Gdzie się podziali ci wspaniali faceci z Hollywood?

23

Na ekrany wkroczyły dwa samcze typy: herosi i wredne typy.

Pierwszą męską gwiazdą kina maksymalnej wielkości został bez wątpienia Rudolph Valentino. Niemniej nie można go uznać za klasycznego samca, tym bardziej że powstał w opozycji do poprzedników.

Zdjęcie: Archiwum

Po I wojnie światowej potrzebny był nowy rodzaj amanta. Kobiety chciały kogoś innego niż krzepcy i weseli bohaterowie grywani przez Douglasa Fairbanksa (1883-1939) – na zdjęciu powyżej – i jemu podobnych.Cóż z tego, że byli męscy, przystojni i zawsze zwyciężali. Jak celnie zauważył Czesław Michalski w "Gwiazdach ekranu", ich znacznie bardziej interesowały sportowe samochody niż erotyczna przygoda. Oni byli raczej idolami chłopców, niż ulubieńcami pań. A te chciały kogoś niezwykłego, romantycznego i egzotycznego, i dostały. Michalski: "Dla powojennej, wyemancypowanej kobiety był symbolem wszystkiego, co piękne i zakazane; dostarczał jej erotycznego dreszczyku (…). Poważny, zamyślony i namiętny jako kochanek – Valentino był dla niej ucieczką od bezpiecznego wprawdzie, lecz nudnego życia z takimi właśnie zawsze uśmiechniętymi mężczyznami, jak Fairbanks". Gwiazda "Łacińskiego kochanka" wybuchła szybko i co prawda ciągle nie zgasła, ale aktor dożył zaledwie 31 lat.

Mężczyźni na 100%

Z pewnością nie męskość była główną cechą wrażliwych i nieposługujących się siłą, ale raczej sprytem, bohaterów starszego o sześć lat od Valentino (1895-1926) Charliego Chaplina. Niemniej poza nim i paroma wyjątkami kolejni najsłynniejsi aktorzy z fabryki snów reprezentowali różne typy męskości, które zniewalały kobiety, zaś u mężczyzn powodowały zazdrość lub wręcz przeciwnie, stawały się niedościgłym wzorem do naśladowania.
Trochę podobną osobistością kina amerykańskiego co Fairbanks został Errol Flynn. Prawdziwie sławny stał się, gdy ów poprzednik zakończył karierę. Domeną zawadiackiego Flynna było granie nieustraszonych, prawych śmiałków w filmach przygodowo-kostiumowych (wcielił się m.in. w piratów, Wilhelma Tella, Robin Hooda itp.). Występował także w filmach wojennych i westernach. Jego prywatne życie korespondowało z takim wizerunkiem, choć jego finał nie był tak barwny. Zanim z rodzinnej Tasmanii dotarł do Hollywood, z pewnymi trudnościami przechodził przez szczeble edukacji; relegowano go wielokroć za bójki oraz raz za seks z… praczką. Następnie pracował m.in. jako plantator tytoniu i poszukiwacz złota. Wiele mówiono o jego licznych romansach (dwie nieletnie dziewczęta oskarżyły go nakłonienie do współżycia; zdaje się, że chodziło o jedną sprawę… w każdym razie został uniewinniony), do tego był skory do awantur i bijatyk. Lubił alkohol i tytoń, później do uzależnień dorzucił jeszcze narkotyki. Nic dziwnego, że dożył tylko 50 lat (1909-1959).
Rok 1939 r. przyniósł jeden z najsłynniejszych melodramatów kina – "Przeminęło z wiatrem". Był on również momentem szczytowym w karierze przystojniaka z przedziałkiem i wąsikiem Clarka Gable’a (1901-1960). Zaczynał, jak większość, od drugiego planu i to ról nie zawsze pozytywnych; bywał "uroczym brutalem", a nawet przestępcą. Punktem zwrotnym okazała się komedia romantyczna "It Happened One Night" (1934) Capry. Po nim nastąpiła cała seria kreacji w wielkich hitach, w tym jako główny męski bohater w "Przeminęło…". Gdy trzecia żona Gable’a zginęła w katastrofie lotniczej, wstąpił do… lotnictwa! Za swe wojenne dokonania został parokrotnie odznaczony. Niestety, gdy wrócił z frontu, jego kariera nie odrodziła się.
Munduru nie przywdział inny hollywoodczyk całą gębą tamtych lat, niewiele starszy od Gable’a Humphrey Bogart (1899-1957). On także zaczynał od ról negatywnych, wręcz odrażających, by później grywać postacie raczej pozytywne, a wreszcie wystąpić w jedynym ekranowym wyciskaczu łez, jaki może się równać z "Przeminęło…", czyli w "Casablance". Wtedy już przeszedł metamorfozę i pojawiał się jako ten dobry – w dziełach wojennych i westernach, ale i komediach oraz oczywiście w kryminałach; najbardziej zasłynął jako prywatny detektyw. Ale nie tylko o tych wcieleniach pisał przesławny francuski krytyk filmowy André Bazin: "Człowieka bogartowskiego nie można określić doraźnym szacunkiem, jaki wzbudza, ani odwagą czy tchórzostwem. Można go określić jedynie dojrzałością egzystencji, dojrzałością, która nasyca powoli życie uporczywą ironią śmierci". Nic dziwnego że Bogart zachwycał obie płcie. A co do śmierci, ten namiętny palacz i konsument alkoholu miał powiedzieć przed ostatecznym odejściem: "Nie powinienem zamieniać szkockiej na martini".
Tylko nieco ustępowali sławą Bogartowi dwaj zaprzyjaźnieni artyści ekranu James Stewart (1908-1997) i Gary Cooper (1901-1961). Jeszcze raz zacznijmy od analogii – obaj wysocy (1,91 m) i przystojni w zbliżonym czasie wspięli się na hollywoodzki Olimp. Grali prawie wyłącznie postacie pozytywne, nierzadko wręcz krystaliczne, nierzeczywiste.

