Trójniak „Zagłoba”

83

W świąteczny czas, jak co roku, wracamy z rodziną do zaległości w filmografii polskiej. Ale i tak najchętniej oglądamy starocie w rodzaju Pana Wołodyjowskiego czy Potopu.

Zwłaszcza ostatnia część Trylogii Henryka Sienkiewicza, Ogniem i mieczem, sfilmowana przez Jerzego Hoffmana, ma największe powodzenie u moich dorosłych już synów, gdyż obfituje, jak normalny film amerykański, w „mokre” sceny.

Przyznaję bez bicia, że sam osobiście najbardziej zapamiętałem wejście nagiej Izy Scorupco do wody, w której przez chwilę pływała żabką, po czym z wody wyszła, pokazując, choć w sporym oddaleniu, swe niezaprzeczalne filmowe talenty. Jedynym zadaniem pięknej Izy było ozdabianie ekranu, więc polska eksportowa gwiazdka na szczęście nie próbowała w nim grać. Za szybko jednak z wody wybiegła, by męska połowa widowni mogła nacieszyć zdrowe oczy radosnym widokiem, od którego Onufry Zagłoba, nie wiedzieć czemu, odwrócił swe kaprawe oko.

Wniosek z Ogniem i mieczem płynie, niczym okowita, optymistyczny: jesteśmy bardziej skłonni do zabawy niż do zbrodni…

Inna mokra scena miała miejsce w brodzie rzecznym, ale zamoczył się tylko pan Skrzetuski, wynosząc Izę-Helenę z kolaski na brzeg. W czasie wynoszenia, jak wiemy z filmu Hoffmana, Skrzetuski zakochał się w swym słodkim ciężarze bez pamięci. Kolejna mokra scena dotyczyła pojedynku Wołodyjowskiego z Bohunem, gdy obaj wpadli do wody, ale zaraz z niej wyskoczyli jak oparzeni, bo scenę kręcono na początku marca. Nie bardzo wiadomo, dlaczego mały rycerz musiał zażyć zimnej kąpieli przed upuszczeniem watażce gorącej krwi. Sienkiewicz jest bardziej litościwy od Hoffmana i nie naraża swoich bohaterów na przeziębienie, jak i kilka innych dolegliwości, wynikłych z ograniczonych możliwości technicznych filmu polskiego.

Nie znał takich ograniczeń Henryk Sienkiewicz, a mimo to w jego powieści Helena w ogóle nie wchodzi nago do wody, jeno pluska się w rzece w „żupaniku kozackim”, jak na XVII wiek przystało. Nie jest też z wody wynoszona. U Sienkiewicza kolaska połamała osie na suchej drodze i tylko w oddali rozlane wody Kahamliku przypominają o istnieniu mokrego żywiołu.

Za to krew leje się z ekranu Niagarą. Uważam, że jest to jeden z przejawów amerykanizacji filmu polskiego. Kniahini Kurcewiczowa ginie od rzutu nożem w krtań, co nieodparcie nasuwa skojarzenia z westernem Siedmiu wspaniałych i pojedynkiem nożownika z kowbojem przy słupie. Włożenie Zagłobie przez Helenę noża do nosa jest z kolei sceną ściągniętą żywcem ze spotkania Polańskiego z mokrym Nicholsonem nad kanałem w filmie Chinatown. Jedną z bardziej atrakcyjnych scen jest wyrzucenie z karczmy przez pułkownika Skrzetuskiego podstarościego Czaplińskiego. Jest to także „mokra” scena, gdyż poszkodowany szybuje przez odrzwia, zanim nie zanurkuje w błotną maź, a jego lot, pokazany w zwolnionym tempie, przypomina sceny z filmu Matrix.

Inne mokre sceny pokazują nurkowanie husarii razem z końmi w błotnej bitwie pod Żółtymi Wodami oraz nurkowanie Michała Żebrowskiego wypływającego żabką ze Zbaraża. Tu inspiracja musiała przyjść od Kevina Costnera i filmu Waterworld, gdyż w powieści Skrzetuski „postanowił okrążyć brzegiem cały staw aż do bagienka”. Pisze Sienkiewicz: „Za każdym krokiem Skrzetuskiego na powierzchnię wód wydobywało się mnóstwo baniek, których bulgotanie doskonale można było słyszeć wśród ciszy”.
Na filmie nieustannie rozlega się innego rodzaju bulgotanie. Skrzetuskiego zdanie: „Nie wylewaj waćpan wina” i spora część filmu przypomina reklamę polskiego przemysłu spirytusowego. Aktorzy piją siedząc, stojąc, leżąc, jadąc konno, a nawet walcząc. Konie też piją – skapującą im z nosów deszczówkę. Jednak podczas gdy chuch Chmielnickiego jest zazwyczaj czysty i rześki jak wiosenny powiew, „Poljaki” zioną gorzałą.

Nawet gdy przyduszony Chmiel wykrztusił pierwszy w książce i filmie wyraz: „Wody!”, podano mu gorzałki, „którą pił i pił, co mu widocznie dobrze zrobiło” – jak pisze Sienkiewicz. Poza tym sceny upijania się na umór nieskazitelnego Wołodyjowskiego i świątobliwego Podbipięty z pijakiem Zagłobą były źle zagrane: ciągłe wznoszenie bełkotliwych okrzyków „Zdrowie waszmościów!” i wymachiwanie rękami to jeszcze nie jest aktorstwo.

Krzysztof Kowalewski rozpoczął swoją radosną obecność w filmie od sceny w karczmie i zdania „Nalej do szklanic”, a potem już pił wszędzie i zawsze. Pił nawet pod stołem w czasie mordowania Kurcewiczów przez Bohuna i pił pod Zbarażem w czasie kozackiego ataku. Dwie z najlepszych scen bitewnych w tym filmie są jego autorstwa: gdy pijany „zdobywa” sztandar i gdy odrzuca za siebie garniec po okowicie, trafiając w głowę atakującego Zbaraż Krzywonosa…

Wniosek z powieści Henryka Sienkiewicza i filmu Jerzego Hoffmana płynie, niczym okowita, optymistyczny: jesteśmy bardziej skłonni do zabawy i hulanki niż do zbrodni i walki. Mogę mieć cichą nadzieję, że więcej będzie tej pierwszej niż tej drugiej.

Oddając się świątecznej konsumpcji Ogniem i mieczem oraz ulubionego trójniaka krajowej produkcji o nazwie „Zagłoba”, życzę moim Szanownym Czytelnikom (i Czytelniczkom) szczęśliwego nowego roku!

Autor: Marek Kusiba