W Przyszowicach 27 stycznia 1945

124

Z Krystyną Grodoń o jednej z wielu zbrodni na Górnym Śląsku rozmawia Stanisław M. Jankowski

Propaganda komunistyczna ostatnie dni stycznia 1945 roku nazywała “wyzwoleniem Górnego Śląska przez wojska 1. Frontu Ukraińskiego”, a nie wolno było wspominać o dokonanych w tym czasie zbrodniach. Kiedy pani poznała prawdę?

Wiedziałam o wszystkim “od kołyski”, gdyż urodziłam się już po tej tragedii, a żołnierze sowieccy rozstrzelali wówczas dwóch braci mojego ojca. O tym mówiło się w naszym domu. Propaganda komunistyczna nie miała tu żadnego znaczenia. Oni pisali, co chcieli, a my wiedzieliśmy swoje. Mieszkałam w Przyszowicach, które do 1922 roku należały do Prus, a po powstaniach śląskich – do Polski; pomiędzy Gliwicami a Przyszowicami w okresie międzywojennym przebiegała granica państwa.

Na przyszowickim cmentarzu, na tablicy obok nazwisk zamordowanych, przez wiele lat trwał napis “zginęli w czasie działań wojennych”. Kiedy postanowiła pani, że dość już milczenia?

Bezpośrednim impulsem były artykuły o budowie… Muzeum Powstania Warszawskiego. Zabolało mnie, że tyle się pisze o martyrologii warszawskiej, a o naszej tragedii istnieje zmowa milczenia. Informacje zaczęliśmy zbierać w 2004 roku, a kulminacją była piękna uroczystość “powtórnego pogrzebu”, zorganizowana przez Towarzystwo Miłośników Przyszowic 60 lat po tragedii. 27 stycznia 2005 roku “pogrzeb” rozpoczął się mszą w kościele parafialnym. Wyczytywano nazwiska pomordowanych, a przedstawiciel rodziny podchodził do organizatorów, otrzymywał zapalony znicz (czerwone znicze ułożone na planie krzyża paliły się przed ołtarzem), czerwony goździk i książeczkę mojego autorstwa pt. Trzy dni z dziejów Przyszowic. Uroczystość celebrował urodzony w Przyszowicach biskup legnicki, bratanek zamordowanego, ks. Stefan Cichy. Po moim referacie w kościele zgromadzeni z zapalonymi zniczami przeszli na cmentarz. Znicze i kwiaty ułożono na mogiłach, a tablicę z napisem “zginęli w czasie działań wojennych” zastąpiono nową, na której wyryto napis: “Zamordowani przez żołnierzy Armii Czerwonej 27 stycznia 1945 r.”.

Jak przyjmowano zadawane przez panią pytania o tragedie rodzinne, o fakty, które mogą być różnie odebrane po ich upublicznieniu?

Prowadzenie badań na Śląsku jest szczególnie trudne, m.in. ze względu na podział co do sympatii narodowościowych. W czasie okupacji część mieszkańców nie ukrywała podziwu dla Führera i jego osiągnięć militarnych. Zaczęło się to zmieniać po pierwszych klęskach na froncie, po nalotach na Berlin i inne miasta Rzeszy. A jeszcze bardziej zmieniło, gdy zaczął się zbliżać sowiecki walec, chociaż nie przypuszczano, że może być aż tak okrutny dla ludności cywilnej. Czerwonoarmiści zabijali osoby spotkane zupełnie przypadkowo: dorosłych, dzieci, sympatyzujących z Polską bądź z Niemcami, miejscowych, obcych. Po prostu osoby, które znalazły się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Po 60 latach odpowiedzi na pytania nie sprawiały już problemu, aczkolwiek powrót do tych traumatycznych wspomnień wzbudził u niejednej osoby silne emocje. W książce upubliczniłam tylko to, na co rodziny wyrażały zgodę. Przyjęłam zasadę, by nikogo nie ranić i nie wywoływać demonów przeszłości.

W Przyszowicach sowieccy żołnierze nie rozróżniali, kto sympatyzuje z Polską, a kto z Niemcami…

Nawet nie wiedzieli, że są na polskim terytorium. Weszli od strony niemieckich Gliwic, gdzie zamordowali ok. 800 osób cywilnych. Dopiero po spacyfikowaniu Przyszowic miejscowi uświadomili im, że są w Polsce. Nie rozróżniali i nie mogli rozróżniać sympatii narodowościowych mieszkańców. Na drzwiach domu zamordowanego powstańca śląskiego zostawili napis “Zdies zdochli giermanskije sobaki”.

