Zaczarowany Dom pod Wiewiórką

57

Drewniany dom projektu Karola Sicińskiego stoi na wzgórzu, na końcu Wąwozu Małachowskiego. Ogrodzony gęstym parkanem drzew i krzewów, jest prawie niewidoczny. Skrzypnięcie furtki, długa aleja, kwiaty przed tarasem. Czuję zapach róż.

A więc to jest dom, który znam doskonale z Kluczy, Fantomów, Natury. To nad nim świecą „dwa księżyce”. To tu w ciszy, zieleni i w zaczarowanym kole artystycznych zdarzeń powstają myśli, słowa, zdania. Z niemego odrętwienia i chęci zapamiętania wszystkiego od razu i na zapas wyrywa mnie ciepły głos. Maria Kuncewiczowa prowadzi mnie przez sień, pokój z kominkiem, salonik z widokiem na taras. I opowiada. O każdym sprzęcie, o pamiątkach i ich historii. Ile razy i ile osób musiało już to słyszeć. A jednak mam wrażenie, że pisarka mówi po raz pierwszy, i to tylko do mnie.

Ciepła, uśmiechnięta, w długiej czarnej spódnicy, białej bluzce z żabotem ze starą broszą-kameą, z włosami upiętymi do góry, wprowadza mnie w klimat swojego świata przeżyć, wspomnień, uczuć. Świata, z którego większość bliskich już odeszła. Do męża Jerzego pisze codziennie listy. Na syna Witolda, który wybrał wolność za oceanem w odległej Ameryce, czeka co roku. A wnuk Adam – „ogromny, brodaty, łagodny i obcy” – nigdy tu nie przyjedzie. Dom żyje swoim życiem, wypełniony spełnionymi i niespełnionymi marzeniami i myślą o uciekającym czasie, który trzeba do końca wykorzystać.

Moją uwagę we wnętrzu zwracają sosnowe bale. Równo poukładane stanowią zasadniczą konstrukcję ścian, a podwieszone są ozdobą na wzór staropolski. W największym pokoju sufit przypomina wspaniałą kasetonową mozaikę, w holu zaś jest w desenie. Posadzka została ułożona z czarnych, wiślanych dębów. Drewno to przez wiele lat leżało w wodzie, dzięki czemu uzyskało dużą twardość, odporność i czarny kolor. Wygląda jak heban. Nad kominkiem wisi świecznik. Duży, czarny, surowy, rozłożysty, a w nim rząd świec. „To meksykański – mówi pisarka, idąc w ślad za moim wzrokiem. – A w kominku już od dawna się nie pali, bo zamieszkały tu ptaki”.

Z prawej strony kominka wąskie schody, ozdobione giętą poręczą, prowadzą do pokoi na piętrze. Z kutego metalu wyłania się wiewiórka rozsypująca orzechy, układające się w inicjały M.J.W. „To są inicjały moje, męża i syna. Dom ten miał się kiedyś nazywać «Domem pod Wiewiórką»”.

Środek holu zdobi czarna, ciężka, metalowa latarnia. „Wykonał ją świetny artysta, pan Sobko z Kazimierza. To jedyny przedmiot, który ocalał z rzeczy przedwojennych. Było tu przecież spustoszenie. Niemcy wynieśli wszystkie książki, obrazy, meble i spalili”.
„(…) w przededniu całopalenia Polski polubiłam rzeczy – przypomina mi się fragment Fantomów. – Że to stanie tu. A tutaj potrzebne jest tamto. Czy coś dobrze wisi, czy się zamyka, czy błyszczy, nie skrzypi, nie kuleje. Dom okazał się istotą. Złożony z miliona komórek miewał rumieńce, bywał blady, promieniał i chmurniał. Budził się razem ze mną, razem ze mną zasypiał, ale w nocy dziwniał, snuł swoje osobne życie – belki wzdychały, roniły żywicę, lasowało się wapno, wyły kominki, osiadały kamienie, przypominał się daleki las, z którego przywędrowały bale sosnowe i olchowe gonty, śnił się kamieniołom nad rzeką… Dom gęstniał, pochłaniał mnie, a jednocześnie sam wrastał w tajemniczą perspektywę, która mogła być moją historią, chociaż nią nie była. (…) Siciński zbudował go jak pudełko samowystarczalne w ramach swojej architektury, nie wymagającej innych ozdób niż światło i harmonia. Wszechstronnie oszklony, wewnątrz złoty i kremowy, pachnący berwionami, rzeczy zbyteczne odrzucał. Za to rzeczy, które przyjął, stawały się podwójnie własne: nasze i domu”.