Nowe barwy i odcienie męskości

W latach 50. kino podbili już inni zupełnie mężczyźni. Największą sławę zdobyli James Dean i Marlon Brando. Tyle że pierwszy pozostał wrażliwym młodzieńcem, bowiem zagrał tylko trzy role i zginał za młodu w wypadku samochodowym (1931-1955). Zaś Brando przeżył wiele lat (1924-2004), niemniej bardzo szybko przybrał na wadze, a i nie grał nigdy wiele.
Kino made in USA lat 60. opanowują faceci, którzy z wiekiem nie tracą nic z seksapilu i męskości. Mam na myśli zwłaszcza świetnego aktora Gene Hackmana oraz operującego znacznie gorszym warsztatem, pierwszego i najbardziej "macho" Bonda Seana Connery’ego (obaj rocznik 1930). Podobnie upływowi czasu się nie poddawał długo Paul Newman (ur. w 1925) i młodszy prawie o dekadę wiecznie młody Robert Redford. Znamienne, że kolejne pokolenie władców na hollywoodzkim tronie – Al Pacino i Robert De Niro, dopiero dobrze po trzydziestce zmieniło się z młodych mężczyzn w prawdziwych facetów. Inaczej wyglądało to w przypadku Harrisona Forda, ten nawet jako młodzian był męski należycie.
Po tych panach na ekrany wkraczają dwa samcze typy: herosi, którym inne role nie przychodzą łatwo oraz szalenie męscy aktorzy, wszechstronni, mogący zagrać tak wybawcę świata (lub choć jego części) bądź zwykłych, nierzadko wrażliwych ludzi albo wredne typy. Pierwszych awangardę stworzyli Arnold Schwarzenegger i Sylvester Stallone. Poza tym do tej grupy zaliczają się m.in.: Chuck Norris (jak i dwaj panowie S rocznik 40), młodszy o dekadę Steven Seagal i o kolejną Jean-Claude Van Damme. Wyłącznie "Arnie" potrafił wyjść poza mocarne emploi. Poza tym tylko obecny gubernator Kalifornii oraz Chuck nie grają od paru lat, reszta a owszem, i to nadal jako niosący sprawiedliwość i/lub ratunek twardziele. Drugą kategorię wypełniają gwiazdorzy tak różni, jak Mel Gibson, Bruce Willis, John Travolta czy dawno poza pierwszą ligą Kevin Costner. No i Mickey Rourke, któremu udał się comeback (wszyscy urodzeni ok. połowy lat 50.).
Kolejną reprezentacją męskiej sztafety pokoleń są wieczni chłopcy. Prof. Grażyna Stachówna z filmoznawstwa na UJ tak to komentowała: "Zastanawia mnie, dlaczego w kinie hollywoodzkim amantami stali się teraz niemal wyłącznie aktorzy o aparycji niedorosłych chłopców, Leonardo DiCaprio urodzony w 1974 r., Brad Pitt czy Johnny Depp – obaj rocznik 1963. Ciągle nie rezygnują z chłopięcego emploi i chociaż bardzo ich lubię, to jednak budzą we mnie uczucia bardziej macierzyńskie niż romansowe". A jest ich znacznie więcej, choćby Keanu Reeves, Matt Damon, Will Smith bądź Colin Farrell (George Clooney należy więc do wyjątków, choć może to kwestia wieku, bowiem jednak za dwa lata stuknie mu 50.). Najmłodsi w rodzaju Tobeya Maguire’a (Spider-Man) czy Elijah Wooda (Frodo z "Władcy pierścieni") także mają niepoważne emploi. Obu (odpowiednio urodzonym w 1975 i 1981 r.) bliżej do Harry’ego Pottera – Daniela Radcliffe’a, który przyszedł na świat 20 lat temu niż do dojrzałego jegomościa.
Na pewno wcześniej czy później wrócą do ekranowego pierwszego szeregu prawdziwi faceci, tacy bez cienia chłopięcości, bi czy metroseksualizmu. Ale nowego Bogarta, albo innych opisanych bądź nie wymienionych powyżej, ale o których nie można zapomnieć, jak Spencer Tracy, Gregory Peck, Kirk Douglas, John Wayne czy Robert Mitchum już nie będzie. Miejmy więc tylko nadzieję, że jak każda epoka kina, zrodzi swoje mity i ich herosów. Niemniej póki co takich nie widać…

Autor: Łukasz Dziatkiewicz