Wiosna we Wrocławiu jazzem stoi

13

We Wrocławiu wreszcie rozpoczęła się długo wyczekiwana wiosna. Rozkwitła nagle i obsypała trawniki krokusami, wlewając do serca radość zziębniętym mieszkańcom. W taki słoneczny poranek spotkałam się z mieszkającą w Nowym Jorku polską perkusistką Dorotą Piotrowską.

Rozmawiałyśmy o muzyce i wyborze dróg życiowych, które w przypadku Doroty nie były takie oczywiste. A powodem tej rozmowy był jej występ podczas jednego z najstarszych festiwali jazzowych w Polsce – wrocławskiego Jazzu nad Odrą.
W tym roku festiwal odbył się już po raz 49. Od początku odgrywał on znaczącą rolę na polskiej scenie muzycznej, a zdobycie nagrody, uznania czy choćby uwagi krytyków i publiczności podczas festiwalowego konkursu mogło stanowić dla muzyków przepustkę do profesjonalnej kariery. Konkurs, który w pierwszych latach festiwalu stanowił jego najważniejszy element, odkrył takie gwiazdy, jak Ewa Bem, Włodzimierz Nahorny, Krzesimir Dębski, Jarosław Śmietana, Piotr Baron, Henryk Miśkiewicz czy Andrzej Zaucha. Dziś formuła festiwalu jest już nieco inna. Konkurs wyłaniający “indywidualność jazzową” nadal stanowi ważny jego aspekt, jednak główny nacisk położony jest na prezentację twórczości i projektów najciekawszych artystów z całego świata. Organizatorzy zapraszają młodych amerykańskich muzyków typowanych na wschodzące gwiazdy przez krytyków magazynu DownBeat. Pojawiały się również takie sławy, jak Pat Metheny, Paco deLucia, Al diMeola, Kenny Garret czy Diana Krall. Przez ostatnie lata profil festiwalu ewoluował ukazując publiczności bardzo szerokie spectrum gatunków jazzowych. W tym roku zaproszone zostały zarówno legendy jazzu, jak i czołowe nazwiska z najnowszych rankingów.

Z niecierpliwością oczekiwano występu tegorocznego laureata nagrody Grammy Roberta Glaspera wraz z projektem Experiment, promującego swoją ostatnią płytę ukazującą zupełnie nowe oblicze jazzu. Dlaczego nowe? Pianista czerpie inspiracje z różnych gatunków – hip-hopu, R&B i rocka, we wszystkich poruszając się równie swobodnie i tworząc pomiędzy nimi wspólne mianowniki. Na zupełnie innym biegunie znalazł się Darek Oleszkiewicz. Były wrocławianin od ponad 20 lat mieszkający w USA jest jednym z filarów jazzowej sceny w Los Angeles. Do swojego projektu Tribute to Charlie Haden zaprosił doskonałych muzyków: Erniego Wattsa, Billy’ego Childsa i Harveya Masona. Ten sentymentalny koncert stał się ukłonem dla Hadena (mentora Oleszkiewicza) i całej jazzowej tradycji. Niezwykle wyczekiwany był też występ jednego z najlepszych wokalistów rangi światowej – Kurta Ellinga. Swingujący, ciepły tembr głosu i charyzmatyczna osobowość wokalisty zawładnęły sercami publiczności, a koncert zakończył się owacją na stojąco. W jego wykonaniu zabrzmiały standardy z najnowszej płyty 1619 Broadway – The Brill Building Project, będącej “wyrazem miłości do Nowego Jorku”, a dodatkowo artysta zaskoczył widownię śpiewając po polsku dwie piosenki z repertuaru Anny Marii Jopek w aranżacji Pata Metheny’ego. Na wrocławskiej estradzie wystąpiła również w soulowym recitalu doskonała wokalistka Maya Azucena oraz “wielka dama światowego jazzu” (jak została zapowiedziana przez Krzysztofa Maternę), najbardziej rozpoznawalna gwiazda tegorocznej edycji – Cassandra Wilson.

Nie zabrakło także ikon polskiego jazzu, gwiazd przecież już światowego formatu. Podczas galowego koncertu, z towarzyszeniem festiwalowego Big Bandu Zbigniewa Czwojdy, wystąpili: genialny Leszek Możdżer, gigant jazzu skrzypek Michał Urbaniak, jedna z najlepszych polskich wokalistek Aga Zaryan, doskonały saksofonista Henryk Miśkiewicz, świetny trębacz Robert Majewski. Wcześniej zaprezentował się wybitny pianista i mistrz improwizacji Adam Makowicz.
Między gwiazdami było również miejsce dla młodych zespołów. Koncert Cassandry Wilson poprzedzony został występem grupy Dorota Piotrowska Project. W skład zespołu, który powstał na potrzeby tegorocznego Jazzu nad Odrą, weszli doskonali, uznani już w środowisku jazzowym, młodzi polscy muzycy (Sławek Dudar, Dominik Wania, Michał Barański) oraz zaproszony przez perkusistkę trębacz – ogłoszony przez DownBeat Magazine i Jazz Journalist Association wschodzącą gwiazdą trąbki – Jeremy Pelt. Przeprowadzili oni tylko jedną wspólną próbę, ale to właśnie w takich sytuacjach można poznać poziom umiejętności artystów. Podczas koncertu widoczne było pomiędzy nimi porozumienie, dzięki któremu muzyka (kompozycje Jeremy’ego Pelta oraz Doroty Piotrowskiej) porwała publiczność.

