Wyczerpałem limit szczęścia

28

Z Wojciechem Jagielskim – reportażystą, korespondentem wojennym, pisarzem – rozmawia Anna Arciszewska.

– Proponuje pan czytelnikom w Stanach Zjednoczonych kolejną książkę – “Wypalanie traw”. W Polsce ukazała się już jakiś czas temu i zachwyciła. Amerykański czytelnik dopiero ma szansę ją poznać. O czym opowiada?
– Przede wszystkim chodzi o wielką transformację, która dokonała się w Republice Południowej Afryki, a konkretnie – od apartheidu do demokracji. Pokazuję ją przez pryzmat zwykłych mieszkańców małych miasteczek położonych na południu kraju, gdzie przez lata rządził biały farmer Eugene Blanche. Budził on paniczny wręcz strach wśród murzyńskiej społeczności. W końcu oszukani przezeń robotnicy wymierzyli mu sprawiedliwość i zamordowali go, a później sami oddali się w ręce policji. Spędziłem kilka miesięcy wśród mieszkańców Ventersdorp i Tshing. Wysłuchałem relacji zarówno białych, jak i czarnych, i przedstawiłem poglądy obu stron. Przez niuanse obyczajowe, a także toczące się w czasie mojego pobytu tam wydarzenia – proces, morderstwo – staram się wprowadzić czytelnika w szerszy wymiar opisywanych zjawisk. Republika Południowej Afryki to kraj ciężko doświadczony apartheidem, zmuszony do budowania swojej państwowości niejako od podstaw. Zwykli mieszkańcy bardzo pragną tej zmiany, chcą być wolni, a jednocześnie ogromnie się jej boją. Trzeba pamiętać, że ta transformacja na poziomie indywidualnym, ludzkim, jest o wiele trudniejsza, niż ta dokonywana w politycznych gabinetach czy przy okrągłych stołach.

– Od ponad 25 lat jest pan naocznym świadkiem ważnych wydarzeń politycznych nie tylko w Afryce, ale i Azji. Opisywał pan konflikty zbrojne na przykład w Afganistanie, Czeczenii i Gruzji. Czy był taki moment w pana pracy, kiedy pomyślał pan: tym razem nie uda mi się wrócić do domu, zginę?
– Wiele razy znalazłem się w sytuacji zagrożenia. Wiele razy widziałem, jak ktoś do kogoś strzela, ktoś ginie, a ktoś inny zostaje ciężko ranny. Starałem się jednak o tym nie myśleć, by strach nie wygrał ze mną, bo to oznaczałoby, że więcej nie mogę pojechać w rejony objęte wojną. Zresztą zauważyłem, że wielu z nas – reporterów wojennych czy fotografów – sądzi, że ma kilka żyć, jak w grze komputerowej. To nie oznacza, że nie zdajemy sobie sprawy ze śmiertelnego zagrożenia, jakie może na nas czekać, gdy wysiadamy z samolotu i ruszamy do pracy. To bardziej oznacza, że jakoś naiwnie wierzymy, iż nam nic się nie stanie, że będziemy mieć szczęście. Doskonale wiemy, że niektórzy z nas się przeliczyli. Ja taki moment, w którym pomyślałem, że jest bardzo, ale to bardzo źle i że chyba zostawiam właśnie Grażynę, moją żonę, i synów, miałem podczas przygotowywania relacji z wojny gruzińsko-rosyjskiej. Razem z moim fotografem Robertem Kowalewskim chcieliśmy podjechać, jak zwykle, jak najbliżej linii frontu, ale zagadaliśmy się i wjechaliśmy za daleko, bo do południowej Osetii. Uspokoiło mnie to, że na poboczu zobaczyłem samochód Agencji Reutera, a zawsze uważałem, że tam, gdzie oni są, gdzie jest Associated Press czy inna agencja, należy być. Później dopiero okazało się, że auto zostało porzucone kilka dni wcześniej. Wysiedliśmy z samochodu i w pewnym momencie z doliny wyleciał rosyjski helikopter, tak jak na filmie, a za chwilę padły strzały, które były bardzo prawdziwe. Mój kolega fotoreporter z kierowcą pobiegli w jedną stronę, tę dobrą stronę, do samochodu, i udało im się szczęśliwie odjechać. Ja natomiast pobiegłem w drugą stronę i zostałem na miejscu. Sam.

