Ekstremiści i DNA

25

Zapytany kiedyś w wywiadzie, dlaczego w ogóle wspinał się na Mount Everest, znany himalaista George Mallory odpowiedział: „Because it’s there”.

A przecież i wcześniej i później naukowcy, ale także zwyczajni ludzie, których nigdy nie ciągnęło w góry, pomimo, że one są, ciągle próbują rozwikłać zagadkę himalaizmu czy w ogóle – sportów ekstremalnych.
Po co ludzie to robią? Przecież ryzyko jest olbrzymie, a na dobrą sprawę nic z tych wyczynów nie wynika. Zdobywanie kolejnych ośmiotysięczników nie przysparza wiedzy, nie rozwija technologii, nie bierze się z żadnej konieczności zbiorowej, naukowej, politycznej czy społecznej i nie służy niczemu konkretnemu.
Z drugiej strony, wiele jest na świecie aktywności angażujących jeszcze większe środki materialne i budzących skrajne zbiorowe emocje, które są równie mało praktyczne. Sport na przykład.
Olimpiady czy mundiale dostarczają przynajmniej rozrywki milionom kibiców, oglądane na żywo i transmitowane, w czasie rzeczywistym, przez wszystkie telewizje świata. Tymczasem jak dotąd nie wymyślono chyba żadnego high mountains reality show (choć w tej dziedzinie zapewne jeszcze wszystko przed nami). Zmagania pogromców szczytów z górami, pogodą, samotnością i własną słabością znamy jedynie z rzadko kręconych dokumentów i krótkich komunikatów w dziennikach. Po co więc to wszystko?
Powstało wiele, bardziej lub mniej wiarygodnych, studiów osobowości himalaisty, które – w zależności do metodologii – skupiają się bądź to na przymiotach niezbędnych do uprawiania tego sportu, bądź też cechach charakteru, które rzekomo przesądzają o wyborze takiej życiowej ścieżki, czy – jak w tym przypadku – raczej perci.
Co do przymiotów, na pierwszych miejscach listy króluje poszukiwanie trudnych wyzwań, odwaga, upór i konsekwencja w działaniu oraz ponadprzeciętna odporność psychiczna, a także zdolność do szybkiego podejmowania decyzji.
W kategorii cech negatywnych panuje większa rozbieżność ocen. Himalaizm miałby przyciągać jednostki o niestabilnej osobowości i niesprecyzowanej tożsamości, które – zdobywając szczyty – pragną w ten sposób coś udowodnić, głównie sobie. Toteż do alpinizmu mieliby mieć skłonność egoiści o odchyleniu narcystycznym, z tendencją do autoagresji (szczytów nie zdobywa się bez bólu i ryzyka). Wysokie góry stanowić by też miały wyzwanie dla osób próżnych i żądnych sławy, które nie potrafią zaspokoić tej swojej potrzeby na inne sposoby. Na wysokie szczyty miałaby pchać takich ludzi ambicja i potrzeba dokonania rzeczy wielkich, ale dokonania ich niejako dla siebie, bo – jak już była mowa wyżej – dla wspólnoty nic z tych wyczynów konkretnego nie wynika. Przyjęliśmy jednak – w pakiecie mitów odziedziczonych po romantyzmie – że włażenie na szczyty godne jest podziwu i miejsca w serwisach agencji prasowych.
Niektórzy badacze zwracają też uwagę na okoliczność, że wspinanie się może być – przynajmniej dla niektórych fanatyków tego sportu – przymusem psychicznym, jak każde uzależnienie. Tego rodzaju podejrzenia powzięto po nowych badaniach dotyczących psychologii sportów ekstremalnych. Z owych studiów wynika bowiem, że dla części nieustraszonych skydiverów, windsurferów i narciarzy zjeżdżających z najwyższych szczytów na krechę, uprawianie tego, co uprawiają jest jak konieczna do życia dawka narkotyku. Mózg, który dzięki nowym technologiom obrazowania odsłania nam coraz więcej ze swoich wstydliwych tajemnic, ujawnił bowiem, że podczas uprawiania sportów obciążonych dużym ryzykiem aktywizuje się nam ośrodkowy i autonomiczny układ nerwowy, produkując coś na kształt naturalnych substancji psychoaktywnych. W takich stanach człowiek doświadcza euforii, której nie da się porównać z innymi emocjami. Czasami sporty graniczne prowadzą nawet do doświadczeń z gatunku mistycznych.
Badaniem pod tym kątem mózgów ekstremistów pierwszy zajął się Marvin Zuckerman, który przy okazji dokonał też podziału naszego gatunku na dwa typy, w zależności od reaktywności układu nerwowego. Większość z nas reprezentuje postawę unikającą, omijając niebezpieczeństwo, choć ceną za nudne, spokojne życie jest deficyt skrajnych emocji.
Mniejszość to zaś osoby poszukujące, które potrzebują silnej stymulacji, jak powietrza. Poszukiwacze potrzebują do życia coraz to nowych wyzwań i doświadczeń, przejawiają gotowość do podejmowania ryzyka, często wiążącą się z podwyższonym poziomem agresji, brakiem zahamowani i impulsywnością, i są mało odporni na nudę i monotonię dnia codziennego. Takie osoby cechuje apetyt na życie, są kreatywne, spontaniczne i optymistyczne, marnie wychodzą im natomiast zadania wymagające koncentracji , planowania, wytrwałości i samokontroli. Ot, duże dzieci. Problem w tym, że one nie tyle nie chcą, co nie mogą dorosnąć, ze względu na okoliczność, że mają to wrodzone. Jak dowiodły dalsze badania prof. Zuckermana, podłoże osobowości poszukiwacza tkwi w biologii, a konkretnie w pętli: kora – układ siatkowy. Dla himalaistów typowy jest niski poziom aktywizacji tych fragmentów mózgu, co wyraża się w niewielkim poziomie nieuroprzekaźników stymulujących tak zwany układ nagrody. W przekładzie z języka neurobiologii na nasze znaczy to, że aby poczuć się dobrze, poszukiwacze muszą doświadczać bodźców, które u większości z nas zamiast zadowoleniem skutkują raczej przerażeniem. Na dobrą sprawę wszystko sprowadza się do dopaminy i jej receptorów w jądrze półleżącym. Sprawność jej receptorów zależy zaś od raptem jednego genu – D4DR. Normalnie, do wywołania poczucia przyjemności wystarczy porcja lodów malinowych, dobra komedia czy książka albo równie dobre towarzystwo i rozmowa przy winie. Poszukiwacz, żeby osiągnąć podobny poziom satysfakcji, musi wejść na K-2, najlepiej zimą.
Jak dowiodła nauka, która ma to do siebie, że demaskuje coraz to kolejne romantyczne mity, gór nie zdobywa się więc wcale dlatego, że są. O tym, kto w nie pójdzie, przesądza bowiem, jak się okazało, nie tyle ideologia, co biologia.
To właśnie dlatego jedni z nas, wyposażeni w geny poszukiwaczy, z braku gór potrafią wspinać się na wieżowce. Podczas gdy inni, z genami unikaczy, nigdy nie wejdą na żadną, choćby mieszkali w Zakopanem.

Autor: Marian Chlabicz