Dorota Piotrowska na festiwal przyleciała prosto z Nowego Jorku, gdzie niedawno ukończyła The New School, uzyskując wykształcenie jazzowe ze specjalizacją w grze na perkusji. Jak zatem wyglądała jej droga do ojczyzny jazzu? Jak twierdzi artystka, “życie daje wiele szans na to, by realizować swój potencjał. Ważne jest, czy mamy odwagę podjąć to wyzwanie”. Piotrowska szkołę muzyczną I stopnia ukończyła w klasie fortepianu. Jej miłość do perkusji przyszła dość późno i zupełnie niespodziewanie. W rodzinnym mieście Lubinie została zaproszona przez kolegę na jedną z prób jego zespołu, podczas której wręczono jej perkusyjne pałeczki i zaproponowano, by zagrała. Nie był to jeszcze jazz, a muzyka rockowa, ale gorące uczucie do instrumentu zawładnęło nią natychmiast, choć przecież nie jest to instrument typowo kobiecy. “Doznałam nawrócenia” – wspomina. Kolejnym krokiem stały się prywatne lekcje gry w Lubinie. Tak naprawdę jazz odkryła po przyjeździe do Wrocławia, gdy rozpoczęła naukę w Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Zbigniewa Czwojdy w klasie Zbigniewa Lewandowskiego. Muzyka ta dała jej wolność w wyrażaniu swoich emocji, w wyrażaniu siebie. Równocześnie Dorota studiowała  filologię romańską na wrocławskim uniwersytecie. Po ukończeniu szkoły postanowiła jednak podążać za muzyczną pasją i wstąpiła do Conservatorium van Amsterdam. Tam poznała swojego mentora Ralpha Petersona, który zainspirował ją do tego stopnia, że postanowiła przenieść się do Groningen w Holandii, by studiować pod jego okiem. I jak to bywa, podjęta przez nią decyzja wywarła bezpośredni wpływ na kolejny wybór kierunku drogi zawodowej. Tygodniowa wycieczka do Nowego Jorku z Petersonem zaowocowała dołączeniem przez Dorotę do programu wymiany studentów na Long Island University. Stamtąd trafiła do The New School.

Każda decyzja perkusistki wymagała od niej wiele siły, samozaparcia, wiary we własne możliwości i odwagi w realizacji swoich planów. Jak twierdzi artystka, “to jedyna droga, która daje nam poczucie szczęścia, harmonii i wewnętrznego spokoju”. Dodaje również, że podczas podejmowania ważnych wyborów życiowych, podczas chwil zwątpienia wspierały ją i czuwały nad nią, jak to określa, “dobre duchy” w postaci mamy, pierwszej nauczycielki języka francuskiego, perkusistów Ralpha Petersona oraz Nasheeta Waitsa, od których otrzymała dar wiary w siebie. Od czasu, gdy w 2010 roku przyjechała do USA, Piotrowska grała już w Carnegie Hall z kompozytorem klasycznym Bobem Chilcottem, a także w Avery Fisher Hall w Lincoln Center u boku Willa Todda i pod dyrekcją Eleny Sharkovej. Występowała również z takimi sławami jazzu, jak George Garzone, wspomniany Jeremy Pelt, Lonnie Plaxico, Rory Stuart, Sam Newsome, Stacy Dilliard, Mike Rodriguez, Lafayette Harris, Benito Gonzales, Anthony Wonsey, Eric Wyatt, Greg Lewis, Carlo De Rosa i The Curtis Brothers. 

Zapytana o plany na przyszłość, młoda perkusistka wymienia rozpoczęcie kolejnych studiów w Nowym Jorku (tym razem mają to być stosunki międzynarodowe w City College of New York) oraz nagranie płyty z własnym zespołem, który łączy neo-bop i rytmy latynoskie, tworząc progresywne, eklektyczne brzmienie. Do rodzinnego kraju przyleciała na krótko, by, po raz pierwszy zresztą, zagrać na wrocławskim festiwalu.
Podczas tegorocznego Jazzu nad Odrą muzycznym występom, konkursowi i jam sessions towarzyszyły również: pokaz mody jazzowej, wystawa malarstwa Roberta Żytyńskiego oraz wystawa plakatów festiwalowych wykonanych przez studentów wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wyłoniony w konkursie plakat autorstwa Tomasza Czyżkowskiego stał się znakiem rozpoznawczym tegorocznej edycji.
49. Jazz nad Odrą przez krytyków uznany został za najciekawszy od wielu lat. Festiwal ukazał wiele twarzy tego gatunku muzyki, skupiając przy tym artystów grających na najwyższym, światowym poziomie. Wiele koncertów zakończyło się owacjami na stojąco, a wrażenia pozostaną jeszcze długo w pamięci publiczności. Zatem kwiecień w stolicy Dolnego Śląska można uznać za udany, parafrazując słowa poety: “Wiosna we Wrocławiu jazzem stoi”.

Autor: AGATA ADAMCZYK