W piwnicy tego domu – jak pani pisze – Rosjanie znaleźli pełno łusek po nabojach, a na podwórku wystrzelone panzerfausty…

Za strzelających z tego budynku niemieckich żołnierzy zapłacił Wiktor Żogała, były powstaniec śląski, czekający na wyzwolicieli z czapką powstańczą i półlitrową butelką wódki. W innym domu natrafili na 78-letniego Teodora Klimka, też byłego powstańca śląskiego. Nie wiadomo, czy bronił mieszkania przed grabieżą, czy “tylko” zegarka – i starszego pana uznali za “burżuja”. Ten zegarek, z wygrawerowanym napisem “Teodorowi Klimkowi – sztygarowi” zabity dostał od Wojciecha Korfantego. U Widuchów nie było nabojów ani panzerfaustów, ale strzelili w tył głowy wójtowi Przyszowic Józefowi Widuchowi, ocenianemu jako człowiek honoru. Chronił ludzi przed wywozem na przymusowe roboty, interweniował w sprawie uwolnienia z obozu koncentracyjnego m.in. księdza Franciszka Pogrzeby. “Wyzwoliciele” zastosowali odpowiedzialność zbiorową, mordując syna wójta, 17-letniego Franciszka i brata burgermeistra – 71-letniego Józefa.

Czy to prawda, że powodem do egzekucji mogło być przyznawanie się do polskiego pochodzenia?

Nie ma dowodów, że o swoim polskim pochodzeniu zdążyli powiedzieć Franciszek Brzóska i Piotr Pierzchała. Z białą flagą podeszli do samochodu, żeby okazać dokumenty. Czerwonoarmiści zastrzelili ich, zabrali zabitym zegarki i odjechali. Świadkowie zbrodni są zdania, że Franciszek i Piotr oddali życie za zegarki. Wawrzyna Bartoszka zabito, bo żołnierzowi napastującemu jego żonę rozłupał głowę siekierą. Kunegunda Bartoszek nie uniknęła losu męża, zamordowano też trójkę ich dzieci. Ukrywające się w tej samej piwnicy kobiety zgwałcono i tak zmasakrowano bagnetami, że zbierający później ich zwłoki mężczyźni dostali torsji i na długo zostali okaleczeni psychicznie.

Nie potrafię sobie wyobrazić zbierania relacji o tej zbrodni…

To były rozmowy wymagające dużej odporności psychicznej z obu stron, równie ciężkie dla osoby relacjonującej, jak i dla słuchających. Jeśli chodzi o gwałty, to ujawniłam tylko 15-letnią Anielę Dulę, która po spotkaniu żołnierzy Armii Czerwonej zmarła w szpitalu. 60 lat po tym wydarzeniu jej brat nie mógł przemóc się, by wrócić do wspomnień. Skrytykował mnie też jeden z czytelników za opowieść o przełożonej miejscowego klasztoru. – Gdyby ją zgwałcono, to ja bym o tym wiedział – argumentował. Ale to ja mam rację, bo nie uniknęła gwałtu siostra Kolumbana, przełożona klasztoru sióstr jadwiżanek. Nie udało się natomiast pohańbienie Anny Lomanii, więc ją zastrzelili. Marii Krawiec też nie dopadli; popełniła samobójstwo wskoczywszy do studni.

Pani badania ujawniły również postawy godne zapisania w historii Przyszowic.

O godnej postawie burgermeistra Józefa Widucha już mówiłam. Prawdziwą bohaterką była Małgorzata Elsner, ukrywająca w piwnicy czterech uciekinierów z “marszu śmierci”, jak nazwano ewakuację obozu w Auschwitz. Nazywali ją “aniołem”. Wiadomo, jakie mieli numery obozowe. Znam nazwiska dwóch z nich: Herberta Tunela, urodzonego w Munkaczu na Węgrzech oraz Gioacchino di Veroliego z Fasoli di Capri we Włoszech. Kolejną bohaterką była Elżbieta Kulas, której jeszcze w czasie pobytu Rosjan udało się wyprowadzić 10 jeńców francuskich, przebywających na robotach przymusowych w Gliwicach, za co w 1970 r. została odznaczona przez władze francuskie medalem L’Ordre National du Mérite. Już po wojnie ważną rolę spełniał dr Ignacy Letocha potajemnie lecząc ukrywających się AK-owców. “Zadbał” również o to, żeby nie urodziło się żadne “porosyjskie” dziecko.

Wspomniani przez panią więźniowie z Auschwitz ucieszyli się, widząc Armię Czerwoną?

Zapewne wyszli z piwnicy powitać “wybawicieli”. Nie zwracając uwagi na obozowe pasiaki trzech zabito na miejscu – w służącej im za schronienie piwnicy Elsnerów – a czwartego (Włocha) doprowadzono do placówki sowieckiego kontrwywiadu i po przesłuchaniu rozstrzelano.

Autor: