Amerykańska nomenklatura (2)

29

Rządowi i społeczeństwu finansowi znachorzy wytłumaczyli, że kiedy znikną miejsca pracy w górnictwie i hutnictwie, górników i hutników przekwalifikuje się na speców od komputerów i neurochirurgów.

Do napisania polemicznego artykułu potrzebuję zwykle zachęty w postaci jakiegoś obłędnego, albo przynajmniej mijającego się ze zdrowym rozsądkiem, wydarzenia.

Dzisiaj przyszła mi z pomocą wiadomość, że dyrektor naczelny największej amerykańskiej firmy lotniczej Boeing Corporation Mr. Jim McNerney planuje przenieść firmę, którą zarządza, do Chin. Przeniesiona będzie nie tylko produkcja, ale i biura konstrukcyjne. Bliższe dane na ten temat są dostępne w artykule napisanym przez Mr. Petera Cohana, dostępnym pod adresem: http://www.dailyfinance.com/2009/08/31/will-boeing-move-to-beijing/.
Wedle planów Mr. Jima McNerneya Boeing po reformie zajmie się wyłącznie integracją i sprzedażą części nie tylko produkowanych, ale i skonstruowanych w Chinach.
W dalszej kolejności tego artykułu wyjaśnię, że decyzja Jima McNerneya ma pewien sens z punktu widzenia kłopotów, jakie firma Boeing przeżywa z ciągle strajkującą załogą, a także z wadami konstrukcyjnym, które opóźniają, o ponad dwa lata, dostawę  zmówionych samolotów modelu 787. Na te samoloty czeka także bezskutecznie polski LOT.
Wyraźnie firmie Boeingowi brakuje dobrych inżynierów i odpowiedzialnej za dobro firmy załogi.
W ostatnim “paszkwilu” pozwoliłem sobie na obrazę amerykańskiej nomenklatury – dyrektorów wielkich przedsiębiorstw, głównie finansowych, czyli tej grupy ludzi, którzy dziwnym trafem zgarniają setki tysięcy dolarów wynagrodzeń i premii od przedsiębiorstw, do których zarządzania zostali wynajęci.
Kiedyś mnie uczono na lekcjach marksizmu, że kapitaliści, czyli właściciele środków produkcji, wykorzystują klasę robotnicza, przywłaszczając sobie “wartość dodatkową”, a tu się okazuje, że jest wręcz odwrotnie, jako że to właściciele, czyli akcjonariusze przedsiębiorstw, są – w majestacie prawa – ograbiani przez klasę najemnych, luksusowych proletariuszy.
I komu tu wierzyć? Marks chyba w grobie się przewraca, że tego nie przewidział w “Das Kapital”.
Właśnie ci najemni znachorzy od wielkich finansów przekonali rząd i społeczeństwo, że czas produkowania czegokolwiek należy do przeszłości, a przyszłość i dobrobyt da się zrobić przez stukanie w klawiatury komputerów na Wall Street.
W gruncie rzeczy wyczerpująca praca fizyczna, jaką jest stukanie w klawiaturę, już także stała się przeżytkiem, jako że transakcje giełdowe są w większości przeprowadzane przez “bezzałogowe” komputery, zaprogramowane na automatyczne kupowanie i sprzedawanie akcji. Pod koniec giełdowego dnia taki komputer wykrztusza z siebie zarobek dzienny w wysokości 10, a może i 100 milionów dolarów. Drobni inwestorzy nie mają równych szans w konkurencji z finansowymi robotami.