– Trudno zadać w tym momencie jakiekolwiek pytanie, ale jak udało się panu przeżyć?
– Najpierw próbowałem dobiec do jakiejś chałupy, ale nie zdążyłem. Schowałem się więc za oplem corsą. Pamiętam, że to był metalic, taki sam ma mój ojciec, i zacząłem esemesować do Roberta, aby jakoś powiadomił Rosjan, że strzelają do dziennikarza. To był pierwszy raz, kiedy to ja byłem celem, a nie tylko obserwatorem wymiany ognia. Pierwszy raz, kiedy to do mnie strzelano czy też we mnie starano się trafić. To wszystko trwało potwornie długie dwie godziny.

– O czym się myśli w takich chwilach?
– Do głowy przychodzą wszystkie takie myśli, które, niestety, osłabiają racjonalne myślenie. Człowiek – po pierwsze – uświadamia sobie absurd całej tej sytuacji, zaczyna sobie zadawać pytania typu: po co mi to było? Po co tutaj przyjechałem? Po co w ogóle wykonuję ten zawód? Przecież już nigdy nie uda mi się zobaczyć bliskich – ukochanej żony, synów. Przez chwilę leżałem na ziemi, miałem sucho w gardle i bezgłośnie wyłem, że zostawiłem Grażynę i chłopaków.

– Jest pan osobą wierzącą? Modlił się pan wtedy?
– Nie, nie było czasu na modlitwę. To znaczy może i czas był, ale nie chciałem tego robić, bo oznaczało to poddanie się. Modlę się, to znaczy, że jest już po wszystkim i jedynym ratunkiem jest to, żeby Bóg mnie wziął do siebie od razu, a nie zostawił w jakimś czyśćcu przez parę lat, na przeczekanie. Natomiast na szczęście włączył się we mnie – może Opatrzność to właśnie zrobiła – taki racjonalny sposób myślenia. Dodam jeszcze, że jak na ironię losu, dźwięk, który miałem ustawiony w telefonie, gdy dostawałem SMS-y, był fragmentem piosenki All Along the Watchtower Boba Dylana – i z każdym SMS-em wysyłanym do mnie przez fotografa odzywał się Dylan z pocieszeniem „There must be some way out of here said the Joker to the Thief”, czyli “musi być stąd jakieś wyjście, powiedział błazen do łotrzyka”, po czym padały strzały. W tak kretyńskiej sytuacji się znalazłem.

– Jak udało się panu z niej wydostać?
– W końcu zdałem sobie sprawę, że nie uratują mnie Rosjanie, że nie ma mowy o jakimś porozumieniu ze strzelającymi do mnie. Nawet nie wiedziałem, kim oni są. Jedynym wyjściem było przebiegnięcie fragmentu drogi i przeskoczenie dwumetrowego muru. Strach na chwilę ustąpił miejsca złości i w pewnym momencie pomyślałem sobie: biegniesz! Udało się, ale po tym wydarzeniu dużo się zmieniło. Strach już pozostał chyba na zawsze. Uświadomiłem sobie też, że wyczerpałem limit szczęścia albo bardzo zbliżyłem się do śmiertelnej granicy i nie chcę już więcej ryzykować. To była moja ostatnia wojna.

