Wszystkich nas Kresy dotyczą

0
0

A jest to lektura ponad 500 stron tekstu bogato ilustrowanego fotografiami ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego oraz z Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona.
Znakomity krytyk literatury, autor książek, jak Miłość nie jest nam dana, Żydzi, Sowieci i my, Lekcja historii najnowszej, Nie uciec nam od losu, tym razem pokazuje nam przeróżne wątki i tematy – wszystkie zgromadzone wokół Kresów. Nowa książka to zbiór szkiców literackich, jak malarskie obrazy pokazujących sylwetki Polaków powiązanych mniej lub bardziej z Kresami. Autor przedstawia sylwetki około 100 twórców – poetów i pisarzy, wielkich, sławnych, mało znanych i takich, o których czytamy po raz pierwszy. Podani w alfabetycznym porządku, stoją obok siebie równi, nieważne, czy są w panteonie, dostali Nobla, czy po raz pierwszy się o nich dowiadujemy. Podoba mi się ta różnorodność i nadana równość.

Niektórych – mimo ich wybitnych dzieł – nie przypominano w PRL, jak np. Józefa Weyssenhoffa. Szkic o nim został zatytułowany słowami pieśni myśliwskiej z XVII wieku: Pojedziemy na łów. Motyw literacki tej pieśni wykorzystał Weyssenhoff w Sobolu i pannie (1911), powieści, która jak pisze Masłoń, jest prawdziwym kresowym arcydziełem.

W książce przywołany został także Zygmunt Nowakowski, autor Gałązki rozmarynu (1937), o którym to widowisku w PRL nie można było nawet wspomnieć, bo sławił czyn legionowy. Autor żyjący na emigracji, piszący w Wiadomościach Polskich i Dzienniku Polskim, przez całe lata był przemilczany.
Masłon przypomina, że winniśmy cześć Zofii Kossak: i za Pożogę, i za Krzyżowców, wybitną powieść historyczną, i za postawę w czasie okupacji hitlerowskiej (była współzałożycielką Żegoty, przeżyła Oświęcim, walczyła w powstaniu warszawskim), wreszcie za dumne “nie”, gdy w 1964 roku podpisała List 34 w obronie wolności słowa i, dwa lata później, kiedy odmówiła odebrania przyznanej jej Nagrody Państwowej 1 stopnia.

Puklerz Mohorta jest książką w swoisty sposób… magiczną. Reagujemy na nią niemal emocjonalnie, niezależnie, czy sami mamy – czy nie – związki z Kresami. Wywołuje tęsknotę, przywołuje czar, urok gdzieś zakorzeniony nawet u ludzi niemających tradycji kresowych. Widzimy bowiem, że… wszystkich nas Kresy dotyczą. Krzysztof Masłoń ma korzenie wileńskie po ojcu. Jak pisze: “Ojciec studiował prawo na Uniwersytecie im. Stefana Batorego, żył nad Wilią w latach trzydziestych, uczył się tam, pracował, spędzał czas z kolegami korporacyjnymi z «Conradii», pewnie przeżywał swoje pierwsze romanse. Ale nie mówił wiele o tym mieście, nie interesowało go, co się tam działo, ani też po wojnie tam nie pojechał. Może więc «swojego» Wilna nauczyłem się inaczej? Od Mickiewicza i braci Mackiewiczów, od Słowackiego, a pewnie i od Miłosza czy Konwickiego”.

Przy innej okazji przywołuje swoją stryjenkę Julię Masłoń, która była komendantką ośrodka w Ain-Karem, “tego «Gniazda Lecha», funkcjonującego w latach 1942-1947 w Palestynie”.

Książka raz po raz przedstawia nam fragmenty biografii… a jakież są to biografie, jakież polskie dramatyczne losy! Szkic o poecie Kazimierzu Hałaburdzie tak się kończy: “Po zajęciu Wilna przez Sowietów zostaje aresztowany i wywieziony do kołchozu Krasnyj Partizan w Kirgizji. Po podpisaniu układu Majski-Sikorski usiłował dostać się do armii polskiej. «Ten żylasty, wytrenowany chłop – pisał Jasienica w Pamiętniku – ledwie dał radę dowlec się do miejsca, gdzie się skupiał korpus Andersa, i umarł tam z wycieńczenia»”. Jak ustalił Andrzej A. Kunert, było to 7 marca 1942 roku.

Książki nie można odłożyć dla wielu przytaczanych w niej cytatów. Szkic Barbarzyńcy na ulicach. Bruno Schulz Krzysztof Masłoń zaczyna: “Ostatnie oddziały polskie widziano w Drohobyczu 17 września 1939 roku, w niedzielę. Następnego dnia weszli Niemcy, nie na długo. W sobotę po południu drohobyczanie zobaczyli na ulicach żołnierzy Raboczo-Kriestianskoj Krasnoj Armii”. I dalej cytat za Jerzym Drobiszewskim, uczniem Schulza: “Szli ósemkami bardzo ciasno, jakby sprasowani, na głowach mieli «budionki», na plecach «sumki», karabiny z bardzo cienkimi bagnetami, a u dołu szarych płaszczy wisiały nici. Przy pierwszej ósemce szedł «zapiewajło» zagrzewający do śpiewu. W Rynku Niemcy przekazali miasto Sowietom, a orkiestry wojskowe obu «największych przyjaciół» odegrały «Deutschland, Deutschland», oraz «Internacjonal».”