Zaraza wielkiego kryzysu się zaczęła w Ameryce od pożyczek hipotecznych i kart kredytowych, ale rozeszła się, jak dżuma, w zastraszającym tempie na inne kraje, które zafascynowały się wynalazkami amerykańskich finansowych znachorów, speców od przelewania pieniędzy z pustego konta w próżne.
Na szczęście Polska, mimo wielkich ambicji i usilnych prób dorównania krajowi Przodującej Demokracji, nie załapała się na czas na miraż rozwoju poprzez nadmuchane pożyczki i dlatego dzisiaj cieszy się komplementami na łamach finansowych publikacji, jako względnie wypłacalny kraj. Jeśli coś uratowało Polskę od kompletnej katastrofy to to, że być może ludzie pamiętali koncepcję pierwszego sekretarza KC PZPR, towarzysza Gierka, który obiecał zrobić z Polski drugą Japonię poprzez zachodnie kredyty. W konsekwencji Gierek osiągnął dobrobyt w Polsce, posługując się “japońską” metodą znaną dzisiaj pod nazwą “Nagie-Haki” (w sklepach mięsnych).
Ponieważ zarobki znachorów stały się przedmiotem zazdrości reszty społeczeństwa amerykańskiego, bystra młodzież amerykańska (ale nie tylko) zaczęła tłumnie garnąć się na studia zarządzania pieniądzem i biznesem. Przedmioty ścisłe, takie jak matematyka, fizyka i nauki inżynieryjne, zostawiono tym maniakom, którzy nie doceniają wartości pieniądza. W konsekwencji w ciągu kilku lat wystąpiła nadprodukcja różnej maści bankierów i finansowych doradców, proporcjonalna do nadprodukcji liczby banków i przedsiębiorstw inwestycyjnych. Politechniki zaczęły świecić pustkami, z wyjątkiem być może wydziałów programowania komputerowego, których absolwenci mogli być zatrudnieni w instytucjach finansowych. Jednocześnie zaczął się eksport pracy prostej i fabryk do krajów o niższej robociźnie, takich jak Chiny i Meksyk. Rządowi i społeczeństwu finansowi znachorzy wytłumaczyli, że kiedy znikną miejsca pracy w górnictwie i hutnictwie, górników i hutników przekwalifikuje się na speców od komputerów i neurochirurgów. Wedle ich planu Ameryka w XXI wieku będzie się koncentrować na stukaniu w klawiatury komputerów, a telewizory, lodówki i samochody będą wykonywali niskoopłacani Chińczycy i Meksykanie. Powstał plan, że tu i ówdzie zatrzyma się wyspecjalizowane biura konstrukcyjne, które będą opracowywały modele i dokumentacje dla chińskich wyrobników. Okazało się jednak, że w Ameryce zaczęło brakować inżynierów dla obsadzenia tychże biur konstruktorskich i innych pozostałości systemu przemysłowego, a kraje, które zrazu ograniczały się do produkcji wedle nasłanych z USA dokumentacji, zaczęły kształcić własnych inżynierów i naukowców.

