Rok niespodzianek

0
8

1. The Humans – najciekawsza amerykańska premiera jesiennego sezonu. Sztuka Stephena Karama niby jest skromna, ot, wieczór świąteczny w rodzinnym gronie, lecz myliłby się ktoś biorący ją za „mydlano-operowe” igraszki. Tak jak scenografia Davida Zinna, minimalistyczna i skomplikowana, tak tekst jest „podwójny”: prosty i wieloznaczny, sugestywny w tym to, co powiedziane i w tym, co przemilczane (Roundabout Theater Company, do 3 stycznia w Laura Pels Theatre).

2. Hamilton – młodzieńczy w swym entuzjazmie łączącym wyznanie miłości do rodzącej się amerykańskiej republiki z przewrotnym duchem kontestacji wobec zastanych mitów. Wiem, że bilety drogie i w ogóle prawie kupić nie można, ale w tym dorocznym przeglądzie nie wspomnieć nie wypada, bo nowy musical utalentowanego i upartego Lin-Manuela Mirandy jest rewelacyjny i dobrze dla teatru wróżący.

3. King Charles III – sprawa trochę skomplikowana, bo nie wiadomo, czy polecić jako smakowity kąsek brytyjskich specjałów, czy ostrzec, by nie dać się nabrać na angielską nostalgię i snobizm. „Historyczny dramat” Mike'a Bartletta to poplątanie „wysokiej” sztuki z kiczem, w szekspirowsko brzmiącym „białym wierszu”.
Karol, odwieczny następca tronu, przeżył jednak swą długowieczną mamę Elżbietę i szykuje się do przejęcia berła. Piętrzą się rodzinne wiry, wzmagają polityczne rozgrywki, a Karolowi – w roli Don Kichota – śni się zaprzeszła wielkość brytyjskiego imperium. Zderzyć się musi w imię szlachetnych wartości z populistycznymi politykami i parweniuszowsko ambitną Kate – tak, żoną Williama, śliczną jak z obrazka i nieślicznie sprytną. I nawet duch Diany przewija się przez scenę! (do 2 stycznia, w Music Box Theatre).

4. A View From the Bridge – czyli przypomnienie, że w klasyce amerykańskiej znaleźć można pasje i konflikty na miarę wielkich tragedii. Ciekawe, że trzeba było belgijskiego reżysera Ivo van Hove, by odświeżyć ten dramat Arthura Millera z 1955 r. i wydobyć bogactwo treści poza społecznym komentarzem.
Van Hove powstrzymał swe upodobania do technologicznych eksperymentów, oczyścił scenę z rekwizytów, nadał postaci brooklyńskiego adwokata Alfieri (Michael Gould) rolę greckiego Chóru – świadka i komentatora. W surowym wykonaniu Marka Stronga słowa emigranta, Eddiego Carbone, ciężko harującego portowego robotnika, zabrzmiały dumnie i mocno. Osobista klęska z powodu biedy i braku samoświadomości nabrała wymiaru zmagania się z Losem i nieprzyjaznymi bogami (produkcja Young Vic Theatre, do 21 lutego, w Lyceum Theatre).

5. Fool for Love – czyli, przeciwnie, przypomnienie, że nie zawsze klasyka na nowo odżywa. Pełno obietnic: ostre zakręty sprawnego dialogu Sama Sheparda, inteligentna reżyseria Daniela Aukina, scenografia Dane Laffreya przywołująca echa Dalekiego Zachodu, dobre aktorstwo Niny Arianda i Sama Rockwella. Oglądało się ciekawie i nawet z podziwem, ale tak jak się podziwia dobrze wykonane trudne zadanie, o wymyślonych raczej niż przeżywanych problemach.

6. Trash Story – znowu rzecz nie w pełni spełniona, choć w tym przypadku głównie z powodu mało przyjaznej sali: za obszernej na dramat, którego efekt zależy od nawiązania intymnego stosunku z widzem. W John Jay College protest otwierający sztukę – monolog młodego człowieka bezradnego wobec doświadczeń jako żołnierz w Iraku (Marcus Lorenzo) – gubił się pod wysokim sufitem. Półszeptane wyznania ludzi w skomplikowanych relacjach umykały na boki.
Rzecz jednak warta uwagi, bo konfrontuje nas z trudnym dziedzictwem drugiej wojny światowej, splatającym się z brutalnością bieżących konfliktów. Szczególnie wyraziście zaznaczył się wątek niemieckiej dziewczynki, która wojnę doświadczyła na tzw. ziemiach odzyskanych, utrzymany w poetyckiej konwencji i subtelnie zagrany przez Melessie Clark.
Przedstawienie miało przy tym sympatycznie międzynarodowy rozmach: polska pisarka Magda Fertacz; polski producent Tomek Smolarski; reżyserka o niemieckich korzeniach Monica Payne z Chicago; polsko-amerykańska aktorka Anna Podolak, dobrze radząca sobie w amerykańskim zespole aktorskim.

