Dyscyplina wewnętrzna

13

Powiedzmy sobie szczerze: dyscypliny wewnętrznej nie ma prawie nikt, a te nieliczne wyjątki to zaburzeni psychicznie geniusze.

Większość książek, które ludzie dziś kupują, poświęconych jest nie losom hrabianki lub tajemnicy templariuszy, lecz samodoskonaleniu się. Jak zdobyć przyjaciół, Sto sekretów milionerów, Zrealizuj swój potencjał. Wiele z tych publikacji dostępnych jest tanio, w wersji elektronicznej. Jak tu sobie nie kupić czasem za parę dolarów porad, jak poprawić swój charakter i szanse w życiu?
Jedną z dziedzin, na którą podobno mamy wpływ, jest dyscyplina wewnętrzna.
Człowiek nie posiada dyscypliny wewnętrznej, dlatego musimy być do wszystkiego zmuszani. Na tym polega przecież wychowanie dziecka (choć współcześni Amerykanie skłonni byliby raczej pozwolić dzieciom na wszystko, żeby nie zranić ich wrażliwej psychiki). Uczymy się wszystkiego w życiu przez zewnętrzne nakazy i instrukcje. Musimy być włożeni w ramy czasowe, mieć terminy, zobowiązania, kary i nagrody, musimy mieć w perspektywie szczęście i majątek – albo biedę a nawet więzienie, aby nas odstraszyć od czynności nielegalnych.
Zaczynamy wcześnie. Wmuszamy w dziecko kaszkę, uczymy je, co jest dla niego dobre a co szkodliwe, co robić wypada, a co nie. Normy zachowania, savoir-vivre są takimi typowymi, zewnętrznymi nakazami, którymi kierujemy się w kontaktach z innymi ludźmi. Na bezludnej wyspie nakazy dobrego tonu byłyby przecież niepotrzebne.
Od dawna posyłanie dzieci do szkoły jest czymś oczywistym dla całej ludzkości, od krótszego czasu standardem społecznym jest powszechna i obowiązkowa edukacja. Zwykle obejmuje ona kilka lat, mniej więcej polską szkołę podstawową, innymi słowy – edukację do wieku 14-16 lat. Później różnie z tym bywa. Są państwa, gdzie oczekuje się dalszej nauki, w gimnazjum czy choćby w szkole przysposabiającej do zawodu. W Stanach modne jest ostatnio nawoływanie wszystkich do pójścia do college'u. Skutkiem tego będziemy mieli niedługo świetnie wykształconych sprzedawców w sklepach Target i kawiarniach Starbucks, ale to inny temat. Ważne, że także edukacja w college'e a potem na uniwersytecie, opiera się na przymusie zewnętrznym. Sprawdzana jest punktualność, obecność na zajęciach, uczestniczenie w dyskusjach, oddawanie na czas zadanych prac. Forma eseju, świętość amerykańskiego programu nauczania, także jest narzucana. Potem ktoś może eksperymentować sobie ze stylem wiersza lub tekstu piosenki, ale esej ma być skonstruowany jak trzeba.
Istnieje w niektórych krajach, w tym w Stanach, opcja uczenia dziecka w domu. I wtedy jednak nauczająca mama lub tata muszą trzymać się obowiązującego programu i liczby godzin nauki, a także pokazywać owoce tej nauki – eseje, testy, sprawdziany.
Człowiek jest z natury leniwy i gdyby nie musiał, nie pracowałby. Przymusza go do tego konieczność – żeby wykarmić rodzinę, rolnik musi o każdego dnia o świcie iść na pole a jego żona – doić krowy i karmić zwierzęta. Przedtem do tych czynności zostali przyuczeni, zmuszeni, przez surowych rodziców. Rolnik to jednak rodzaj prywatnego przedsiębiorcy. Większość ludzi pracuje dla kogoś innego. Oczywiście nienawidzą swojej pracy oraz szefa i rozpowiadają, do jakich to dochodzi w biurze absurdów, marnotrawstwa, i jakie niezdrowe panują tam układy. Wydaje się jednak, że mimo tych patologii życia biurowego, z człowieka ciągle więcej się wyciśnie, jeśli ktoś go będzie pilnował. Owszem, biuraliści wykonują prywatne telefony, grają na komputerze, oglądają buty do kupienia online ale ciągle jednak zerkają za ramię, ciągle liczą się, że ktoś ich pilnuje i pogania.
Dzięki temu jakoś to wszystko funkcjonuje, produkty są dostarczone, praca wykonana. Musimy mieć jakieś ramy, od 9 do 5, przerwa na obiad, reguły, czego nie wolno.
Ostatnio coraz modniejsza staje się praca w domu. Sądzi się, że coraz więcej ludzi wybierze – albo zostanie zmuszonych do wybrania – taki sposób zarabiania. Teoretycznie, powinni być równie wydajni: nie muszą pracować na pokaz, wysyłać niepotrzebnych memos i robić zbędnych prezentacji, nie trwonią energii na politykę biurową. Nie tracą też czasu na dojazd i mogą układać dzień wedle swojego upodobania czy zegara biologicznego. Ciągle jednak wydaje mi się, że ludzie zwykle nie mają dyscypliny wewnętrznej. Posłuchajcie tylko, do czego próbują zmusić nas książki: najpierw wykonuj rzecz najważniejszą, potem mniej konieczne. Miej codzienne ten sam rytm dnia. Wstawaj rano. Gimnastykuj się. Jedz lekko i zdrowo. Nie pij, nie pal, ograniczaj kofeinę. Przykładami służą piszące poradniki samotne matki wychowujące kilkoro dzieci i w przerwach między karmieniem a sprzątaniem zarabiające jako konsultantki komputerowe. Nadkobiety, zresztą też zmuszone do takiej dyscypliny okolicznościami zewnętrznymi. Kiedy indziej daje się nam przykłady wybitnych pisarzy zasiadających codziennie o piątej rano do pisania i tworzących przez np. równe cztery godziny. Może i tacy są, ale inni są rozwichrzeni, szukają dniami i nocami oraz w nieprzyzwoitych okolicznościach inspiracji i podniety.
Źle wróżę cywilizacji, która będzie polegała na naszej samodyscyplinie. Poradzą sobie tylko osoby o tzw. borderline personality, czyli pedantyczni i zorganizowani na pograniczu manii, kompulsywności. Będą też prosperować ci, którzy myślą wyłącznie o sobie kosztem innych, dla których szansa bycia bogatym czy sławnym jest wystarczająco silnym wewnętrznym motywatorem.
A pozostali? My naprawdę jesteśmy jak dzieci, jak psy domowe – potrzebujemy komend, rygoru, oczekiwań wobec nas, stawiania nam zadań i rozliczania z nich. Szkoły kiedyś skończymy, do wojska wszyscy nie pójdziemy. Kto nas weźmie, kto nam da szansę i potem wyciśnie jak cytrynę?

Autor: Jan Latus