Wszystko co masz

16

Rzecz zaczyna się tak naturalnie i zwykle, że nie mogę sobie przypomnieć pierwszej sceny. Jest pamiętliwa tylko w swej niedramatyczności: zbiera się rodzina na wspólne święta, trochę zamieszania i ciepła miłych przywitań, urywki rozmów, prezenty…

Tym razem rodzina Blake'ów spotyka się na tradycyjne Thanksgiving w nowym mieszkaniu młodszej córki, Brigid, i jej partnera Richarda, na dole Manhattanu. Rodzice, Erik i Deirdre Blake, przyjechali ze Scranton w Pensylwanii, starsza córka, Aimee, z Filadelfii. Widać, że rodzina jest zżyta, lubią się nawzajem, spotykają wspólnie może nie często, lecz z przyjemnością.

Nic niby nie ma szczególnego w tych scenach otwierających nową sztukę Stephena Karama The Humans. Ludzie zwykli, gesty rozpoznawalne, rozmowy o codziennych sprawach. Ale tak sobie zgrabnie odbijają wzajemnie piłeczkę, że natychmiast wciągają nas w swe kłopoty i przyjemności. Uwagę przykuwa już sama scenografia Davida Zinna: rekonstrukcja odnowionego mieszkania kuszącego obietnicą świeżej farby i nowej kuchenki, ale nadal ciasnego, z niewygodnym układem pomieszczeń, jak to typowe w przeróbce starej rudery w dzielnicy wkraczającej w okres gentryfikacji.

Mieszkanie jest dwupoziomowe, lecz to luksus udawany, bo drugie piętro, na dole, jest po prostu przerobioną piwnicą. Dochodzą tu odgłosy poszczękiwania windy czy stukot czyichś kroków nad głową. A także hałasy dziwniejsze, nierozpoznawalne i natężające się z upływem czasu: pohukiwania jakiś maszyn. Gwałtowne walenie nie wiadomo czym w sufit. Głuchy huk, jakby nagle pękał cały gmach rzeczywistości.

Coraz to zauważamy tu wyrazisty nowy szczegół: rower zawieszony na ścianie, bo nie zmieściłby się w przejściu. Papierowe kubeczki, bo młodzi dopiero się urządzają, ale także bo z forsą krucho. Grube kraty w oknach. Brigid przekonuje rodziców, że w dzielnicy bezpiecznie, ale kraty potrzebne. Za oknem ciemno, mimo że jeszcze dzień, bo tylko minimalne światło dochodzi do wąskiego podwórka, właściwie prześwitu między czynszówkami.

Szybko też odkrywamy, że równie wiele dzieje się na płaszczyźnie mało widocznej dla oka, lecz uchwytnej uchem –  w tamtych odgłosach dochodzących z zewnątrz, w muzyce rozmowy i obszarach milczenia. Słychać całą skomplikowaną rodzinną dynamikę – w lekkiej przyganie. W przemilczeniach. W cichej solidarności. W gniewnym, a bez sensu wybuchu „Momo”, matki Erika, kiedyś życzliwej wszystkim i pracowitej, teraz otępiałej demencją i unieruchomionej na wózku.

Poszczególne elementy składają się w całość jednocześnie naturalną i sugestywnie symboliczną. Wielka to sztuka osiągnąć taki balans. Wyrazistość graficzna splata się z wielowątkowym słowem, podawanym w nieustannie zmiennych rytmach. Akcja przenosi się z miejsca na miejsce, odgrywa równolegle, w kontrapunktach. Na górze Aimee rozmawia przez telefon, obserwowana milcząco przez ojca. Na dole rozgrywają się równocześnie dwa duety, różne w wymowie: Brigid i Richard dzielą czuły moment w kuchni. Nieopodal Dierdre stara się wyciszyć niespokojną „Momo”. Takie splecenie rozbieżnych wątków i poddanie aktorom odpowiedniego tonu jest ogromnym osiągnięciem reżysera Joego Mantello. W bogactwie inscenizacji, w perfekcji solowej i zespołowej gry, przedstawienie zbliża się do rozmachu opery.
Każda z postaci nabiera wymiarów pełnej osobowości, po ludzku słaba i po ludzku silna. Każda też dźwiga dzielnie i godnie swój własny bagaż. Lecz obserwujemy, jak zaciskają się pętle kłopotów finansowych. Erik, kiedyś ostoja dla wszystkich, po 30-latach solidnej pracy sam potrzebuje wsparcia: „Myślałem, że w moim wieku będę już, wiesz, spokojnie urządzony, ale nie, skądże, nie ma końca… hipoteka, raty za samochód, internet, teraz znów pralka nam wysiadła… Czy nie sądzisz, że życie powinno być mniej kosztowne?… Nie myślałem, że może być tak drogie”.

