„Szukałem szczęścia po świecie…” – wspomnienie o Wacławie Iwaniuku (1912-2001)

60

Piętnaście lat temu, 4 stycznia 2001 r. w nocy, w North York General Hospital w Toronto zmarł Wacław Iwaniuk – twórca imponujący skalą talentu i rozległością zainteresowań. Był wybitnym poetą, tłumaczem, krytykiem i eseistą, podejmował próby prozatorskie i dramaturgiczne, sporadycznie uprawiał także publicystykę.

Autor ponad dwudziestu trwale wpisanych w historię polskiej literatury XX wieku tomów wierszy, określony przez krytykę „poetą ciemnego czasu i bezkompromisowym strażnikiem wartości uznanych za fundament ideowo-etyczny emigracji niepodległościowej”, był także wrażliwym na niuanse ludzkiej egzystencji lirykiem.

Choć bez wątpienia należał do czołówki polskiej poezji na obczyźnie, jego literacki powrót do krajowego czytelnika po 1981 r. (a także później) nie przypominał powszechnie celebrowanego benefisu, który można by porównać z powtórnym „odkryciem” Czesława Miłosza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy Andrzeja Bobkowskiego. Pierwszym tomem, którym po blisko półwieczu nieobecności poeta przypomniał się odbiorcy krajowemu był wydany w 1987 r. przez podziemną oficynę Wolna Spółka Wydawnicza Komitywa autorski wybór Kartagina i inne wiersze.

Dwa lata później w Bibliotece „Więzi” ukazał się przygotowany i poprzedzony wstępem przez Marka Zielińskiego Powrót, a w 1991 r. drugi wybór Zanim znikniemy w opactwie kolorów (sporządzony przez Krzysztofa Lisowskiego i opatrzony wstępem Janusza Kryszaka) opublikowało Wydawnictwo Literackie. W tym samym roku wydawany w Lublinie kwartalnik literacki Kresy skromnym wyborem autorskim Iwaniuka Moje obłąkanie zainaugurował własną serię poetycką. Kolejny, ostatni już tom Wacława Iwaniuka W ogrodzie mego ojca dotarł do rąk krajowego czytelnika dopiero w 1998 r.

W międzyczasie były publikacje pojedynczych wierszy poety na łamach prasy literackiej, najpierw w periodykach podziemnych Arce i Zapisie, później m.in. w Twórczości, Odrze, Więzi, Kwartalniku Artystycznym, Dekadzie Literackiej, Frazie i Akcencie. Szczególnie istotna dla przybliżenia czytelnikowi krajowemu twórczości torontońskiego pisarza była jej obszerna prezentacja (duży blok wierszy, fragment prozy wspomnieniowej, dwa szkice krytyczne Janusza Kryszaka Portret emigranta i Jerzego Święcha Iwaniuk) na łamach Akcentu (nr 3 z 1990 roku), esej Marka Pytasza Iwaniuk, zamieszczony w 9. numerze Literatury na świecie z 1991 r. oraz opublikowany rok później w ramach prac naukowych Uniwersytetu Śląskiego tom zatytułowany Szkice o twórczości Wacława Iwaniuka, zredagowany przez Ireneusza Opackiego przy współudziale Zdzisławy Mokranowskiej.

Jeszcze w 1991 r. poeta uczestniczył w historycznym zjeździe pisarzy krajowych i emigracyjnych w Warszawie. Odwiedził wtedy także swoje strony rodzinne: Chełm i Lublin, gdzie był podejmowany niezwykle serdecznie. Choć planował kolejne pobyty w kraju, nie mógł wówczas wiedzieć, że będzie to jego wizyta ostatnia. W połowie lat 90., już poważnie chory, wycofał się z aktywnego życia literackiego, a kolejne wylewy uniemożliwiły mu pisanie.

Okrutny wyrok losu sprawił, że z każdym rokiem, miesiącem i dniem jego wymęczony chorobą umysł rejestrował coraz mniej sygnałów otaczającej go rzeczywistości. Odchodził w ciszy, we własnym świecie doznań, nie opuszczając swego domu przy 263 Keewatin Avenue w Toronto, który, jak powiedział w jednym z wywiadów, był dlań „małą Polską”.

***
W powojennej historii literatury polskiej, pełnej przemilczeń i świadomych przekłamań, przypadek Wacława Iwaniuka nie należy do wyjątków. Jego postawa konsekwentnej, często manifestowanej niezgody na pojałtański porządek w Europie sprawiła, że wraz z liczną grupą pisarzy niezłomnych przez dziesięciolecia doświadczał dotkliwych skutków politycznej banicji.