A potem: „(…) patrzyłam na dom, w którym po 10 latach przygotowań mieszkałam cztery miesiące. Pierwszy własny dom w rodzinie odkąd prapradziad zaprzepaścił swoją Psią Wólkę wstępując do Legionów we Włoszech. Ale nie było czasu na podejrzenia, zaraz odjechaliśmy”.

Skrzypi „hebanowa” podłoga, gdy wchodzę do jasnego pokoju z widokiem na las. Ściany pełne obrazów. Kilimy, książki. Pod oknem – duże biurko, a na nim fotografia papieża i rozrzucone kolorowe albumy, m.in. ze zbiorami na Wawelu. „To jest biurko Wyczółkowskiego – objaśnia gospodyni. – Meble kupowaliśmy z mężem po wojnie. Większość z nich pochodzi z antykwariatu w Radomiu. Na podłodze położyliśmy wschodnie kilimy. A tu, w rogu, stoi nasza biblioteczka z książkami moimi, męża i bratanka Jana Józefa Szczepańskiego. A tu jest jedna z ostatnich fotografii męża”.

Rysunki, obrazy. To Londyn po zbombardowaniu, a to plakat do Cudzoziemki. Wszystko piękne, wszystko ma jakąś treść, wiąże się ze wspomnieniami, żyje swoim życiem i ma duszę. „A to są projekty kostiumów wykonane przez Irenę Lorentowicz – mówi Maria Kuncewiczowa. – To ona projektowała kostiumy i scenografię do Harnasi Szymanowskiego w Paryżu”.

Irena Lorentowicz, serdeczna przyjaciółka Marii Kuncewiczowej, „dziewczyna w wielkim kapeluszu słomianym, w sukni białej, dziewczyna z książki o przygodzie, dziewczyna-obraz”, związana nierozerwalnie z Kazimierzem, „cygańskim życiem” i artystyczną przygodą.

Kazimierska malarka, wtopiona w nadwiślański pejzaż stanowiła jego stały element. Zaprowadziła kiedyś pisarkę po „darniowych schodkach na wzgórze, gdzie w kwitnącym sadzie stała mała chatka, i powiedziała: – Tu powinnaś zamieszkać”.

„Widywałam ją potem w Warszawie – pisała Maria Kuncewiczowa – gdzie nosiła suknie uroczyste, wizytowe, jak przystało na córkę dyrektora Teatrów Warszawskich, znakomitego krytyka, Jana Lorentowicza. (…) Widywałam ją też w Paryżu w aksamitnym berecie, z bukiecikiem fiołków, szczęśliwą mieszkankę rue Fridevaux na bohemiańskim Montparnasie”.

„(…) Jerzy, od niedawna nie ma Reni. Nie ma jej w mieszkaniu na ulicy Gamerskiego w Warszawie, gdzie przez 20 lat opalizowały stare szkła na mahoniowych komodach, gdzie piętrzyły się teki ze szkicami kostiumów Lifara i innych koryfeuszy baletu i opery w Paryżu, Warszawie, Nowym Jorku. Nie ma na ścianie portretu Jana Lorentowicza, którego intelektualne i męskie czary sączą się jeszcze z dzienników Zofii Nałkowskiej i listów anty-dulskiej Gabrieli”.

