nim dance macabre.

A przecież Bunin widział swoje życie jako „nieprzeniknioną świętość”. Kochał życie. Kochał życie? – zadaje sobie w tym momencie pytanie Renata Lis. – Więc musiał panicznie bać się śmierci – odpowiada sobie rezolutnie. Tu zaczyna się i kończy jej biografia Iwana Bunina. To ten biały ręcznik zdarty wbrew jego woli z zastygłej twarzy.

Renata Lis mocno ściska go w garści. Już nie popuści. Pierwsza polska biografia Iwana Bunina to psychoanalityczny taniec towarzyski miłości ze śmiercią, w którym prowadzi śmierć. Życie jest tylko powolnym jej partnerem. Dołująca lektura. Mam ją już za sobą. Zamykam oczy i widzę szczupłą, wysoką postać w białym garniturze na tle błękitnego morza, na rozsłonecznionej plaży. Nie w prosektoryjnym chłodzie Prowansji. Tak mogłaby się zaczynać druga polska biografia Bunina, rozświetlona biofilnym światłem psychologii humanistycznej. Prawda, dziś jakby trochę już démodé, ale przecież mody tak łatwo się zmieniają.

Renata Lis, W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu, Wydawnictwo Sic!, 2015

Autor: JADWIGA NOWAK