A choć w ówczesnej krajowej przestrzeni publicznej nie było dlań miejsca, Polska zarówno w jego twórczości, jak i w długim, obfitującym w dramatyczne wydarzenia życiu pisarza-żołnierza i emigranta była zawsze intensywnie obecna. Poeta wracał do niej wielokrotnie, przywołując świat dzieciństwa, krajobraz rodzinnej Lubelszczyzny, portrety bliskich mu ludzi, zachowane w pamięci miejsca i zdarzenia.

Interesujące nas tropy łatwo dostrzec m.in. w tomach: Milczenia (1959), Wybór wierszy (1965), Nemezis idzie pustymi drogami (1978), Nocne rozmowy (1978), Kartagina i inne wiersze (1987), Moje obłąkanie (1991) czy Moje strony świata (1994). Ich najsilniejszą jednak artykulację zawiera zbiór W ogrodzie mego ojca (1998), ostatni, który ukazał się za życia poety. Znajdujemy w nim znamienne wyznanie:

Szukałem szczęścia po świecie które było we mnie.
Podróżowałem z kraju do kraju zamiast mieszkać w domu
w rodzinnym Chełmie i bliskim mi Lublinie
   (Wiersz dla samego siebie)

Te trzy przesycone nostalgią wersy przynoszą gorzkie podsumowanie emigracyjnej wędrówki autora. W wierszu Moja matka: Józefina Dyszewska, przypomnianym przez Henryka Wójcika w tomie Podróż w głąb pamięci. O Wacławie Iwaniuku szkice, wspomnienia, wiersze (2005) pojawi się jeszcze bardziej dramatyczne pytanie: „Dziś gdy wracam po dalekiej podróży/ nie wiem czy warto było –/gdy w domu czekała matka/ i ojciec – zawsze wpatrzeni we mnie/ zawsze oddani mi”.

W kontekście wielu innych refleksji stanowiących próbę bilansu długiego życia, ostatni, bardzo osobisty zbiór poety („szukam zdań, które byłyby moim wizerunkiem”) odsyła czytelnika nie tylko do konkretnych doświadczeń emigranta dzielącego swą egzystencję między dwie rzeczywistości: realną (obczyzna) i imaginacyjną, stanowiącą efekt opierającej się skutecznie upływowi czasu pamięci (kraj rodzinny), lecz także do rozważań głębszych, podejmujących rudymentarne problemy fenomenu ludzkiego losu.

Dla naszych potrzeb poprzestańmy jednakże w tym miejscu na wymiarze jednostkowej biografii, skupiając się przede wszystkim na półwieczu, które poeta spędził na kontynencie północnoamerykańskim.

***
Banalne w swej oczywistości jest stwierdzenie, że najpierw umierają umarli. Czynią to taktownie, ustępując miejsca żywym. Jakby mieli świadomość, że pustkę po nich zajmie nachalna codzienność z jej bezsensowną (o czym zapewne wiedzą) krzątaniną, nieustannym pośpiechem, pogonią za wątpliwym sukcesem. Nie zgłaszają żadnych pretensji, nie zabiegają o naszą pamięć, a przecież nie opuszczają jej, nawet wbrew swej woli, bez reszty.

Od czasu do czasu przekazują nam, jakby mimochodem, jakiś przypadkowy sygnał w postaci odnalezionego w domowym archiwum zdjęcia, pożółkłego wycinka gazety z opublikowanym przed laty tekstem, serdecznej dedykacji na kartach ofiarowanej nam kiedyś książki.

O Wacławie Iwaniuku, który swą aktywną obecnością w Toronto odcisnął w naszym życiu ślad znaczący – jako twórca i animator kultury oraz przyjaciel – zapomnieć nie możemy i nie powinniśmy. Bez względu na to, jak głęboka byłaby jego dyskrecja, skromność i wielkoduszność charakterystyczna dla tych, którzy w pewnej chwili opuszczają zgiełkliwy jarmark świata, pewne fakty, zdarzenia i sytuacje mówią same za siebie.

Dlatego w pełni zasadny jest opis kulturalnego dorobku polskiej diaspory w Kanadzie w dwóch obszarach czasowych: gdy żył i tworzył w niej bohater tych rozważań oraz grupa jego przyjaciół, i gdy już go (ich) zabrakło wśród nas. Zwrot „gdy żył i tworzył” znaczy: gdy działała (w latach 50. ub. wieku) Konfraternia Artystyczna „Smocza Jama”, kabaret literacki, który był nie tylko ambitną propozycją artystyczną, lecz także ważnym w środowisku kręgiem opiniotwórczym.