Ale Irena Lorentowicz na stałe zamieszkała w kazimierskim domu, w jasnym pokoju z widokiem na brzozy. Jest jedną z tych bliskich osób, które stanowią o jego całości, wypełniają jego komórki, wtapiają się w jego zaczarowaną duszę.

W dużym salonie z kasetonowym sufitem, ciemnymi ścianami i dużym okrągłym stołem moją uwagę przyciąga egzotyczny wzór na ścianie, wyłaniający się z ciemnej czerwieni, stopniowo przechodzący w miękkość i jedwabistość. „Ta płócienna, ręcznie haftowana makata pochodzi z Turkiestanu, z Czun. Nazywaliśmy ją «płachtą turkiestańską». Przywieziona do Polski przez rodzinę Stanisława Marii Salińskiego, była darem pożegnalnym chińskich kupców dla jego ojca. W książce «Ptaki wracają do snów» Saliński pisze o przekazaniu jej w naszym domu na placu Trzech Krzyży w Warszawie”.

Imponująco wygląda też piec huculski, unikalne dzieło ludowej sztuki, wyłaniający się z całej gamy miękkiej zieleni, przechodzący przez wszystkie jej odmiany i odcienie. Zbudowany został z trzech starych pieców i dzisiaj już się w nim nie pali, żeby kafle nie popękały, ale dla Marii Kuncewiczowej ma jakąś zaklętą tajemnicę. Wprowadza mnie więc w jego baśniowy świat, objaśniając symbole zamknięte w huculskich rysunkach. Piec przypomina „wszystko, co kiedykolwiek się śniło czy iściło w repertuarze naiwnej wyobraźni: okruchy Biblii, szwajcarskie sielanki Słowackiego, dumki-szumki pośród słoneczników, wańki-wstańki, żar-ptaki i czerwone jaja. A wszystko na płachcie Aladyna, ukazane przez szparę, dziejące się ponad czasem”.

Pod drugą ścianą – inne szczegóły sztuki ludowej: kołowrotek i krzesełko szewskie. Obok wysoka, ciemna rzeźba z drewna oliwkowego. Piękne, lśniące lustro należało do Heleny Modrzejewskiej, a ozdobny dzbanuszek jest z warsztatu Pabla Picassa, a tu znów fragment obrazu Diega Rivery.

„Mówiono mi zawsze, że przedmioty są martwe i złośliwe – mówi gospodyni. – Nieprawda. Serwantki, sekretarzyki, fotele i krzesła zachowały ciepło rąk stolarzy domowych, w dotyku są gładkie i przychylne fantazjom nowych właścicieli, obrazy zaś opowiadają życie utrwalone przez kazimierskich malarzy”.

Idąc za moim wzrokiem Maria Kuncewiczowa spogląda na wiszący na ścianie ogromny olejny obraz w złotej ramie, niepasujący do otoczenia. „W tym miejscu wisiał portret mojego męża, malowany przez Władysława Filipiaka – tłumaczy. – Zabrano mi go chwilowo na wystawę, a w zamian dostałam ten. O, a tam, za piecem, wiszą jeszcze dwa portrety, mój i męża, malowane przez Antoniego Michalaka”.

„Jerzy, jakże pięknie Nasierowska zdołała aparatem fotograficznym uchwycić ciebie na gorącym uczynku istnienia. (…) Stojąc tam przed tobą mówię co rano: Jestem. I ty jesteś. Dziękuję za nasze długie piękne życie i modlę się, żeby ono trwało. (…) Poprzez czas i przestrzeń dajesz znak, że nie zerwała się więź między żyjącą a umarłym”.

