Izabela z krainy książek

63

Zapałałam do niej sympatią w pierwszym momencie, kiedy tylko przekroczyła progi naszej redakcji prowadząc ze sobą jednego z moich ulubionych pisarzy, Jacka Dehnela, z którym miałam niezwykłą przyjemność porozmawiać w naszym telewizyjnym studiu.

Dane nam sześć minut na wizji było jak na mój gust zbyt krótkie, ale dobre i to. I to wszystko dzięki Izabeli Barry, która zaprosiła przebywającego przelotem w Nowym Jorku młodego pisarza do biblioteki brooklyńskiej, na spotkanie autorskie dotyczące jego najnowszej książki „Saturn”. Od tej pory rozmawiałyśmy z Izabelą często, co rusz bowiem podsyłała mi ciekawych gości do naszego programu. Izabela,prócz tego,że jest dziennikarką, tłumaczką, adiunktem na CUNY, a bywała także kelnerką w restauracji na obrzeżach Kanady, pracuje w Brooklyn Public Library na Greenpoincie i jest osobą, która definitywnie przekonała mnie, że o pracy bibliotekarza można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest nudna!. Przyznaję że w czasach szkolnych to zajęcie wydawało mi się fascynujące a godziny spędzone w bibliotece wspominam jako jedne z najpiękniejszych (!) w moim życiu. Dlatego słuchanie opowieści Izabeli o tym, jak wygląda jej praca wciągnęło mnie na całego, tym bardziej, że jest ona wspaniałym gawędziarzem.

Biblioteki przetrwają

„Praca bibliotekarza to nie jest to, co w potocznym rozumieniu może się komuś wydawać. Bibliotekarz nie czyta w pracy książek!
Niestety… Do moich obowiązków należą dyżury, w czasie których odpowiadam na bieżące pytania czytelników – o książki, o tytuły, o fakty, o zdarzenia, o przepisy kulinarne, zapomniane nazwiska, o tak zwane trivia i o bardziej skomplikowane rzeczy, po które trzeba sięgać do fachowej literatury. Z pytaniami przychodzą wszyscy, w każdym wieku i choć wielu czytelników zaczyna zdanie od „mam takie niemądre pytanie”, proszę pamiętać: w bibliotece nie ma niemądrych pytań. Każde jest ważne i na każde pytanie staramy się odpowiadać zgodnie z naszą najlepszą wiedzą i możliwościami.
Bardzo ważną częścią moich obowiązków, a zarazem bardzo przyjemną jest pomoc w zakupie polskich książek dla całego systemu biblioteki brooklyńskiej. Tu przydaje się wykształcenie z Polski i miłość do książek. Staram się kupować jak najwięcej nowych,
często „spełniam” życzenia czytelników i zamawiam to, co cieszy się popularnością.”
Czy zdaniem Izabeli tradycyjne książki mają szanse w starciu z e-bookami a co za tym idzie, czy biblioteki znikną?
„Czy przetrwają tłumacze literatury pięknej, bo nagle mamy automatycznego tłumacza w google? – mówi Izabela – Czy przetrwały kina, mimo iż pojawiły się telewizory? Oczywiście, że biblioteki przetrwają. Druk i papier są naprawdę najtrwalszym nośnikiem informacji i papierowe książki nigdy nie znikną. Nie musimy mieć źródła prądu i baterii, żeby przeczytać książkę wydrukowaną na papierze. Biblioteki będą się oczywiście nieustannie zmieniały, muszą, bo zmienia się świat wokół nas. Będzie się zmieniała ich funkcja w społeczeństwie, część papierowych zastąpią książki elektroniczne, ale czy ktoś może sobie wyobrazić, że coś co powstało u zarania naszej cywilizacji, nagle przestanie istnieć tylko dlatego, że powstało nowe medium do przekazywania informacji?”
Skąd ta miłość do książek?
„Oczywiście, że przede wszystkim z domu, po babci, która była namiętną czytelniczką literatury pięknej, po mamie – polonistce. Ale ta miłość do słowa pisanego wynika też jakby z mojego pierwszego zawodu, ze studiów, które odbyłam – była to polonistyka na Uniwersytecie Wrocławskim. Myślę, że generalnie to wynik atmosfery jaka mnie otaczała od najmłodszych lat, tego, że jedynymi
właściwie prezentami na wszelkie okazje były książki, tego, że w domu rodzinnym zawsze były obecne.”
Zanim jednak Izabela znalazła się w Nowym Jorku, przeszła szlak bojowy wielu polskich emigrantów.