Gdy w Toronto odbywały się słynne imprezy Smoków, których szczytowym osiągnięciem była wystawiona w 1952 r. Szopka polityczna z tekstami Wacława Iwaniuka i Michała Feuera prowadzącymi inteligentny, dowcipno-sarkastyczny dyskurs z fenomenem emigracyjnej egzystencji.

Przypominam „Smoczą Jamę”, ale okres Iwaniuka – a także inspirującej środowisko obecności Jadwigi Jurkszus-Tomaszewskiej, Adama Tomaszewskiego, Stanisława Wcisły, Mary Schneider, Romana Schneidera, Ireny Ungar, Eugeniusza Chruścickiego i wielu innych – to wyjątkowa mnogość kulturotwórczych zdarzeń: wieczorów literacko-muzycznych, spektakli teatralnych, wystaw, kiermaszów książek, ściągających tłumnie publiczność spotkań z Aleksandrem Jantą, Józefem Wittlinem i Kazimierzem Wierzyńskim.

To okres ukazywania się Prądu, pierwszego w Kanadzie pisma społeczno-literackiego, oraz ożywionej działalności licznych organizacji kulturalnych: Towarzystwa Kulturalno-Artystycznego, Klubu Literacko-Kinowo-Artystycznego „Klika”, Klubu Polskiego, prowadzonego przez Irenę Habrowską-Jellaczyc Teatru Polskiego, Towarzystwa Przyjaciół Paryskiej Kultury, Polskiego Funduszu Wydawniczego w Kanadzie – powstałego w 1978 r. m.in. z inspiracji Wacława Iwaniuka – czy Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich, która zainaugurowała swoją działalność dziesięć lat później.

To wreszcie szereg ważnych książek, świadczących o właściwym rozumieniu funkcji polskiego słowa w warunkach emigracyjnych (m.in. tomy prozy Adama Tomaszewskiego Gorzko pachną piołuny i Andrzeja Chciuka Trzysta miesięcy, szkice Jadwigi Jurkszus-Tomaszewskiej Wczoraj i dzisiaj czy opracowana przez Wacława Iwaniuka i Floriana Śmieję antologia Seven Polish-Canadian Poets) oraz setki artykułów prasowych.

Wymieniam te znaczące w życiu polskiej emigracji w Kanadzie i zapisane w literaturze przedmiotu fakty nie bez powodu. Wszystkie one wiążą się bezpośrednio i w sposób ścisły z nazwiskiem Wacława Iwaniuka i gronem jego przyjaciół – przedstawicieli emigracji niepodległościowej. Bez ich bezinteresownej działalności społecznej i charytatywnej, bez ich inspirującego wpływu na środowisko i przede wszystkim bez ich dorobku literacko-artystycznego i organizacyjnego polska diaspora w Kanadzie nie byłaby tym, czym jest obecnie. A to oznacza, że nie moglibyśmy mówić o ciągłości przekazu idei i symboli, niezbędnych dla zachowania jej historycznej i kulturowej tożsamości.

Dzisiaj, gdy Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, prowadzony w głównej mierze przez przedstawicieli emigracji solidarnościowej, ma na swym koncie blisko sto trzydzieści pozycji książkowych, dostrzegamy w pełni znaczenie i mądrą dalekowzroczność inspiracji jej założycieli. Do autorów Funduszu należą tak znaczący pisarze polsko-kanadyjscy, jak: Andrzej Busza, Bogdan Czaykowski, Wacław Iwaniuk, Jadwiga Jurkszus-Tomaszewska, Florian Śmieja, Adam Tomaszewski, a z młodszej generacji – Roman Chojnacki, Marek Kusiba, Aleksander Rybczyński, Roman Sabo, Antoni Wolak czy Grażyna Zambrzycka.

Obecnie, w 2016 r., trudno sobie również wyobrazić kulturę polską w Kanadzie bez istnienia instytucji, której głównym celem jest nagradzanie wybitnych twórców. Nie sposób, a przecież przez ponad czterdzieści lat od momentu zakończenia II wojny światowej znacząca liczebnie emigracja polska w tym kraju nie wykształciła żadnych form promocji ambitnej twórczości artystycznej.

Stało się to możliwe dopiero w 1988 r., nie za sprawą hojnej korporacji czy liczącej tysiące członków organizacji polonijnej, lecz w wyniku prywatnego daru dwojga ludzi – Nelli Turzańskiej, członkini AK, skazanej w komunistycznej Polsce za swą patriotyczną działalność na wieloletni pobyt w więzieniu, i por. Władysława Turzańskiego, jednego z najbardziej zasłużonych przedstawicieli polskiej diaspory na kontynencie północnoamerykańskim.

