Wrony są wszędzie

22

Przed końcem roku porządkuję zaległą korespondencję. Dzisiaj natrafiłem na emalię od przyjaciela z Vancouver, nadającą się jak ulał na świąteczną przypowieść – do czytania i dumania przy choince o mądrości stworzeń boskich, w tym przypadku wron.

Miasta świata słyną ze swoich ptaków – pisze Roman Sabo: Wenecja i Kraków z gołębi, Porto z rozśpiewanych kanarków, Lizbona z rozwrzeszczanych papug, Londyn z kruków gnieżdżących się w londyńskiej Tower. A miasto, w którym mieszkam, zostało podbite przez wronę. Dokładniej – corvus brachyrhynchos caurinus, wielkości naszego gawrona, upierzoną na czarny, metalizujący kolor. Wrony są wszędzie, a ich ogromna gromada, zlatująca się co wieczór na jednym z przedmieść, budzi zgrozę nie tylko w tych nielicznych obserwatorach, którzy pamiętają Ptaki Hitchcocka.

Wrony, podobnie jak bociany, wracają do swoich gniazd. Zjawiają się wczesną wiosną i zaczynają wielkie porządki. Usuwają cały gruz i złom, którym wypełniły gniazdo rok wcześniej, zabezpieczając je w ten sposób przed inwazją mniejszych ptaków. Z gałęzi splatają kolejną zewnętrzną warstwę, a wnętrze wyściełają trawami i puchem z piór. Matka wysiaduje jajka przez prawie trzy tygodnie, podczas których karmiący ją ojciec uwija się jak w ukropie. Początkowo nie reagują na obecność twarzy za szybą okna, na wysokości którego uwiły gniazdo. Dopiero po wykluciu się wroniąt zaczynają okazywać agresję: rwą kawałeczki liści i plują nimi w stronę patrzącego. Ponieważ posiadają umiejętność zapamiętywania i rozpoznawania twarzy, często pikują z drzewa atakując intruza. A ile przy tym wrzasku i wymachiwania skrzydłami, głośnej agresji i bitewnego zapamiętania!

Małe, czerniejące z dnia na dzień w miarę przybierania upierzenia, mają wielkie, jaskrawe, czerwone jak środek tarczy, wiecznie otwarte gardziele, w które zapracowani rodzice pakują co chwila zdobywane w okolicy pożywienie. Opierzone i uskrzydlone, zaczynają ciągnące się tygodniami lekcje wroniego życia.

Pierwszy krok to wyjście z gniazda na podpierającą je gałąź. Nauka utrzymywania równowagi i posługiwania się skrzydłami trwa kilka dni. Lekcja zdobywania pożywienia polega na powtarzaniu gestów rodziców: przyłożenie dzioba do znalezionego posiłku, otwarcie, ujęcie w kleszcze, odrzucenie lub połknięcie. Bardzo często znajdują jedzenie na asfalcie ulic. Tutaj młode narażone są na śmiertelne niebezpieczeństwo. Przemyślność wron ma, niestety, swoje granice. Na widok człowieka przyglądającego się ich potomstwu podnoszą wielki rejwach, biją skrzydłami, agresywnie kraczą, w końcu celują wyciągniętym jak lanca dziobem prosto w głowę intruza. Podobnie reagują na koty, psy czy wszechobecne tutaj tchórze i szopy pracze. Natomiast nie wypracowały jeszcze systemu ostrzegającego niezborną młódź przed niebezpieczeństwem związanym z samochodami. Same odlatują, często w ostatniej chwili, jak gdyby wielkie żelastwo na kołach niczym im nie groziło. Młódź, całkowicie obojętna na nierozpoznawalne odgłosy sunących po asfalcie opon, szumiącego silnika, ginie.

Odczucia wroniej rodziny po śmierci nieupilnowanego wronięcia pozostaną na zawsze tajemnicą, jeszcze jednym dowodem na to, że obserwacja ma swoje granice, a świat ludzi i ptaków tylko z pozoru wypełnia tę samą przestrzeń. Jak opisać niestnienie? Brak, nieobecność, która wzbudza poczucie utraty, czy natychmiastowe przejście do porządku dziennego nad zmianą sytuacji? Fantom, zarys, zgęszczenie powietrza, mechaniczne powtarzanie zachowań, które jeszcze przed chwilą miały sens, czy nagłe, jak nożem ciął, porzucenie? Ból, wyrzuty ptasiego sumienia czy natychmiastowe zwycięstwo tego, co my, ludzie, mamy naturze najbardziej za złe – victoria nieludzkiej obojętności? Zamiast antropocentrycznych domysłów – obraz walki powietrznej, częstej na nadmiejskim niebie: wielki kołujący orzeł atakowany jest od ogona przez chroniącą gniazdo wronę, tak zdeterminowaną i napastliwą, że większy od niej drapieżnik woli salwować się ucieczką, niż ryzykować utratę piór.

Najciekawsze są chyba lekcje głosu. Ciągną się całymi dniami i to chyba z ich powodu wrony nie cieszą się zbytnią popularnością wśród ludzi: ich krzyk potrafi być i głośny, i agresywny, i bezustanny. No cóż, zdaje się być ich najskuteczniejszą bronią masowego rażenia, toteż rodzice nie szczędzą wysiłków podczas lekcji obsługi. Ich głośne, agresywne, wielokrotnie powtarzane KRRRRA, KRRRAAA w gardłach potomstwa to ciche, niepewne, miękkie jak puch k r r r aaa, z wydechem na a i bardzo płaskim, pozbawionym wibracji r. Cierpliwość wronich rodziców nie ma sobie równych, lekcje ciągną się całymi dniami, a baczny obserwator nie może nacieszyć oczu i uszu tą splatającą się w warkocz istnienia lekcją mocnego głosu doświadczenia i delikatnego, niepewnego siebie głosu wroniego dzieciństwa. A wnioski z tych obserwacji snują się po głowie jak nici babiego lata po powietrzu.

Tyle dr Sabo. W imieniu jego i swoim życzę Czytelnikom spokojnych świąt!

Autor: MAREK KUSIBA