FestiwaLOVE kino Hanny Hartowicz

10

"Już przed urodzeniem miałam w głowie film".

Jej matka, dziś 88-letnia, aktywna pisarka, w czasie okupacji pracowała w zakładzie fotograficznym na Pomorzu. „Tam, gdzie się dzieje film 'Róża'” – napomina Hanna. (Porównania tego typu stosuje nader często, jakby w jej mózgu wykształcił się dodatkowy ośrodek, odpowiedzialny za skojarzenia filmowe). Kiedy matka, rok po wojnie, zdała na reżyserię do łódzkiej szkoły filmowej, Aleksander Ford, ze względu na wyjątkową urodę, chciał przenieść ją na aktorstwo. Los chciał inaczej.
„Mama była fotografką, prawdziwą artystką! W domu urządziła ciemnię”. – wspomina. Oczy czteroletniej Hani ledwie spoglądały ponad stół, kiedy wspinała się na palce, żeby oglądać narracyjne historie, jakie z wywołanych zdjęć układała dla niej mama. Czego zobaczyć się jej nie udało, pozostawiała oczom wyobraźni.
Do dziś uważa matkę za najmądrzejszą osobę z rodziny. „Ma w sobie szlachetność i prawość, o jakie trudno w dzisiejszym zagonionym świecie. Jest bezkompromisowa”. Może dzięki tej silnej relacji ona sama ma tak dobry kontakt z córkami: Sylwią (33) i Weroniką (26). To rodzina o silnej linii żeńskiej. Ojciec pochodził z Kresów Wschodnich. Po wojnie, razem z rodziną przesiedlono go do Wrocławia. Z wykształcenia chemik, pracował jako dyrektor dużego przedsiębiorstwa. Jego córka mówi, że był światłym człowiekiem i najwspanialszym mężczyzną, jakiego znała. W lecie chce z córkami wyruszyć w rodzinne strony ojca, których on nie zdążył odwiedzić. — „Do kogo jesteś podobna?” – wtrącam. — „Ja? Nie wiem… „– wydaje się speszona. Artystyczną duszę i zdolności ma po mamie, po ojcu zaś umiejętności organizacyjne.
Przyszła dyrektor Festiwalu Filmów Polskich w Nowym Jorku, wyssaną z mlekiem matki pasję filmowo-teatralną skrupulatnie rozwijała. Jako dwulatka miała w repertuarze około 40 wierszy. Na aktorkę jednak — jak sugerowała jej mama — była za brzydka. „Przy niej trudno było być ładnym. Była pięknością na miarę hollywoodzkich gwiazd kina”. Po skończeniu polonistyki na UW, Hanka zdała na reżyserię do łódzkiej filmówki. Zanim rozpoczęły się zajęcia, wygrała ogólnopolski konkurs, w którym Andrzej Wajda szukał asystenta reżysera. Tak dołączyła do jego Zespołu X — zbiorowego autora kina moralnego niepokoju. Wtedy poznała Agnieszkę Holland, drugą członkinię wajdowskiej grupy. Pierwszą pracę dostała jako asystentka Krzysztofa Zanussiego przy filmie „Hipoteza”. Była drugim reżyserem słynnego „Wodzireja” Feliksa Falka. W jednej ze scen wystąpiła z grającym tytułową rolę Jerzym Stuhrem. Asystowała też przy „Potopie” Jerzemu Hoffmanowi.

