Irak – ignorancja czy cenzura?

10

„Jeśli jesteśmy w niebezpieczny sposób niepewni, co wyniknie z wojny, do której prowadzi nas Naczelny Wódz, mający problem z rozpoznaniem stron konfliktu, w którym występują ekstremiści przeciw autorytarnym reżimom, krzycząc po obu stronach 'Allah Akbar', zatem pozwólmy, niech sam Allah to rozwiąże”. Sarah Palin

Amerykański rząd został szalenie zaskoczony lub zagrał komedię niedoinformowanego na wieść, że w Iraku trwa rewolucja, której celem jest radykalna zmiana granic na Bliskim Wschodzie. Obecny konflikt to sektarna nienawiść pochłaniająca ofiary cywilne jak każda inna wojna, czego nie trzeba tłumaczyć, a tym bardziej nie należy się dziwić. I nie wiadomo, jak reagować, bo miało być cicho i spokojnie, skoro USA zapowiedziały, a CNN transmitował odjazd czołgów z ziemi irackiej 18 grudnia 2011 roku. Dobrą nowinę na żywo przekazywał Anderson Cooper.
Fareed Zakaria we wstępie do GPS w dniu 22 czerwca 2014 roku przypomniał, że 15 lat temu cały Bliski Wschód znajdował się pod opresją dyktatorów popieranych przez zachodnie mocarstwa i jednym tchem wymienił Francję i Anglię. A o USA zapomniał? Wycięli? Czy pierwszy propagandysta CNN dokonał samocenzury bez względu na ogólnie dostępne dane o miliardowych „zapomogach” amerykańskich dla bliskowschodnich satrapów trzymających szyitów i sunnitów na krótkich smyczach?Może dał sobie wmówić, że to zwykłe kaczki dziennikarskie?
Candy Crowley tego samego dnia w swoim programie „State of the Union” wyraziła najwyższe zdziwienie w imieniu obywateli amerykańskich. „Wyobrażam sobie, że tydzień albo dziesięć dni temu większość Amerykanów została zaskoczona, że coś zwanego ISIS zajęło jedną trzecią Iraku.”
Szanowna Pani, oni nie tylko zajęli najważniejszą część Iraku, ale już tę część połączyli z północno-wschodnią Syrią. Idzie im dobrze tworzenie nowego Kalifatu – ale to nas zaskoczy za jakieś pół roku. Poza tym ISIS, czyli wojujący spadkobiercy Al Kaidy, są znani i doceniani przez wszelkie ekstremalne odłamy sunnickie, i do niedawna finansowani przez CIA.
Może lepiej, aby pani Crowley wypowiadała się w swoim własnym imieniu i nie obarczała większości Amerykanów brakiem rozeznania, gdy informacje zostały przeżute po wielokroć przez media, a sumy wydane na broń wszelkiego kalibru przeliczone na mleko i chleb dla niedożywionych dzieci amerykańskich.
Zaproszona do studia Dianne Feinstein (Ca – D) nie dziwiła się, że nikt niczego nie wiedział, usiłowała natomiast wyjaśnić sytuację, która zaistniała, choć nie powinna, bo oto ogłoszono demokrację i zadowolenie obywateli irackich. Pani senator ma prawo do własnej ideologii na temat granic tego kraju, ale wyjaśnianie fiaska działań militarnych za pomocą trudności w zdobywaniu danych szpiegowskich jest żenujące. Tłumaczenie, że służby specjalne nie mogły przebić się przez bariery kulturowe i środowiskowe pachnie amatorstwem, może nawet defraudacją funduszy przeznaczonych na szkolenia agentów. Chyba że służby wywiadowcze już nie pracują w ekstremalnie trudnych warunkach, gdzie należy użyć wyjątkowej sprawności intelektualnej przekraczającej prostackie hakerstwo NSA.
Z jednej strony CIA nie szkoli jak należy, z drugiej nieszczególnie może liczyć na współpracę miejscowych irackich donosicieli, bo Wuj Sam nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań. Irakijczycy, którzy zostali zwerbowani w 2003 roku, mieli obiecane, że zostaną objęci specjalnym programem emigracyjnym. Nie otoczono ich ochroną w 2006 roku, kiedy George W. Bush ogłosił oficjalny koniec wojny, ani w 2011, po zupełnym wycofaniu armii.
Szpiedzy, nawet dobrze wyszkoleni, ale nie mający ochoty włóczyć się po pustyni, mogliby razem z paniami Feinstein i Crowley poczytać, co władza na skalę światową pragnie ukryć, ale wychodzi jej to jedynie z częściowym powodzeniem. Ciągle jeszcze każdy, kto ma wątpliwości co do oficjalnie głoszonego szczęścia, może wystukać w Google „Sectarian violence in Iraq”, a otrzyma około dwóch milionów rezultatów pochodzących w większości z okresu wojny w Iraku i z lat po odejściu amerykańskich sił zbrojnych. Analizy roją się od danych na temat ofiar i zniszczeń wynikłych z walk między sunnitami i szyitami po roku 2011, czyli w czasie domniemanego pokoju i dobrobytu. Piszący niejednokrotnie przewidywali trwającą obecnie rewolucję, która jest jedynie rozdmuchaniem konfliktu, niczym żaru w zagrzebanym, nigdy nie wygasającym, ognisku.
Senatorowie, CIA i redaktorzy znakomitego CNN nic nie wiedzieli, za to korespondenci z frontów referują problem od lat na bieżąco.
Sytuacja jest patowa, bo nawet jeśli zechcemy odwrócić się od Bliskiego Wschodu i postąpić zgodnie ze słowami Sarah Palin („niech to Allah rozwiąże”), to struktury islamskie, jak komórki rakowe, i tak już przeniknęły zachodnią, dekadencką cywilizację. Korzystają z jej dobrodziejstw, równocześnie pasożytniczo dążąc do jej wyniszczenia.
Może nadszedł czas, aby radzący o polityce międzynarodowej zakupili dużą mapę szkolną, w miarę dokładną, i zaczęli na niej nanosić pisakiem sharpie, gdzie urzędują zwolennicy proroka Mahometa, a gdzie odłam jego zięcia – Alego. Sam Winston Churchill, w 1921 roku kreując granice współczesnego Iraku, pytał doradcę: „Czy on (proponowana głowa państwa irackiego) jest szyitą z sympatiami do sunitów, czy sunnitą przychylnym szyitom? Zawsze mam problem z ich odróżnieniem”.

Autor: Halina Kaczmarczyk