Irena Krzywicka – Gorszycielka czy moralistka?

66

Skandalistka, gorszycielka, intelektualistka, kochająca matka i wierna kochanka. Irena Krzywicka była kobietą, do której nie dało się mówić bez emocji. I która nigdy na zimno nie podchodziła do rzeczywistości w której przychodziło jej żyć.

Ze zdjęć patrzy na nas twarz o szlachetnej urodzie. Krzywicka była bez wątpienia piękną kobietą. Wysoka, smukła, zawsze świetnie ubrana, czarowała nie tyle kokieterią co intelektem. Wszyscy, którzy ją znali mówili, jak niezwykła była z niej rozmówczyni. Panuje pogląd, że Krzywicka nie lubiła kobiet. Jedno wiadomo na pewno: zazwyczaj była wobec nich zdecydowanie bardziej krytyczna niż wobec mężczyzn. Tym ostatnim zresztą też się od niej obrywało – jak na czasy w których żyła Irena Krzywicka była bardzo odważna i sama także nie obawiała się krytyki. Tak zresztą została wychowana.

Skandalistka podbija Warszawę

Urodzila się 28 maja 1899 w Jenisiejsku w spolonizowanej rodzinie żydowskiej. Jej rodzice byli działaczami socjalistycznymi zesłanymi za swoją działalność polityczną na Syberię (gdzie urodziła się Irena). Ojciec Krzywickiej, Stanisław Goldberg, był z wykształcenia lekarzem, a matka była dentystką. Ojciec na zesłaniu zaraził się gruźlicą i zmarł trzy lata po powrocie do Polski. Irenę wychowywała matka (wielbicielka literatury polskiej) w duchu racjonalizmu i tolerancji.
Irena ukończyła szkołę średnią, a następnie w 1922 polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, napisanej pracy doktorskiej nie obroniła z powodu konfliktu z promotorem. W czasie studiów opublikowała swój pierwszy esej zatytułowany „Kiść bzu”. W tym czasie poznała też swojego męża Jerzego Krzywickiego, syna słynnego socjologa i myśliciela profesora Ludwika Krzywickiego. Jej znajomi śmiali się, że jako snobka Irena wyszła za Jerzego tylko ze względu na jego niezwykłego ojca. Wielokrotnie mówiła o otwartym charakterze ich małżeństwa zawartego według niej nie tyle z miłości co z przyjaźni. O tym jak otwarty był to związek świadczy choćby fakt, że niedługo po ślubie wyjechała na Korsykę z kochankiem, Walterem Hasencleverem, znanym poetą i dramaturgiem, Niemcem. Szanowała przy tym i ceniła swojego męża i zawsze dążyła do utrzymania tego małżeństwa, które oceniała jako udane.
Dziś podobne zachowania nie są niczym szokującym, jednak w latach 20-tych ubiegłego wieku wzbudzały wśród opinii publicznej szok i zgorszenie. Krzywicka jak zwykle wcale się tym nie przejmowała i robiła, a przede wszystkim mówiła swoje. W swoich felietonach i reportażach otwarcie głosiła hasła równości społecznej i zrównania praw kobiet i mężczyzn. Prawdziwym przełomem w jej karierze było relacjonowanie tak zwanej sprawy Gorgonowej – najgłośniejszej sprawy kryminalnej w międzywojennej Polsce. Te reportaże Krzywickiej zaszokowały współczesnych tym, że brała w obronę domniemaną morderczynię na którą wyrok już dawno wydała opinia publiczna.
Odwaga w głoszeniu kontrowersyjnych poglądów przyniosła Krzywickiej dwojaką sławę. Wzgardzone przez nią konserwatywne mieszczaństwo otwarcie nią gardziło i nie wahało się jej obrażać. Natomiast z otwartymi ramionami przyjęły Krzywicką sfery artystyczne. Ona sama zresztą czuła się wśród pisarzy, malarzy i poetów jak ryba w wozie. W swych wspomnieniach szczyciła się tym, że ponoć była jedyną kobietą, którą do swojego słynnego stolika w „Ziemiańskiej” zaprosili Skamandryci a Witkacy zbiegał o możliwość namalowania jej portretu.
Krzywicka pisała dużo i chętnie, zawsze bardzo zaangażowana w sprawy społeczne, choć o swoim pisarstwie nie miała najlepszego mniemania. Dlatego też nie dziwi fascynacja Krzywickiej Tadeuszem Boyem Żeleńskim – człowiekiem, który pod względem kontrowersyjnych, jak na owe czasy, poglądów i odwagi w ich głoszeniu mógł być jej duchowym bratem. Oboje pisali o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn, o problemie prostytucji, homoseksualizmie, aborcji czy chorobach wenerycznych w czasach, kiedy podobne sprawy pieczołowicie zamiatano pod dywan.
Ów związek dusz szybko zamienił się w ognisty romans. Krzywicka często podkreślała, że miała powodzenie i nie stroniła od flirtów. Nie ukrywała tego. Jej sława skandalistki pochodziła między innymi stąd stąd, że jednocześnie żyła z mężem, adwokatem Jerzym Krzywickim, i Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, który też miał żonę. – Miałam dwu mężów, których bardzo kochałam – mawiała Krzywicka o tych związkach. Przy tym, co w tym świetle pewnie zaskakuje, nie była osobą rozwiązłą. Zdaniem jej syna Andrzeja była nie tyle skandalistką czy gorszycielką co moralistką.
Koniec lat 20-tych wspominała Krzywicka jako najlepszy w swoim życiu. Czuła się znana, piękna, bogata, urodziła pierwsze dziecko. Niestety, to szczęście miała zabrać Irenie wojna.