Deirdre martwi się o córki, bo Aimee zmaga się z przewlekłą chorobą, a Brigid, ambitna jako kompozytorka, nie może znaleźć stałej pracy, a więc i spłacić studenckich pożyczek. Sama Deirdre zresztą ugina się pod trudami obowiązków – nisko płatnej pracy w biurze i opieki nad matką Erika. Niewiele pociechy w tym, jak pisze w e-mailach do córek, że „na poziomie cząstek elementarnych wszystko jest chaotyczne i niestabilne”.

Zaczęłam od tego, że nie pamiętam szczegółów początku opowieści Stephena Karama. Bowiem te szczegóły nie są tak ważne. Można zmienić nazwisko rodziny. Można zmienić dzielnicę czy miasto, gdzie młodzi mieszkają, albo trudności, z którymi konfrontują się starsi. Kontury dramatu rysują się jednak mocno, z uniwersalnym wydźwiękiem. Jak sobie radzić wobec ostrych zakrętów losu i kruchości codzienności. Wobec odgłosów z zewnątrz powiewających nie w pełni rozpoznawalną grozą. Wobec świadomości, jak to Erik odkrywa, że „wszystko co masz, znika”.

Gdy gaśnie żarówka, gdzieś w łazience czy przedpokoju, nikt się tym nie przejmuje. Daje to tylko okazję do udanego żartu. Potem gaśnie następna. I znów śmieją się bohaterowie na scenie i my razem z nimi. Nie zmienia to jednak faktu, że w mieszkaniu Brigidy i Richarda robi się coraz ciemniej. Pod koniec sztuki pustą scenę ogarnia ogrom ciemności. Sala pozostaje przez długą chwilę w absolutnej ciszy. Jakby kosmos pochłonął Blake'ów, ich zmartwienia i radości, ich małe kłótnie i wielkie nadzieje. Jakby razem z nimi pochłonął także nas.
The Humans jest prawdziwie ludzką komedią: śmieszną w błahostkach, solidarną w smętkach, z tragicznym podtekstem. Dobrą na wzruszenie i pomyślunek, ze spojrzeniem w przeszłość i ku niepewnemu jutro.

*
Z ukłonem wobec zbliżającego się świąteczno-wakacyjnego okresu wspomnę jeszcze o innej komedii, odmiennej w tonie i wymiarze. Misery odwołuje się do popularności sensacyjnych książek Stephena Kinga oraz aktora Bruce'a Willisa, znanego z bogatej kariery filmowej. Kto podziwiał go w rolach u Quentina Tarantino (Pulp Fiction), Terry Gilliama (12 Monkeys), M. Nighta Shyamalana (The Sixth Sense) czy Wesa Andersona (Moonrise Kingdom), lub jako detektywa Johna McClane'a w filmach z serii Die Hard, ma okazję zobaczyć go na „żywo”, w roli jakby celowo w kontraście do tamtych aktywnych i wyczynowych bohaterów.
Jako Paul Sheldon, autor sentymentalnych bestsellerów, Willis pozostaje w dużej mierze w bezruchu, unieruchomiony niefortunnym wypadkiem samochodowym oraz perfidnym spiskiem przygotowanym przez Annie Wilkes, bezgraniczną wielbicielkę jego powieści. Laurie Metcalf nadrabia brawurową grą ociężałość pokiereszowanego pisarza, i oboje aktorzy, razem bawiąc się nieźle, dostarczają także widzom sporo mocnych wrażeń.

Stephen Karam The Humans. Reżyseria: Joe Mantello; scenografia: David Zinn, kostiumy: Sarah Laux, oświetlenie: Justin Townsend, inżynieria dźwięku: Fitz Patton. Występują: Cassie Beck (Aimee Blake), Reed Birney (Erik Blake), Jayne Houdyshell (Deirde Blake), Lauren Klein (Fiona „Momo” Blake), Arian Moayed (Richard Saad) oraz Sarah Steele (Brigid Blake). Roundabout Theater Company, premiera 25 października, przedstawienia do 3 stycznia, w Laura Pels Theatre 111 W. 46 St., przy Avenue of Americas.
William Goldman Misery, na podstawie powieści Stephena Kinga. Reżyseria: Will Frears; scenografia: David Korins, kostiumy: Ann Roth, oświetlenie: David Weiner, inżynieria dźwięku: Darron L. West, muzyka: Michael Friedman, choreografia walki: Rick Sordelet & Christian Kelly-Sordelet. Występują: Leaon Addison Brown (Buster), Laurie Metcalf (Annie Wilkes) i Bruce Willis (Paul Sheldon). Premiera 15 listopada, przedstawienia do 14 lutego, 2016, w Broadhurst Theatre 235 W. 44 St., przy Broadwayu.

Autor: GRAŻYNA DRABIK