– Panu udało się wrócić z tych kilkudziesięciu wyjazdów wojennych zdrowym fizycznie i też psychicznie, żona nie miała tyle szczęścia. Nie była na wojnie, ale trafiła do zakładu psychiatrycznego. Przegapiliście ten moment, kiedy należało skończyć wyjazdy, by nie narażać rodziny?
– Na pewno. Ale to też nie było tak, że o pracy decydowałem sam. To była nasza wspólna decyzja, że jestem reporterem wojennym. Dopiero po latach okazało się, że Grażyna fatalnie to znosiła, ona też nie zdawała sobie sprawy z tego, że tyle ją kosztują moje wyjazdy. Wydawało się nam, wręcz byliśmy pewni, że sobie z tym świetnie poradzimy. Przeliczyliśmy się…

– Opowiadał pan w domu o tym, co działo się na froncie?
– Tak. Uznałem, że najgorszy jest strach, który ma wielkie oczy, zresztą żona też tak sądziła. Po co ma się domyślać, co się tam dzieje, słuchać jakiś bzdur, które na przykład opowiadają dziennikarze w telewizji. Wracałem więc z wojny i absolutnie wszystko, ze szczegółami, opowiadałem Grażynie. Później dawałem jej do przeczytania moje artykuły. Po latach okazało się, że zrzucając na nią te potworne obrazy dokonywałem swoistej terapii i to ona wylądowała w klinice psychiatrycznej, podobnie jak Krzysztof Miller, który towarzyszył mi w większości wypraw, a nie ja. Pewnie naturalną koleją rzeczy by było, abym to ja trafił do psychiatryka razem z nim, ale zamiast mnie trafiła żona. Nieco lepiej mieli synowie, bo byli zbyt mali, by sobie do końca zdawać sprawę, co tacie grozi w pracy.

– Przejmująca i bardzo na czasie jest pana najnowsza książka, która kilka tygodni temu ukazała się w Polsce, a chodzi mi o “Wszystkie wojny Lary”. Trudno było namówić Czeczenkę do tak osobistych zwierzeń?
– Nie, ale nie dlatego, że jestem jakiś wyjątkowy pod tym względem, tylko dlatego, że ja tam od lat jeżdżę. Znam kulturę Czeczenów, zachowanie i oni trochę też mnie znają i wiedzą, że mogą mi zaufać. Ja z takimi Larami, czyli kobietami, które straciły mężów, dzieci w wojnie, rozmawiałem setki razy. Tym razem moja bohaterka to matka dwóch synów, której fatum jest wojna. Podąża za nią krok w krok. Lara najpierw sama stara się uciec, a później, gdy sobie zdaje sprawę, że nie jest w stanie, chce uratować przynajmniej synów.  Wysyła ich więc w miejsce, które wydaje jej się najbezpieczniejsze – do ziemi obiecanej, jaką jawi się Europa, szczególnie Europa Zachodnia. Jest szczęśliwa. Przez chwilę. Niestety, po latach dowiaduje się, że synowie, mimo że założyli rodziny, nie potrafią się odnaleźć w tej zachodniej kulturze. Europejski raj zaczyna ich przerażać swoją obcością i duchową pustką. Wciąga ich święta wojna, wojna o wartości ich zdaniem największe – obietnica nowego raju. Tak trafiają do Syrii i zaciągają się do armii bojowników. Za nimi podąża Lara, chce ich uratować, w końcu od początku jej celem była ucieczka przed wojną.

– Rzeczywistość, z jaką mierzy się Lara i tysiące podobnych kobiet i mężczyzn, jest nam tutaj, w Stanach czy Polsce, bardzo odległa. Czego przede wszystkim nie wiemy o tych ludziach?
– Myślę, że nie wiemy tego, jak bardzo jesteśmy podobni do tych, którzy wydają nam się najodleglejsi.

***
Wojciech Jagielski jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1986-1991 pracował w Polskiej Agencji Prasowej, następnie do 2012 r. w Gazecie Wyborczej. Współpracuje z BBC i Le Monde. Jest autorem książek dotyczących Afganistanu, Czeczenii i Kaukazu, Ugandy i RPA. Zajmuje się problematyką Afryki, Azji Środkowej, Kaukazu i Zakaukazia, był obserwatorem konfliktów zbrojnych w Afganistanie, Tadżykistanie, Czeczenii, Gruzji. Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień, m.in. otrzymał Nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Nagrodę im. Dariusza Fikusa. Jego największym mistrzem i wzorem jest Ryszard Kapuściński.

Autor: ANNA ARCISZEWSKA