Chociaż Jerzy Kuncewicz już nie żyje, to jednak jest wszędzie obecny. Jest w całym domu, w każdym sprzęcie, w fotografii na półce z książkami. Nic się nie zmieniło. Dalej pomaga żonie w pracy, jako współtwórca każdej minuty układanej codziennie pracowicie i z sercem.
„Jest we mnie bardzo wyraziste poczucie obecności drugiego człowieka – powiedziała kiedyś pisarka w jednym z wywiadów – oraz poczucie odpowiedzialności za kogoś. Teraz, po sześćdziesięciu latach małżeństwa, tzn. życia w tym samym domu, albo w tym samym pokoju, zdaję sobie sprawę, że przez sześćdziesiąt lat słyszałam bicie serca drugiego człowieka, oddychałam tym samym powietrzem. (…) Materialną okolicznością, która utwierdziła naszą wspólnotę, było to, że drugi człowiek, z którym się sprzęgło moje życie, wybudował mi dom”.
Spoglądamy na duży wazon z suchym bukietem. Zastygłe kolory, pękate lub drobne kształty tworzą malarską kompozycję z obrazu. „Moje suche bukiety, nieśmiertelniki, osty, głogi mają inny cel: pomagają mi widzieć życie trwalsze niż to moje, wilgotne, gnijące”.

Dom w Wąwozie Małachowskiego, będący młodopolskim skrzyżowaniem dworu i chaty góralskiej, otwarty jest na świat i ludzi, często odwiedzany, przyjmujący głosy z całego świata. Piszą studenci z Ameryki, znajomi, przyjaciele z różnych stron ziemskiego globu. Piszą też zwykli ludzie, zupełnie obcy, którzy po prostu chcą się „wyspowiadać”, zrzucić z siebie żale i troski. Dom ten wszystkich pomieścił. Dla każdego serdeczny, każdy coś otrzymał: cenną chwilę czy uśmiech. Maria Kuncewiczowa odpisuje na wszystkie listy „bo przecież grubiaństwem byłoby nie odpowiedzieć”. A jednocześnie dom ten jest bardzo prywatny, wręcz intymny, hermetycznie zamknięty. Gdy do niego wchodziłam, wydawało mi się, że przekraczam barierę cudzego życia, jego codzienności i niecodzienności. Że dostaję się do cudzych marzeń i tajemnic, które wprawdzie są wciąż „sprzedawane”, ale nadal należą do autora. Jest to przecież dom, nie „namiot”. Mieszka tu Róża z Cudzoziemki, Piotr Krzysztofowicz z Leśnika, brat, mąż i wszyscy bliscy.

„Kuncewiczówka” jest światem w miniaturze. Zgromadzone pamiątki mają ogromny zasięg geograficzny i przekrój historyczny. A mimo to przede wszystkim czuje się tu Polskę. Po wielu latach emigracji Kuncewiczowie zdecydowali się przyjechać do Kazimierza, bo nie wyobrażali sobie, żeby umrzeć na obcej ziemi.

Maria Kuncewiczowa zaprasza mnie do stołu. Białe wino i domowy sernik. Chwila rozmowy niezwiązanej z domem. Zapytana o plany, chęci i marzenia, łapię się na tym, że odczuwam potrzebę opowiadania o rzeczach ważnych i błahych.

Promień zachodzącego słońca wpadł do pokoju i zatrzymał się na pąku herbacianej róży. Dźwięk wskazówki starego zegara przesuwającej się na następną minutę sprawił, że przez moment wydawało mi się, iż to „dwa księżyce srebrną sanną spłynęły po niebie, uderzyły z brzękiem o szybę, do pokoju wpadły zimne i błyszczące”. Coś magicznego jest w tym domu. Jestem nie tylko tu, ale i wszędzie, nie tylko teraz, ale i kiedyś. A autorka tego czarodziejskiego świata wydaje mi się kimś bliskim, kimś z rodziny, o kim się mówi – dobrze, że jest. Dzielę się swoim spostrzeżeniem i podaję książkę do podpisu. Skrzypi pióro. „Na pamiątkę jeszcze jednej rozmowy, tym razem kazimierskiej. Maria Kuncewiczowa. Dom pod Wiewiórką 1987”.

Autor: JOANNA SOKOŁOWSKA-GWIZDKA