Podwójne życie Hanny

Pracując z Zanussim, poznała Irka. Razem zdawali do filmówki. On na wydział operatorski. „Mieliśmy po dwadzieścia parę lat, po parze dżinsów i chcieliśmy robić filmy. Robiliśmy filmy, wymyślaliśmy scenariusze. I wierzyliśmy, że tak będzie”. Pobrali się na drugim roku studiów. Ich marzenia przytłaczała rzeczywistość PRL-u. Wyjechali do Stanów. Tęskniła za krajem i za swoja pracą. „Znaleźliśmy się w New Jersey, w wielkim domu, w którym mieszkała grupa Polaków, wśród nich aktorzy z teatru „Laboratorium” i sam mistrz Jerzy Grotowski”. Trzymali się razem. Kiedy doszło do niej, że nie będzie mogła robić tam filmów, amerykańska wycieczka przestała mieć dla niej sens. „Nie znałam języka, miałam malutkie dziecko, nie mieliśmy w ogóle pieniędzy”. Po ośmiu miesiącach wróciła do Polski. Zrobiła film dyplomowy. W głowie miała kolejne.
Była drugim reżyserem na planie „Przesłuchania”, kiedy wybuchł stan wojenny. Władze rozwiązały Zespół X, ekipa straciła pracę. Hanna wspomina, że w ich montażowni zbierało się wówczas „pół Warszawy”, żeby na stole montażowym oglądać odstawione na półki przez cenzurę na osiem lat „Przesłuchanie”. Na ponowny wyjazd z Polski czekała do 1984 roku.
W Nowym Jorku z Mariolą Olbińską realizowała „Profiles of Art”. Cotygodniowy program telewizyjny w języku angielskim emitowany był w trzech stanach. „Zrobiłyśmy około 70 odcinków. Naszymi gośćmi byli zarówno artyści, którzy dopiero zaczynali swoje amerykańskie kariery, jak Janusz Kapusta, Rafał Olbiński czy Lech Majewski, jak i słynne już postaci, na przykład Jerzy Kosiński. Czułyśmy, że polscy twórcy mają wielką siłę. Chyba już wtedy zrodził się w mojej głowie pomysł festiwalu”. Chociaż praca dawała jej satysfakcję, jeszcze przez lata „wracała do Polski”. Zdecydowała się zostać, żeby jej dzieci nie przeżywały tego, co ona – emigracji.
„Myślę, że trzeba być bardzo silnym, żeby przetrwać w nowym środowisku, bez rodziny i przyjaciół, bez kultury i ojczystego języka. Podczas kolejnego kryzysu pod koniec lat 80. otuchy dodawał jej Krzysztof Kieślowski. „Nie możesz wrócić do Polski, choćby ze względu na Weronikę. Obiecaj, że nie wrócisz, a ja ci obiecam, że zrobię film” — przekonywał. „'Podwójne życie Weroniki' jest inspirowane moją córką”.
„Emigrując, oddajemy wiele. Dostajemy za to możliwość sprawdzenia się na głębokiej wodzie. Stopnie trzeba stawiać coraz wyżej, bo w Nowym Jorku energia jest tak silna, że zatrzymana, ściągnie w dół. Wśród swoich największych przedsięwzięć zawodowych, oprócz festiwalu wymienia: pracę nad zrealizowaniem przeglądów filmów Agnieszki Holland i Romana Polańskiego w MoMA i współpracę z Criterion Collections przy wydaniu „Trzech kolorów” i „Podwójnego życia Weroniki” Kieślowskiego na DVD na rynku amerykańskim. Sukces odniosła także na gruncie rodzinnym – „Moje córki są samodzielnymi, odważnymi osobami. Bezbłędnie mówią po polsku”.

Nowy Jork w roli głównej

„Przestałam już tak bardzo tęsknić za Polską, ale zajęło mi to kilkanaście lat. Zresztą jeżdżę tam przynajmniej raz w roku. Nowy Jork pokochałam, za to, że daje mi dostęp do największej sztuki świata. Za tę energie! A muzea i muzyka są tu najlepsze na świecie. Nie muszę z tego, co oferuje Nowy Jork codziennie korzystać, ale świadomość, że mogę jest wspaniała! Stany są pięknym i ciekawym krajem, wartym zwiedzania i poznawania”.
Według niej ludzie majętni mają niepisany moralny obowiązek wspierać sztukę narodową. Bo ona, jako wspólne doświadczenie grupy etnicznej, trwale łączy i określa zbiorowość — wewnątrz i na zewnątrz. Wspierając sztukę, pomagamy samym sobie, w globalnym znaczeniu.
Energia przychodzi do niej falami. „Zorganizowanie festiwalu jest dużym, zbiorowym przedsięwzięciem. Pracują ze mną wspaniali, młodzi ludzie, którzy prywatnie zaprzyjaźnili się ze sobą. To też wspaniały sukces! Są jak moje dzieci. Dzięki nim nasz festiwal tętni życiem i warto go robić”. Po festiwalowym wysiłku kilkumiesięcznych przygotowań, jedzie do Polski, wybierać filmy na przyszły rok – tak odpoczywa. Potem rusza nad morze. Z tamtych terenów pochodzi. Stamtąd czerpie siłę.
Pisze opowiadania i scenariusz swojego wymarzonego filmu. Tytułu, treści, ani tematu nie zdradzi. Ostatnio użyczyła głosu do animacji Mariusza (Wilka) Wilczyńskiego. Ćwiczy jogę.
W dniach 3-8 maja po raz ósmy z rzędu odbędzie się NYPFF, tym razem w kinie Indie Screen na Williamsburgu. Jego szefowa uchyla rąbek tajemnicy: „Zapraszamy „Różę” Wojciecha Smarzowskiego, „Salę samobójców ” Jana Komasy, „W ciemności” Agnieszki Holland, kilka komedii dla przeciwwagi. Chcemy też zrobić trybut Andrzejowi Wajdzie, który jest patronem festiwalu i pokazać przegląd filmów studentów jego szkoły reżyserii, która obchodzi X-lecie. Zależy mi na tym, żeby studenci i młodzi filmowcy z Polski mogli zapoznać się z tutejszą młodzieżą i spotkać się z Nowym Jorkiem, który jest inspirującym i pięknym miastem!”

Autor: Anna Tarnawska