Zagraj to jeszcze raz, Ingrid!

30

Po lekturze książki o Ingrid Bergman, autorstwa Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, zapragnąłem zobaczyć ponownie najsłynniejsze role tej wielkiej aktorki. Na szczęście jest to możliwe, bo są już zarejestrowane na dvd. Od Casablanki i Gasnącego płomienia po Jesienną sonatę.

Nie mogłoby oczywiście zabraknąć również Komu bije dzwon, Świętej Joanny, Urzeczonej i Osławionej. Nie mógłbym także pominąć Heleny i mężczyzn, Wizyty i Morderstwa w Orient-Expressie. Po lekturze chciało mi się zakrzyknąć, parafrazując pamiętne zdanie z Casablanki – zagraj to jeszcze raz, Ingrid! Książka ta bowiem rozbudza tęsknotę, tyleż za niepowtarzalnym wdziękiem kobiecym, co za równie niepowtarzalnym aktorstwem.

Kogoś takiego jak Ingrid Bergman dzisiaj nie ma. Owszem, zdarzają się wspaniałe aktorki, ale nie tworzą typu kobiety, na który publiczność czeka i który kocha przez wiele lat. Ona taki typ stworzyła. Była uwielbiana przez krytyków, reżyserów, pisarzy, a przede wszystkim przez widzów, nie tylko kinowych, także teatralnych.

Pisać o wielkich aktorach nie jest łatwo, bo sztuki spełniającej się na scenie i ekranie nie da się w pełni wyrazić słowami. Zawsze poza nimi pozostanie to tajemnicze coś, co elektryzuje widownię, coś co sprawia, że temu aktorowi wierzymy bardziej niż innym. Celem Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm nie była analiza poszczególnych ról czy śledzenie metamorfoz scenicznych i filmowych, tylko przypomnienie Ingrid Bergman jako prywatnego człowieka i zarazem kuzynki swego męża. Niemniej udało jej się przy okazji powiedzieć to wszystko, co powinno być powiedziane także o jej artyzmie. Udało się także pokazać, że artyzm ten wyrósł tyleż z talentu, co z niezwykłej osobowości.

Autorka przypomina dzieje miłości i małżeństwa rodziców aktorki, sięgając do dalszych korzeni, w Szwecji ze strony ojca i w Niemczech ze strony matki. Przypomina także, że los nie oszczędzał jej bohaterce tragicznych wydarzeń w dzieciństwie. Wcześnie została sierotą, wychowywaną w Sztokholmie przez wujostwo. Była nieśmiała i nieatrakcyjna dla otoczenia. Trapił ją kompleks wysokiego wzrostu. Bała się życia i ludzi. Wymarzone aktorstwo pomagało jej stawać się kimś innym, kimś, kto nie odczuwa strachu. Jako dziewczyna była życzliwa dla innych, dobra i prawa. I taka pozostała przez resztę życia. Kiedy dostała pierwszą rolę w filmie, stała się obiektem niesłychanej zazdrości i agresji ze strony koleżanek z Królewskiej Szkoły Teatralnej. Po debiucie posypały się kolejne propozycje, zatem Ingrid opuściła szkołę. Jak się szybko okazało, była talentem samorodnym, klejnotem, oprawianym nie przez nauczycieli, tylko reżyserów.

Pierwszym sukcesem stał się film Intermezzo. Jego reżyser Gustaf Molander napisał we wspomnieniach, że Ingrid cechowały gracja, urok, opanowanie i umiejętność pięknego mówienia. Kiedy później zobaczył ją w Ameryce reżyser David Selznik, dostrzegł w niej “połączenie ekscytującego piękna i świeżej czystości”. I w rzeczy samej przybyła ze Szwecji aktorka oszałamiała swoją urodą niemal w takim samym stopniu jak jej wielka rodaczka Greta Garbo. Bił z niej taki sam blask, miała równie zniewalający wdzięk, była natomiast zdecydowanie przystępniejsza i cieplejsza od “Zimnego Płomienia Szwecji” czy, jak kto woli, “Królowej Śniegu”.

Po sukcesie Casablanki, Gasnącego płomienia, Urzeczonej, Osławionej i Świętej Joanny Ingrid Bergman stała się jedną z najbardziej kochanych aktorek, nie tylko w Ameryce. Była gwiazdą pierwszej wielkości, co nie przeszkadzało jej być zarazem wierną żoną i troskliwą matką. W przeciwieństwie do większości hollywoodzkich piękności miała w sobie klasę niemal arystokratyczną. Była lepiej wychowana i bardziej dystyngowana. Mąż autorki Norman Boehm słusznie zanotował, że jego ciocia “zawsze wyglądała promiennie”. Zauważył również, iż “cechowała ją serdeczność, a także szczególny sposób skupienia, z jakim mówiła, z jakim słuchała, kierując całą uwagę na tę drugą osobę. Promieniowała wewnętrznym pięknem [podobnie jak w Polsce Elżbieta Barszczewska – AJD]. Miała niezwykłe oczy i wprost zapierający dech w piersiach uśmiech. Kochającą ją publiczność podbijała wyglądem, świeżością, delikatnością i jakby pewną bezbronnością, która z niej emanowała”. Słowa te najlepiej charakteryzują zjawisko, jakim była Ingrid Bergman. Dla pełności obrazu nie sposób nie dodać, że w sensie czysto zawodowym była aktorką o najwyższych umiejętnościach. Było to widać szczególnie w okresie późniejszym, kiedy uroda i wdzięk już nie przesłaniały jej sztuki lub oddziaływały w mniejszym stopniu. Także na scenie.

