Biali są głusi

33

Rozmowa z Leszkiem „Fazim” Opiolą – poszukiwaczem przygód.

3 lipca zmarł nagle Leszek „Fazi” Opiola, znany w środowsku polonijnej bohemy fotograf i twórca teledysków. Pochodził z Rzeszowa, po wprowadzeniu stanu wojennego organizował koncerty punkowych kapel między innymi głośną trasę Deutera, Dezertera i TZN Xenny „Rock Galicja” z roku 1982. Kilka lat później zamieszkał w nowojorskim East Village, gdzie prowadził dom otwarty.
Równie serdecznie gościł popularnych w kraju muzyków jak i naszych lokalnych ulubieńców muz wiecznie bez grosza przy duszy. Był człowiekiem niezwykle pogodnym, życzliwym i przyjaznym. Dla kolegów Faziego pocieszeniem może być tylko to, że odszedł szybko, bez cierpienia. Znaleziono go w domu, siedzącego za biurkiem przy komputerze.
Jakiś czas temu zrobiłem z Fazim wywiad o jego największej prócz muzyki życiowej pasji – folklorze amerykańskich Indian. Myślę, że warto jeszcze raz oddać mu głos.
Piotr Milewski, Newsweek


Polacy z East Vilage mówią, że jesteś członkiem jednego z indiańskich szczepów. To prawda?
Nie, to bzdura.
A czy biały może zostać Indianinem?
Generalnie członkiem narodu indiańskiego można się stać tylko dzięki adopcji. Nawet Kevin Costner po zrobieniu filmu „Tańczący z wilkami” nie został – wbrew temu co pisała prasa – uznany przez Siuksów za jednego z nich. Rada Plemienia po prostu zaakceptowała Costnera i aby wyrazić swoją wdzięczność ofiarowała mu jako przyjacielowi symboliczne orle pióro.
Jaką rolę pełni w życiu Indian Rada Plemienia, czy ustala prawa i sprawuje władzę?
Jedyne skodyfikowane prawo, które obowiązuje rodowitych Amerykanów to przepisy narzucone im przez Stany Zjednoczone. W rezerwatach przepisy egzekwują urzędnicy państwowi, też zresztą Indianie. Rada Plemienia nie jest organem władzy w naszym rozumieniu tego pojęcia. Różnicę widać choćby w sposobie powoływania jej członków. Do Rady wchodzą ludzie, którzy cieszą się największym autorytetem i zaufaniem społeczności. Nie istnieje instytucja wyborów. Selekcja ma charakter naturalny, wszyscy wiedzą jakim jesteś człowiekiem.
Z twoich rozmów z Indianami wynika, że mają oni poczucie krzywdy? Uważają, że zostali okradzeni? Czy patrzą na społeczeństwo amerykańskie przez pryzmat zbrodni popełnionych przez kolonizatorów?
Indianie łatwo adaptują się do nowych warunków bytowych i w dzisiejszej rzeczywistości potrafią sobie świetnie radzić. Wielu z nich zostało farmerami, część nadal mieszka w rezerwatach, część w miastach. Wykonują różne zawody: są robotnikami, urzędnikami, nauczycielami. Normalnymi członkami tego społeczeństwa. Doskonale zdają sobie sprawę z tego co zrobiono z ich światem, z tego, że przez wiele lat systematycznie okradano ich z ziemi ale rozumieją, że powrót do przeszłości jest niemożliwy. Akceptują fakty a jednocześnie, wykorzystując pewne przywileje, starają się ratować jedyną rzecz, którą jeszcze da się uratować – kulturę.
Czy to ratowanie kultury nie sprowadza się do powielania martwych form? Nie zamyka się w formule indiańskiej Cepelii?
Cepelia to przedsięwzięcie obliczone na zysk. Masowa produkcja gadżetów, które można sprzedać turystom. Tymczasem Rady Plemienne chcą utrzymać przy życiu tę warstwę kultury indiańskiej, którą można określić jako niematerialną. Warstwę zresztą zasadniczą. Uświadamiać dzieciakom, że ich przodkowie nie stawiali kosztem krwi i potu jakichś monumentalnych pomników swojej paranoi. Uczyć, że łatwo i miło jest być wolnym, że można żyć w harmonii z naturą. Szacunek dla natury jest pierwszym przykazaniem Indian. Kiedy na Zachód wyruszyli osadnicy, tubylcy przyjmowali ich pokojowo. Byli ciekawi kim są przybysze. Często podążali śladami białych i oberwowali ich z ukrycia, krótko mówiąc traktowali kolonizatorów jak nowe zjawisko przyrody. Szybko jednak zorientowali się, że coś jest nie w porządku. Osadnicy zabijali zwierzęta z czystej żądzy mordowania i zostawiali na preriach zwały gnijącego mięsa. Ścinali całe drzewa aby rozpalić ognisko z kilku suchych gałęzi. Dla tubylców był to szok. Zachowanie przybyszów wydawało im się absurdalne. Nie rozumieli jak można niszczyć świat, w którym chce się żyć. Nastąpiło zderzenie dwóch kultur, które nie mogły się wzajemnie zrozumieć ponieważ Indianie nie znali pojęcia własności, pieniądza, zysku…