Zdjęcie: Archiwum

Szanghaj już dziś wygląda efektowniej niż Manhattan…

Według danych Indyjskiego Instytutu Studiów Technicznych w roku 2004-2005 dyplomy inżynierów otrzymało w Indiach ponad 464 tysiące studentów, a wśród nich 31% stanowili inżynierowie nauk komputerowych. W tym samym okresie Chiny wykształciły 600 tysięcy inżynierów.
Dla porównania – w USA każdego roku dostaje dyplomy 70 tysięcy inżynierów, a wśród nich także dużą część stanowią studenci z Chin i Indii. Nic więc dziwnego, że w USA 60% doktoratów w dziedzinach inżynieryjnych otrzymują studenci z Chin i Indii. Wedle danych publikowanych przez rząd chiński 30% studentów chińskich po ukończeniu studiów w USA wraca do Chin i to zjawisko zaczyna się pogłębiać w sytuacji rosnącego amerykańskiego bezrobocia i ucieczki przemysłu za granicę. Czyli podrzynamy sobie przemysłowe gardło, kształcąc w USA własną konkurencję. Z jednej strony Ameryka nie może zamknąć drzwi dla przybyszów Azji, gdyż Chińczycy i Hindusi stanowią znaczącą grupę profesorów i studentów na amerykańskich uczelniach, a z drugiej dlatego, że zagraniczni studenci także płacą wysokie sumy za studia, które stały się dużą częścią budżetu uniwersyteckiego. Na dodatek, aby było śmieszniej, rosnące nastroje lokalnego nacjonalizmu i rządowej antyterrorystycznej paranoi utrudniają wydawanie wiz pracowniczych obcokrajowcom. Pisała o tym prasa amerykańska przy okazji, kiedy Bill Gates, prezes Microsoft Corp., błagał w Kongresie o zwiększenie limitów wiz dla cudzoziemców wykształconych w programowaniu komputerów.
Kiedy Instytut Statystyki na jednym z uniwersytetów w stanie Ohio ogłosił wolne miejsce dla pracownika naukowego, proporcja zgłoszeń była jak 95 do 5, z przewagą dla matematyków chińskich.
Wykształceni Europejczycy, nawet Polacy, których panicznie boi się amerykański rząd, czując się urażeni ubliżającymi procedurami wizowymi i upadającą wartością dolara, zaproszenia do współpracy z amerykańskimi uniwersytetami często ignorują, znajdując w Europie lepsze możliwości pracy. Ameryka przestała być dla nich przysłowiowym eldorado. To zjawisko jakoś nie dociera do świadomości amerykańskich sfer rządowych, od których zależy polityka imigracyjna dotycząca naukowców.
Jak z tego wynika, zubożenie intelektualne Ameryki w sferze nauk ścisłych i inżynieryjnych ma swe źródło zarówno w chińskiej i indyjskiej konkurencji, jak i w krótkowzroczności, jeśli nie ignorancji amerykańskiej administracji i Kongresu.
Jakże inaczej Ameryka ceniła wartości intelektualne i kwalifikacje inżynierów zaraz po II wojnie światowej, kiedy to sprowadzano naukowców niemieckich, przymykając oko na ich hitlerowskie koligacje. W tamtych latach sprowadzono grupę specjalistów rakietowych z dr. Wernherem von Braunem czele. Dr von Braun w czasie wojny konstruował rakiety V2, którymi ostrzeliwano Londyn, a później stał się dyrektorem amerykańskiego programu Apollo, który umieścił Amerykanów na Księżycu. Wyraźnie względy praktyczne, czyli znajomość techniki rakietowej przez niemieckich inżynierów, przeważyły nad ideologicznymi i moralnymi uprzedzeniami.
Jakkolwiek bolesny jest dzisiejszy kryzys, mam nadzieję, że – wcześniej czy później – przetasuje on wartości w Ameryce. Ci “znachorzy” którzy działają w dziedzinach gospodarki “pozornej”, jak bankowość, ubezpieczenia, handel nieruchomościami, przestaną być tak istotni, jak im się wydaje. Ludzie, którzy coś konkretnego tworzą, odzyskają swoje miejsce i uznanie w społeczeństwie. Kiedyś narodowymi bohaterami byli wynalazcy i przedsiębiorcy, jak Thomas Alva Edison (wynalazca żarówki i gramofonu), Alexander Graham Bell (wynalazca telefonu) czy Nikola Tesla (wynalazca silnika prądu zmiennego). Dzisiaj są nimi zmanierowani narkotykami ludzie pokroju Michaela Jacksona i ciągle balansujący na granicy bankructwa “deweloper” Donald Trump, który, jak na ironię, uczy adeptów w programie telewizyjnym “The Apprentice” (czeladnik), jak prowadzić biznes.
Proces naprawy amerykańskiego systemu ekonomicznego nie będzie szybki i łatwy, gdyż rząd nasz robi wszystko, co może, by utrzymać iluzje stanu przeszłego, podpierając zmurszały i walący się system przez dalsze zagraniczne pożyczki i nieograniczony druk pieniędzy.
Tak czy inaczej Ameryka, na skutek własnych błędów i do pewnego stopnia megalomanii, a także rosnącej globalnej konkurencji, przestanie być wymarzonym eldorado, do którego od lat ciągnęli emigranci. Niestety nasz kraj – Stany Zjednoczone – będzie musiał spuścić z mocarstwowego tonu i żyć bardziej skromnie, na niższej stopie.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zakończyć ten mój “paszkwil” optymistycznym powiedzeniem: cieszmy się dniem dzisiejszym, bo jutro będzie gorzej.

O autorze:
Jan Czekajewski urodził się w Częstochowie. Studia elektroniczne kończył na Politechnice Wrocławskiej w latach 1952-58. W latach 1960-1968 pracował i doktoryzował się w Instytucie Fizyki Uniwersytetu w Uppsali (Szwecja). Od roku 1968 mieszka w Columbus, Ohio, gdzie założył i do dzisiaj prowadzi firmę Columbus Instruments, produkującą przyrządy naukowe dla badań medycznych i ochrony środowiska. Kilka lat temu Jan Czekajewski otrzymał wyróżnienie Senatu stanu Ohio dla najlepszego biznesmena w dziedzinie wysokiej technologii w stanie Ohio.

Autor: Jan Czekajewski