Ebola – epidemia strachu

11

Ebola jest pięknym wirusem, bardzo obiecującym, jeśli nie w szerzeniu pandemii, to w rozprzestrzenianiu poczucia zagrożenia.

Na nikim już nie robią większego wrażenia konflikty na Bliskim Wschodzie – wiadomo, spaprana robota, która właśnie się odbeka.
Krucjata nielegalnych latynoskich dzieci w południowych stanach USA? Za kilka lat dorastających nastolatków – tych, którym udało się przedrzeć przez szlabany, kordony i łapanki – postraszy się batem deportacji i pokaże marchewkę janczarskiej służby na rozgrzebanych przez Amerykanów wojnach. Mięso armatnie, tanio – super!
Sankcje dla Putina za złe zachowanie? Pusty śmiech dla myślącej mniejszości.
Większość łyka jednak treść ruchomych obrazów w TV, choć nudą wieje z rozgrywek między sunnitami i szyitami, tak się powtarzają; aż tu nagle zaskoczenie. Trzeba na chwilę przestać przeżuwać hamburgera, aby się skoncentrować na wieści o apokalipsie nazwanej ebola.
Wirus, który ożywił się kolejny raz w krajach zachodniej Afryki, może spełnić wiele zadań i na różnych płaszczyznach straszenia. Wiadomo z badań nad opinią publiczną, że przeciętny Amerykanin nie pofatyguje się, aby przeczytać sprzeczne ze sobą źródła w celu wyciągnięcia własnej średniej rządowego kłamstwa. Dlatego nie dowie się, czy panika jest uzasadniona, czy jedynie wystarczy ominąć wycieczkę na Czarny Ląd. Nie wnikając w problem, pod wpływem zmanipulowanych informacji uwierzy, że jego sąsiad już jest umierający, a on sam lada moment zachoruje. Nie ma znaczenia, że do takiej zarazy raczej nie dojdzie, bo wirusy są obojętne na propagandę, która jest powietrzem morowym de facto, a nie ebola. W podobny sposób Orson Welles zaczarował naiwnych Amerykanów słuchowiskiem „Wojna światów” w 1938 roku. Psychoza strachu ogarnęła słuchaczy, którzy uwierzywszy, że kosmici są za płotem, dokonali masowego eksodusu z New Jersey. Ciekawe, czy i teraz da się tak manipulować narodem.
EBOV szybko się namnaża, a szanse wyzdrowienia są dość marne, skoro śmiertelność może osiągnąć 90%. Niemniej należałoby podać do wiadomości publicznej, że nagłe pojawienie się ognisk choroby (outbreak) nie jest równoznaczne z epidemią, a już na pewno nie z pandemią. Sama budowa i fizjologia wirusa nie pozwala na rozprzestrzenienie zagrażające światu. Zarażenie się ebolą nie należy do najłatwiejszych, bo następuje przez krew i inne płyny ustrojowe, podobnie jak w przypadku HIV. Z tą różnicą, że HIV może się inkubować przez wiele lat, podczas gdy eboli zajmuje to kilka dni, czyli ma znacznie mniej czasu na rozsiewanie zarazków. AIDS miał pochłonąć niezliczone ofiary. Jak wiemy, zebrał hekatombę, nie zagroził jednak populacji ludzkiej. Jeśli już nastąpi zakażenie gorączką krwotoczną ebola, to po pierwsze, inkubacja trwa tydzień, zatem przedobjawowe roznoszenie wirusa trwa krótko, po drugie, wkrótce widać symptomy, po trzecie, rychła śmierć kończy rozprzestrzenianie zarazy. Dlatego do 6 sierpnia 2014 roku stwierdzono jedynie 1779 przypadków, a zmarło tragicznie 961 osób.
Aby wirus ebola stał się zagrożeniem dla całego świata, musiałby zmutować i zacząć przenosić się drogą kropelkową (przez oddychanie), przy utrzymaniu wszystkich pozostałych śmiercionośnych właściwości, co z kolei jest mało prawdopodobne.
Prawdopodobne jest natomiast, że umiejętnie podgrzewana atmosfera niepewności wyda owoce. Zacznijmy od pytania: dlaczego antyserum ZMapp podano jedynie dwojgu – białych – chorych? Czy przypadkiem nie czeka się na odpowiedni moment, aby szczepionkę zacząć sprzedawać z właściwym zyskiem? Przecież są opracowywane metody wykorzystywania antyciał przeciw temu wirusowi, ale wysilać się dla kilku tysięcy zagrożonych, wepchniętych w dżungle i mokradła Afrykanów? Żaden interes, lepiej wejść na rynek sterowany korporacyjnie i sprzedać społeczeństwu sparaliżowanemu lękiem przed potworną chorobą?
Zastanówmy się nad jeszcze jednym: jeśli chorych jest mniej niż dwa tysiące, dlaczego nie podać antyserum wszystkim? To nie epidemia polio wymuszająca szczepienia setek tysięcy zagrożonych, wręcz całe narody. Może szkoda zniszczyć tak obiecujący wirus?
Z międzynarodową pompą, ale bez czerwonego dywanu, przywieziono dwoje zarażonych Amerykanów do ojczyzny. Komentarz CNN był następujący „no to mamy ebolę na ziemi amerykańskiej”. Nie mamy! Śmiem sprostować i nie zastosować się do mentalności słuchaczy „Wojny światów”. Przetransportowano do USA dwoje ozdrowieńców, którym podano antyserum i zapakowano szczelnie jak bombonierki, aby zawartość nie zwietrzała. Bardziej już bałabym się zarażenia cholerą, bo co roku stwierdza się około 7 przypadków, a nie jest wykluczone, że pojawia się więcej, choćby wśród nielegalnych emigrantów. O cholerze należy milczeć, bo FDA nie rekomenduje szczepionki wyprodukowanej w jakimś dziwnym kraju na antypodach ziemskich, a zwanym Szwecją. Nie jest istotne, że Dukoral zaakceptowało 60 państw – FDA wie lepiej. Tłumaczy się, że obywatele amerykańscy lecący w tropiki nie dostają zabezpieczenia w postaci tego medykamentu, bo nie jest on stuprocentowo skuteczny. A jaki lek daje 100% gwarancji? Epidemiologicznie groźniejsza niż ebola jest w Stanach Zjednoczonych malaria, bo stwierdzono 1925 przypadków w roku 2011, i wcale nie byłabym spokojna o gruźlicę – 9588 chorych jedynie w 2013 roku. Nie zapominajmy o polio, którego pojedyncze przypadki zostały szczęśliwie dowiezione do USA i bynajmniej nie w lotniczych separatkach. Dobrze trzyma się w Ameryce trąd: zarejestrowano 6500 przypadków, a w roku 2013 przybyło 213 trędowatych. Syfilis ma się świetnie – obecnie choruje na niego prawie 18 tysięcy osób i jest to o połowę więcej niż w roku 2000.
I na deser dżuma. Każdy gryzoń przebiegający nasze podwórko może nieść w futerku tę zarazę. Pięć lat temu zmarł na nią lekarz w Chicago. W stanie Oregon w 2012 stwierdzono jeden przypadek. Szacuje się również, że każdego roku w USA 5-15 osób zaraża się tą chorobą.
Czy bać się eboli, czy też nie – zadajmy sobie ponownie pytanie.