Trudno sobie wyobrazić aby w dzisiejszej Ameryce można było podtrzymywać takie nastawienie do świata, kultywować tradycję wyrosłą w całkowicie innych warunkach cywilizacyjnych.
Indianie chcą przede wszystkim utrzymywać i rozwijać pewne wartości duchowe charakterystyczne dla ich kultury. Oczywiście, że powrót do życia we wspólnocie pierwotnej jest niemożliwy.
Jak w takim razie żyją potomkowie wolnych Indian. Jak wygląda rezerwat?
Są różne rezerwaty: bogatsze i biedniejsze. Generalnie rezerwat to niewielka, uboga osada. Widziałem bardzo schludne i nowoczesne domki. Widziałem też takie, które niewiele różniły się od szopy. Mieszkania finansowane są przez państwo, podobnie jak cała infrastruktura rezerwatu.
Ile rząd federalny przeznacza na zapomogi dla dawnych gospodarzy Ameryki?
Nie wiem jakiego rzędu są to sumy, nigdy się tym specjalnie nie interesowałem. Ciekawią mnie inne rzeczy.
W co wierzą Indianie?
Generalnie: w istnienie jednej siły sprawczej, która rządzi wszechświatem, w Wielkiego Ducha. Dla Indian wszystko co ich otacza jest przesycone obecnością Boga a jednocześnie pełne innych bytów niematerialnych. Mają niewiarygodnie rozwiniętą zdolność komunikowania się z naturą, zdolność odbierania energii, która wypełnia kosmos.
Dużą rolę w ich liturgii odgrywają narkotyki?
W Stanach Zjednoczonych działa tak zwany Kościół Pejotlowy Etnicznych Amerykanów (Native American Peyote Church). Indianie założyli tę organizację wyłącznie z przyczyn prawnych. Kaktus Williamsa zawsze uważali za świętą roślinę a zażywanie go stanowiło odpowiednik sakramentu eucharystii w wyznaniach chrześcijańskich. Importowana z Europy cywilizacja nakazów i zakazów, która wyprodukowała narkomanów a następnie prohibicję, wciągnęła pejotl na czarną listę używek groźnych dla porządku społecznego. Kolonizatorzy, którzy sami nie potrafili zachować umiaru w oszałamianiu się na wszystkie możliwe sposoby, traktując pejotl wyłącznie w kategoriach środka odurzającego, zabronili tubylcom spożywania rośliny służącej do nawiązywania kontaktu z Bogiem. Aby wywalczyć sobie prawo do wyznawania istniejącej od wieków religii Indianie musieli nadać obrzędom formę organizacyjną, która pomieściłaby się w regułach narzuconego im prawa. Poszczególne plemiona mają różne metody przekraczania granic świata materialnego ale Kościół Pejotlowy obejmuje właściwie wszystkich etnicznych Amerykanów: od Czarnych Stóp i Siuksów na północy poprzez Szejenów i Hopi do Apaczów i Komanczów na południu. To właśnie wódz Komanczów, Quanah Parker był jednym z pierwszych liderów – wówczas jeszcze nie Kościoła ale Religii Pejotlowej – człowiekiem, który rozpoczął walkę o prawo do swobody praktyk religijnych związanych z zażywaniem halucynogenów.
Są jakieś inne poza środkami halucynogennymi „katalizatory” ułatwiające Indianom wchodzenie w sferę bytów niematerialnych?
Siuksowie czy Szejeni czyli ludy północy łączą się z obszarami spirytualnymi poprzez serię obrzędów składających się tak zwane poszukiwanie wizji (vision quest). Indianin, który odczuwa potrzebę wzbogacenia swojej duchowości przechodzi najpierw przez rodzaj łaźni parowej. W krytym skórami szałasie polewa wodą rozżarzone kamienie i poci się przez kilka godzin. Po oczyszczeniu ciała udaje się na odludzie, gdzie rozpoczyna medytacje. Jeśli duchy są mu przychylne, zsyłają widzenia. Siuksowie i Szejeni z reguły wyruszają na poszukiwanie wizji w rejon Czarnych Wzgórz (Black Hills) w Dakocie Południowej. W wierzeniach Indian prerii rejon ten – nazywany przez nich Paha Sapaha – stanowi miejsce święte, centrum wszechświata. Punkt, w którym koncentruje się cała mistyczna energia przenikająca kosmos. Siuksowie mówią, że „każdy byt ma swoją pieśń, którą dostał od Wielkiego Ducha ale najwspanialszą pieśń śpiewają Czarne Wzgórza”. Do tej pory nie przyjęli od rządu Stanów Zjednoczonych pieniędzy za ten obszar ich dawnego terytorium. Zapłata, która na nich czeka urosła do ogromnych rozmiarów jednak Indianie chcą odzyskać ziemię. Nie mogą pogodzić się z istnieniem w okolicach Black Hills knajp, gdzie turyści chlają piwo i grają w pokera. To dla nich świętokradztwo. Najbardziej jaskrawym przejawem nieliczenia się białych z uczuciami religijnymi tubylców jest oczywiście wykucie w świętych skałach megalomańskiej rzeźby przedstawiającej głowy czterech prezydentów. To mniej więcej tak jakby Szwedzi kupili Jasną Górę i otworzyli tam swoje muzeum narodowe.