Koniec świata gorszycielki

Krzywicka w czasie wojny straciła prawie wszystkich. Mąż zginął w Katyniu, Boy we Lwowie, ukochany starszy syn zachorował i zmarł w ciągu kilku dni. Została sama z młodszym Andrzejem, który jako piętnastolatek zachorował na polio i przez długi czas był na granicy życia i śmierci. Krzywicka wynajęła się wtedy jako salowa w szpitalu, żeby być blisko niego. „Cierpienie nagłe, gwałtowne budzi w innych zryw solidarności. Cierpienie przewlekłe beznadziejnie odstrasza” – pisała w jednym z opowiadań w „Teraz się nie umiera”. Wiedziała o tym z własnego doświadczenia, bo podczas choroby syna została sama. „Wielu ludzi wspierała, ale nie pamiętam, by ktoś ją wspierał. Nie wiem, z czego to się bierze. Budziła rodzaj niechęci czy rozdrażnienia” – pisał Andrzej Krzywicki.
W Polsce powojennej Krzywicka zupełnie się nie odnalazła. Nie miała swojego środowiska, grupy i żadnego oparcia. Wiedziała tylko, że musi sama zarobić na dom. Ludzie z jej dawnego kręgu – Julian Tuwim, Antoni Słonimski – wracali do Polski, ale nie czuła już dawnej bliskości z tym środowiskiem. Wspominała, że Słonimscy nie zapytali nawet o jej wojenne przejścia. Dawna uwodzicielka umarła – nowa Krzywicka była silna, męska i nie miała czasu na romanse. Skupiła się na swoim ocalałym synu i pracy zarobkowej – pisała recenzje teatralne. Natomiast całkowicie straciła swój pazur publicystyczny. Nie mogła już przecież pisać reportaży – sfera obyczajowa nie istniała w czasach stalinowskich.
Była na marginesie. Nie wstąpiła do partii, mimo że Janina Broniewska ją usilnie namawiała. Ale też nie zgłosiła akcesu do środowiska opozycyjnego, do KIK. – Jak ja, Żydówka, niewierząca, mogłam się angażować w działalność Klubu Inteligencji Katolickiej? – mówiła. Dopiero po 1956 r. mogła wrócić do działalności publicystycznej i praw kobiet. Pisała i mówiła o świadomym macierzyństwie, o antykoncepcji. Janusz Minkiewicz kpił w „Szpilkach”: „Tu dwie panie w swym organie zachwalają ogumianie…”. Krzywickiej zarzucano, tak jak przed wojną, że nawołuje do rozwiązłości i legalnej prostytucji. Jej działalność była powtarzaniem argumentów sprzed lat, ale teraz nie była już ani jedyna, ani pierwsza. Coraz bardziej żyła przeszłością – wyraźnie widać to w wydanej na początku lat 60-tych książce „Wielcy i niewielcy”. Z przyjemnością pisze tam o swojej minionej urodzie i wrażeniu, jakie wywierała na mężczyznach, pisarzach i artystach.
Nie widziała dla siebie miejsca w Polsce. Kiedy jej syn Andrzej dostał propozycję pracy we Francji, postanowiła z nim wyjechać. Zamieszkali razem. Krzywicka starała się nadal prowadzić w swoim domu coś na kształt saloniku literacko-artystycznego, do którego zapraszała odwiedzających Francję artystów i intelektualistów. Jednak z czasem coraz bardziej zamykała się w kręgu domowych spraw. Traciła wzrok i nie mogła już pisać. Bardzo przeżywała kolejne małżeństwa swojego syna – jedno z nich doprowadziło ją na skraj załamania nerwowego. Synowa miała na jej punkcie obsesję, zabierała jej rzeczy, podsłuchiwała rozmowy. Krzywicka skarżyła się, że tamta próbowała ją dusić. Nikt nie brał tego poważnie. Tymczasem 12 lipca 1994 roku znaleziono Krzywicką martwą w swoim pokoju. Nie wiadomo do końca, jak umarła. Na szafce widniał wyskrobany napis: „Moja synowa mnie zabiła”. Sekcja zwłok wykazała śmierć naturalną, ale zagadka nigdy się nie wyjaśniła.

Autor: Zuzanna Ducka-Lubas