7. Lazarus – ledwie szkic, i to szkic w niespójnych fragmentach, w wątku narracyjnym prawie niezrozumiały. Nic to, bo piosenki Davida Bowie i Enda Walsha fascynujące. Bo Michael C. Hall śpiewa i cierpi tak, że możemy uwierzyć, że spadł z gwiazd i mu na Ziemi okrutnie źle. Bo dźwięcznie słowiczy głos Sophii Anne Caruso niesie obietnice, że nawet w beznadziei można ujrzeć szczelinę nowej szansy. Ponadto przedstawienie w reżyserii Ivo van Hove'a i oprawie scenicznej Jana Versweyvedla przypomniało o powieści The Man Who Fell to Earth Waltera Tevisa, wartej przypomnienia. 

8. Once Upon the Mattress – sympatyczna muzyczna wersja Mary Rodgers i Marshalla Barera starej baśni o zaborczej matce, słabego ducha królewiczu, księżniczce i ziarenku grochu. Żadnej tu pretensji do poważniejszych ambicji, jakby reżyser Jack Cummings III zdecydował, że choć raz warto się po prostu zabawić. I bawi nas pogodnie, w wodewilowym stylu – głównie dzięki satyrze wszelkiej napuszonej „dystyngowatości”, czyli dzięki Johnowi „Lypsince” Eppersonowi jako Queen Aggravain oraz sile głosu niepozornej Jackie Hoffman.
Hoffman bowiem potrafi huknąć tak, że tynk w starym królestwie spadnie i wszystko dobrze się skończy. Królewicz zdobędzie się na odwagę, by przeciwstawić się swej matce. Królowa głos straci. Król głos odzyska. Cały dwór roztańczy się beztrosko.

9. The Hard Nut – taneczny festyn Marka Morrisa przygotowany – 25 lat temu – specjalnie na koniec roku. Trochę to złośliwa satyra na Dziadka do orzechów w tradycyjnej choreografii, obowiązkowo co roku powracającego do wielkich sal, trochę teatr pantomimy, a przede wszystkim szansa popisów dla zespołu Mark Morris Dance Group.
Przywołany na scenę Brooklyn Academy of Music po pięciu latach nieobecności, dostarcza wiele powodów do radości: urozmaicone układy taneczne Morrisa, łącznie z przeglądem w 10 minut „narodowych tańców” francuskich, hiszpańskich, chińskich, arabskich i rosyjskich; popartowe kostiumy Martina Pakledinaza; kunszt męskich baletnic w baletkach; zgrabnie niezgrabna Nurse w wykonaniu Kraiga Pattersona; grupowe niesforności myszy; czary magika Drosselmeiera (Billy Smith); czarodziejskie niespodzianki muzyki Czajkowskiego…

10. Polish Theatre Institue w Nowym Jorku – przetrwał pierwszy rok w swej nowej konfiguracji, pod kierunkiem Izy Laskowskiej. PTI przejął pałeczkę od Niny Polan (Janiny Katelbach, która odeszła w 2014 r.) Nie załamał się pod ciężarem upiornych prawno-podatkowych spraw. Nie został pogrzebany pod stosami spraw i rzeczy, fragmentów dekoracji i zagrożonych przez mole kostiumów. Wszystko to trzeba było uporządkować, dopatrzyć. Zostało zrobione. Formalności załatwione. Terminy dotrzymane. Wynajmowane kiedyś pomieszczenia opróżnione. I to jest dotychczasowe główne osiągnięcie PTI: wytrwanie w niewidzialnej, żmudnej, lecz koniecznej pracy.
Ale zrobiło się i więcej. PTI zaznaczył już swoją teatralną obecność, na razie dla dzieci, w szkołach z jęzęzykiem polskim. Dzięki patronatowi Centrali Polskich Szkół oraz organizacji Dobra Polska Szkoła wiosną 2015 r. PTI rozpoczął występy dla młodocianej publiczności. Przedstawienie Jaś i łodyga fasoli, ze świetnymi lalkami Jacka Zuzańskiego oglądało już ponad 2 tysiące dzieci. Wiele z nich miało także okazję wziąć potem udział w warsztatach teatralnych przygotowanych specjalnie dla młodzieży przez Laskowską i Zuzańskiego.
Powodzenia w dalszych krokach, a wkrótce może i wzlotach!

Autor: GRAŻYNA DRABIK