Spotkałeś kiedyś Indianina szukającego wizji?
Byłem świadkiem poszukiwania wizji przez Szejena, który z całą rodziną przyjechał pod Bear Butte. Góra ta leży na uboczu łańcucha Black Hills i wygląda jak gigantyczny mrówczy kopiec. U podnóża stoją setki szkieletów po starych szałasach. Z niektórych zostały już tylko paleniska. Jeśli Czarne Wzgórza są dla Indian świątynią to Bear Butte jest ołtarzem. Przez wieki stanowiła i nadal stanowi cel pielgrzymek z całej Ameryki. Po opuszczeniu łaźni parowej, mój znajomy – na codzień policjant pracujący w rezerwacie Szejenów – zaczął wspinać się po zboczu. Nie widzieliśmy go przez cztery dni i cztery noce. Nie wziął ze sobą żadnych zapasów, ani jedzenia ani picia. Przez cały czas modlił się i medytował. Po zejściu z góry – właściwie sprowadzono go stamtąd, bo ledwo trzymał się na nogach – ponownie przeszedł przez łaźnię. Potem podziękował wszystkim którzy wspierali go psychicznie swoim oczekiwaniem dotykając ich. Cała ceremonia zakończyła się wspólnym wypaleniem fajki pokoju. Przez te cztery dni nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Atmosfera była zbyt poważna, głupio mi było wyciągnąć aparat. Parę fotografii zrobiłem dopiero w czasie uczty, na którą zostałem zaproszony po zakończeniu obrzędów.
Czego się nauczyłeś od Indian?
Pewien starszy człowiek powiedział mi kiedyś, że wszystko co nas otacza żyje. Nie myślę o zwierzętach – bo one nie tylko żyją ale mają własny język, obyczaje i psychikę. – stwierdził ten facet – Myślę o drzewach, skałach, trawie. Przez drzewo, skałę i trawę przemawia Wielki Duch ale biali są głusi. Myślę… mam nadzieję, że nauczyłem się doceniać ważność tego co mnie otacza. Nauczyłem się szacunku dla prostych, oczywistych wartości, o których ludzie Zachodu zapomnieli: uczciwości, przyjaźni, lojalności. Cywilizacja zabiła w nas naturalne dążenie do harmonii. Indianie cały czas noszą je w sobie.
Kiedy pojawiło się w tobie poczucie, że potrzebujesz kontaktu z tym rodzajem duchowości? Czy wyjechałeś z Polski z powodów materialnych czy po to by skonfrontować swoje wyobrażenia o Indianach z rzeczywistością?
Kiedy byłem mały podobały mi się indiańskie pióropusze. Uważałem, że są o wiele piękniejsze niż zimne, złote korony różnych tyranów. Potem oczywiście czytałem Karola Maya a z czasem coraz więcej książek historycznych, przede wszystkim napisanych przez Indian. Jak wiesz w Polsce obracałem się w środowisku muzyków rockowych, gdzie każdy szukał jakichś źródeł duchowej inspiracji ale jedynym człowiekiem, który rozumiał moją potrzebę zaczerpnięcia ze świadomości Indian był Tomek Budzyński z zespołu Armia. Powiedział kiedyś: Dla mnie Indianie są jak elfy. Przyczyn mojego przyjazdu do Stanów było wiele ale czynniki materialne odegrały niewielką rolę, a fascynacja Indianami ogromną.
Przygotowałeś wystawę swoich fotografii w Muzeum Etnograficznym w Warszawie.
Przede wszystkim mam gotową książkę – zbiór zdjęć zrobionych podczas tak zwanych pow wow, kiedyś najważniejszych uroczystości plemiennych, obecnie stanowiących rodzaj festynu ludowego. Szukam wydawcy. Jeśli chodzi o wystawę to do pokazania moich fotografii dyrektorowi Muzeum Etnograficznego namówiła mnie przyjaciółka Tereska Seda, która mieszkała przez pewien czas w Nowym Jorku, a teraz zajmuje się projektowaniem mody w Warszawie. Dyrektor Suliga powiedział, że do Polski nikt jeszcze nie przywiózł tego rodzaju zdjęć. Nie jestem zawodowym fotografem, ale moje zdjęcia mają tę zaletę, że są robione przez człowieka będącego niejako w środku wydarzeń. Nie powstają w wyniku przypadkowych pstryknięć przypadkowego obserwatora.

Autor: Piotr Milewski