Interesujące, nieraz poruszające są własne wypowiedzi autora i przypomnienia wypowiedzi innych. Tadeusz Konwicki zwierzał się, że tęskni “do biednej, wolnej, przyjaznej nam Ukrainy, którą my kiedyś zaraziliśmy łacińskością, a ona nas Wielkim Wschodem”
W szkicu o Waldemarze Łysiaku Masłoń przytacza jego słowa: “W historii – prócz śmierci biologicznej człowieka – nic nie ma «na zawsze». Na zawsze było imperium faraonów, na zawsze było imperium perskie oraz imperium rzymskie. Imperium Habsburgów. III Rzesza miała trwać tysiąc lat… Historia jest nieprzewidywalna, gdyż jest rodzaju żeńskiego. Więc nie mówcie mi, że Lwów już nigdy nie będzie nasz. Bo wszystko jeszcze może się zdarzyć…. Za 50 lat, za 100 zim, za 300 wiosen – prędzej czy później. Jestem równie cierpliwy, jak historia jest nieprzewidywalna i pomysłowa”.

Wzmianki natomiast o żydowskim pochodzeniu Mickiewicza, które się pojawiały (podobnie jak o Słowackim i Chopinie), autor Puklerza Mohorta komentuje: “Dajmy spokój tym bredniom. W końcu plotki o żydowskości Mickiewicza narodziły się już w latach 40. dziewiętnastego stulecia. Genealogia Adama Mickiewicza po kądzieli zaczyna się następująco (cytuję wielkiego znawcę Mickiewicza Janusza Odrowąż-Pieniążka): «Barbara z Majewskich Mickiewiczowa była córką Mateusza, występującego w aktach jako rotmistrz nowogródzki, żonatego z Anną Orzeszkówną, córką wojewody mielnickiego, zmarła w Nowogródku 11 IV 1798 roku w wieku lat 60. Mateusz Majewski był właścicielem części folwarku Rowiny, który potem odstąpił bratankowi Józefowi». I tak dalej, i tak dalej: «dworskich Żydów, Żydów tureckich ani frankistów – pisze Janusz Odrowąż-Pieniążek – w tej genealogii nie ma»”.

Masłoń cytuje Michała K. Pawlikowskiego, autora książki Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego, który nie lubił wyrażenia “Kresy” ani “Ziemie Wschodnie”. Przypominał, że do 1914 roku mówiło się Polska albo Rzeczpospolita Obojga Narodów, albo Korona i Litwa. Po roku 1918 ograniczono pojęcie Litwy do małego obszaru dawnej guberni kowieńskiej, a pojęcie “«litewski» do jakiegoś miliona ludzi posługujących się wyłącznie językiem litewskim”. W tytułowym szkicu Puklerz Mohorta Krzysztof Masłon przywołuje słowa Wincentego Pola: “Kresy oznaczały tedy w istocie linie wojskowego pogranicza od Kozaczyzny i Ordy tatarskiej, siedzących podówczas jeszcze na ujściu Dniepru i na dolnym Dniestrze”.

W Górze Królowej Bony wzrusza przypomnienie niezwykłej czci oddanej naszemu romantykowi Juliuszowi Słowackiemu, jaką było w 1927 roku przeniesienie prochów poety z Paryża do Krakowa, gdzie Piłsudski kazał pochować go w krypcie królewskiej na Wawelu. Uroczystości związane z transportem i pochówkiem były wyrazem wielkiej chwały dla wielkiego poety. Taki hołd złożony literaturze nigdy się nie powtórzył.

Interesujące jest zaznaczenie autora omawianej książki, że chociaż Kresy dla wielu wciąż pozostają utraconą Atlantydą i patrzymy na nie przez pryzmat Wilna i Lwowa, poezji romantycznej, piękna pejzażu, urody szlacheckich dworków, takich jak w Mickiewiczowskim Soplicowie, to ta idylliczna wizja odległa jest od prawdy. Masłoń przytacza szkic Danuty Sosnowskiej Widziane inaczej: o kulturze i odmienności patrzenia. Duże wrażenie robi przypomnienie, jak zobaczył Galicję Czech, historyk i publicysta Karel Vladislav Zap, którego książka Cesty a prochazky po halicke zemi, wydana w 1844 roku, wywołała oburzenie we Lwowie, była natomiast ważną lekturą dla Ukraińców. Zap na Kresach zobaczył współczesną Sodomę i Gomorę, odrazą napełniały go brudne żydowskie karczmy, w których nocował i jadał. Pisał o okolicach malarycznych i biednych, widział przede wszystkim głębokie cywilizacyjne zaniedbanie.

Podobnie biedę, brak higieny osobistej i stan zdrowotny, jak np. dzieci porażone i cierpiące na zakaźne przewlekłe zapalenie spojówek – jaglicę – pokazywał w swoich reportażach sprzed wojny Melchior Wańkowicz. Książka Anoda i katoda roi się od dramatycznych obrazów, które wielki reporter odnotowuje.
Może więc najprościej i najpiękniej za związanym z Wilnem Władysławem Syrokomlą zanucić jego Pieśń wieczorną: Po nocnej rosie/ Płyń wdzięczny głosie./ Niech się twe echo rozszerzy, /Gdzie nasza chatka, Gdzie stara matka,/Krząta się koło wieczerzy…

Autor: ALEKSANDRA ZIÓŁKOWSKA-BOEHM