PS:
Amerykanie kochają podróżować, równocześnie rozumiejąc, że lotniskowe prześwietlania, zdejmowania butów, patroszenia bagaży są dla ich dobra. Tłoczą się, pocą, ale stosują się do wymogów. Gdyby tak do tego całego zamieszania dołączyć obowiązkową immunizację? Nie szczepiłeś się, nie lecisz. Jeśli nie miałeś czasu, możesz procedury dopełnić na lotnisku. Oczywiście pojawią się sceptycy chcący ominąć ochronne działanie państwa i pojadą samochodem. Na nic. Zbóje na rogatkach dopadną. Z uśmiechem ćwiczonym na szczerość przypomną, że wstęp do danej aglomeracji miejskiej jest dozwolony jedynie za poświadczeniem inokulacji przeciw eboli. Nie ma certyfikatu? To nic, proszę bardzo, tutaj jest kiosk, w którym można szybko i wygodnie nabyć preparat. Dla ubezpieczonych – guziczek zielony, koszt 1500 dolarów, a dla nieubezpieczonych, jak w przypadku szczepień przeciw grypie, 15 dolarów i guziczek niebieski. 318 milionów dawek, tyle ile w przybliżeniu liczy populacja Stanów Zjednoczonych.
Można by nakręcić film akcji o pościgach za dysydentami antyszczepionkowymi.

Autor: Halina Kaczmarczyk