Dla Wacława Iwaniuka i jego przyjaciół powstanie Fundacji Turzańskich miało wymiar historyczny. Stanowiło zapowiedź nowej epoki w polskim życiu kulturalnym na obczyźnie. Oto na ich oczach materializowała się towarzysząca im od początków emigracji idea mądrego, wybiegającego w przyszłość mecenatu nad polskim twórcą i jego dziełem, tak oczywista i niezbędna w warunkach, w których nie funkcjonowały (lub występowały w stanie cząstkowym), naturalne w kraju ojczystym, instytucje i mechanizmy nagradzające wysiłek artysty i wprowadzające jego dzieło do społecznego obiegu.

Nic tedy dziwnego, że od pierwszej chwili Fundacja Turzańskich cieszyła się w środowisku twórczym w Kanadzie wysokim prestiżem i uznaniem, czego dowodem jest m.in. fakt, że po latach jej największym darczyńcą został Adam Tomaszewski, pisarz, który przez wiele dziesięcioleci wraz z Wacławem Iwaniukiem intensywnie zabiegał o zwiększenie zainteresowania polonijnego środowiska polską książką emigracyjną.

Intencją tych dywagacji jest ukazanie specyfiki, w jakiej funkcjonuje polskie słowo na obczyźnie. Ujął ją najtrafniej w swoim czasie Tadeusz Nowakowski, porównując los emigracyjnego pisarza do „biegacza, który sam sobie musi budować bieżnię na stadionie”. Wacław Iwaniuk w czasie swego ponadsześćdziesięcioletniego pobytu poza krajem był takim właśnie budowniczym. W swej bezinteresowności i poświęceniu niestrudzonym.

Miał świadomość, że czynić to musi. Dlatego inicjował i tworzył liczne instytucje i stowarzyszenia kulturalne, organizował wieczory artystyczno-literackie, nade wszystko zaś pisał i wydawał książki, publikował dziesiątki artykułów, recenzji, nie stronił od publicystycznych interwencji i polemik, prowadził rozległą korespondencję z czołówką najważniejszych pisarzy emigracyjnych. Inaczej mówiąc: współtworzył w sposób istotny polskie życie kulturalne w Kanadzie, biorąc świadomie na swe barki trud pioniera przecierającego z mozołem pierwsze szlaki, którymi, wierzył w to, podążą jego następcy.

***
Wacław Iwaniuk był w polskim i kanadyjskim życiu kulturalno-literackim postacią wyjątkową. Mówią o tym jego dzieła, ale także, w coraz większym stopniu liczne poświęcone mu rozprawy i opracowania badaczy literatury.

Jego długiej egzystencji poza krajem, która była wynikiem bezwzględnego wyroku historii, lecz także świadomego wyboru odrzucającego powojenną rzeczywistość Polski komunistycznej, towarzyszyła nieulegająca erozji czasu nostalgia za rodzinnym pejzażem, światem dziecięcych i młodzieńczych doznań oraz nade wszystko – trwałymi wartościami polskiej kultury. Utrzymywał z nimi stały kontakt, były dlań głównym źródłem artystycznych inspiracji i zrozumiałej w przypadku twórcy odsuniętego przez tępy dogmat polityczny na pół wieku od krajowego czytelnika, nie do końca niestety spełnionych, nadziei.Tym bardziej musiała boleć go, wspomniana na wstępie niesymetryczność relacji. W zbiorze Kartagina i inne wiersze poeta napisze:

My kochamy ojczyznę
a ojczyzna – nic
Czyżby nasza miłość jej nie wystarczała.
  (O prawdziwej miłości)

Być może, jako typowy outsider, rozumiał już wówczas lepiej niż inni, że kraj i emigracja, niezależnie od sytuacji politycznej, muszą (i będą) żyć własnym życiem. I że pisarz pędzący żywot na obczyźnie, poza krajowym środowiskiem i funkcjonującymi w nim grupami wpływu, stoi z natury rzeczy na straconej pozycji. Bo na emigracji

W otwartym oknie zapach ziemi
Jej biologia wlewa soki w ogrodowe klony.
Lecz z kim tu rozmawiać o poezji
o spacerach wśród grobów.
  (Każdy z nas nosi w sobie zalążki wielkości)

a tam, w kraju, opuszczone (nieważne z jakiego powodu) miejsca już od dawna zajęte, zaś kapryśne zainteresowania czytelników, co zrozumiałe, w inną zwrócić się muszą stronę.


Redakcja dziękuje panu Henrykowi Wójcikowi, spadkobiercy praw autorskich Wacława Iwaniuka, za zgodę na wykorzystanie wierszy poety.

Autor: EDWARD ZYMAN