Sama Ingrid nie chciała być więźniem własnej sławy, pragnęła być przede wszystkim wielką aktorką. Nie bacząc na to, co powie Ameryka, Szwecja i świat, rzuciła się w związek z Roberto Rossellinim, zafascynowana tyleż nim samym, co jego filmami. Chciała w nich występować, marzyła o spróbowaniu swych sił w filmie czysto artystycznym. Część publiczności od niej się odwróciła, gdyż nie okazała się tak czysta i nieskalana jak jej bohaterki. Niestety z małżeństwa Rossellini – Bergman rodziły się ładne dzieci i brzydkie filmy – jak kąśliwie pisali recenzenci. Ich wspólne dzieła, takie jak: Stromboli, Europa 51 czy Podróż do Włoch, nie podbiły świata. Po kilku próbach okazało się, że jako osobowości artystyczne jednak nie pasują do siebie. Krytycy uważali, że Rossellini marnuje talent Ingrid, ona zaś sama uważała – co znamienne – że rujnuje jego karierę. Łączyły jednak ich dzieci. Ingrid zabiegała o to, by były razem i by jak najczęściej widywały się z jej córką z pierwszego małżeństwa. Rossellini związał się w Indiach z inną kobietą, którą wkrótce poślubił, Ingrid zaś próbowała być szczęśliwa w kolejnym małżeństwie, tym razem z Larsem Schmidtem, producentem teatralnym.

Po ośmiu latach odzyskała swą pozycję w Ameryce, otrzymując drugiego Oscara za tytułową rolę w Anastazji oraz dzięki sukcesom odniesionym w innych filmach, m.in. Czy pani lubi Brahmsa, The Inn of the Sixth Happiness, A Women Called Golda. W Europie triumfowała w 24 godzinach z życia kobiety, a także jako: księżna Sorokowska w Helenie i mężczyznach, ibsenowska Hedda Gabler, Klara Zachanasian w Wizycie starszej pani, Pianistka w Jesiennej sonacie. Z wielkim powodzeniem występowała na obu kontynentach w rolach teatralnych. Jej biograf Donald Spoto zauważył, że w kolejnych rolach przenosiła się w inną rzeczywistość i jej nieśmiałość wtedy znikała.

Książka Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm przypomina nie tylko dzieje Ingrid Bergman i jej rodziny, ale także dzieje jej trzech mężów i czworga dzieci. Wyłania się z niej wizerunek kobiety, która chciała mieć jak najlepszy kontakt ze swymi bliskimi, od których była oddalona. Z listów cytowanych przez autorkę wynika, że była zorientowana w ich losach, pamiętała o nich i czuła wdzięczność za każdą oznakę pamięci o niej. Była także skora do pomocy materialnej. Nie skąpiła również słów otuchy. Listy te, pisane czasem w pośpiechu na hotelowym papierze firmowym, cechuje jednak serdeczny stosunek do adresatów i potrzeba, by być wobec nich w porządku. Nie ma w nich gwiazdorskiego patrzenia z góry i poklepywania po ramieniu. Nie ma też imponowania i samozachłystywania się kolejnymi sukcesami. Jest natomiast przepraszający ton, za ustawiczny brak czasu wypełnionego pracą i wynikającymi z niej rozjazdami. Na fotografiach pokazujących te listy widać czytelny i staranny charakter pisma oraz układ zdań świadczący o potrzebie ładu i zmyśle estetycznym samej Ingrid. Niby drugorzędny drobiazg, a ile mówi o klasie człowieka.

Bohaterem książki Ingrid Bergman prywatnie jest także sam Norman Boehm. Wprawdzie nie pojawia się stale na pierwszym planie, to jednak jest świadkiem kolejnych etapów życia sławnej cioci. Nie widują się często, zatem patrzy na nią zawsze świeżym okiem. Z jednej strony, jak na żywą legendę, z drugiej zaś, jak na zwykłego człowieka. W obu wymiarach ocenia ją bardzo wysoko. Trudno się temu dziwić. W udostępnionych przez niego dokumentach, zinterpretowanych z wielką kulturą przez żonę, odnaleźć można portret kobiety i artystki, którą zawsze chciałoby się mieć koło siebie.

Autor: ANDRZEJ JÓZEF DĄBROWSKI