Od kelnerki do bibliotekarki

„W 1990 roku znalazłam w Kanadzie i zaczęłam się zastanawiać, co zrobić z życiem. Miałam 33 lata, tytuł magistra filologii polskiej, lata przepracowane w dolnośląskiej prasie i niemal zerową znajomość języka angielskiego. Zdecydowałam, że należy się najpierw choć trochę nauczyć języka, a potem zobaczymy. Zaczęłam też myśleć o tym, jak pokierować moją karierą zawodową. Czy zupełnie się przekwalifikować, zostać na przykład manikiurzystką albo biologiem, albo, czy ja wiem, pielęgniarką. Jakoś wydawało mi się, że nie będę nigdy w stanie nauczyć się angielskiego tak, by móc robić to, co robiłam w Polsce – być redaktorem, uprawiać dziennikarstwo. W końcu wpadłam na pomysł: bibliotekarstwo! Naiwnie sądziłam, ze bibliotekarstwo będzie kontynuacją mojego humanistycznego powołania. Po skończeniu School of Library and Information Studies zaczęłam szukać pracy. Po rozesłaniu 30 podań dostałam zaproszenie na rozmowę w Brooklyn Public Library w Nowym Jorku.”
Spodobał jej się pomysł przeprowadzki do Nowego Jorku, bo o ile podobała jej się edmontońska Polonia, składająca się w dużej mierze z inteligencji, to samo miasto nie przypadło jej do gustu. Pogoda, architektura, brak słońca i zieleni sprawił, że dopadł ją smutek nie do opanowania. „W Edmonton płakałam kilka razy dziennie” – wspomina. Ale z Kanadą wiąże się także jeden z ciekawszych epizodów w życiu Izabeli: prawdziwą podróż za jednego dolara.
„Był czas, kiedy potrzebowałam pracy, a w gazecie znalazłam ogłoszenie , że restauracja poszukuje kelnerki gdzieś na obrzeżach Kanady, dokładnie przy Alaska Highway. Nie zastanawiając się długo i dosłownie z jednym dolarem w kieszeni, wyruszyłam w 24-godzinną podróż. Spędziłam tam pół roku i przywiozłam wspomnienia na całe życie i poznałam ludzi, z których każdy zasługuje co najmniej na opowiadanie.”

Przyjaźnie pomagają

Propozycja pracy dla Biblioteki Publicznej w Nowym Jorku zaskoczyła ją. Jak wspomina, „przyleciałam, porozmawiałam i w 15 minut potem zaoferowano mi pracę, co tak naprawdę bardzo mnie wówczas przeraziło.”
Na szczęście przerażenie szybko minęło i dziś Izabela jest twarzą Biblioteki, organizując liczne spotkania z polskimi artystami, pisarzami i naukowcami, które cieszą się wielkim powodzeniem. Jak udaje jej się zaprosić do biblioteki tylu znanych ludzi – znajomości, koneksje, tysiące wysłanych maili i telefonów?
„Myślę, że pomaga mi tutaj moja długoletnia przyjaźń z InstytutemKultury Polskiej w Nowym Jorku. Uważam, ze Instytut spełnia
fantastyczną rolę w promowaniu polskiej literatury, teatru, muzyki czy filmu i z przyjemnością uczestniczę we wszelkich
organizowanych przez nich wydarzeniach. Robię to nie tylko dla własnej przyjemności i pożytku, ale także w celach edukacyjnych – wprowadzam mojego amerykańskiego męża w świat polskiej kultury. Tym samym jak gdyby korzystam z okazji i często udaje mi się zaprosić gościa z Polski w odwiedziny na Greenpoincie. Przez wiele lat współpracowałam z Przeglądem Polskim i z Julitą Karkowską. Dzięki jej koneksjom też udało mi się zaprosić wiele ciekawych osób do biblioteki na Greenpoincie. No i w końcu moje własne kontakty, przyjaźnie, znajomości, jak choćby ostatnio wieczór z Jackiem Dehnelem, który był w Nowym Jorku na wakacjach, a bardzo chętnie przyszedł na Greenpoint.
Najbardziej cenię sobie spotkania z poetami z Polski – właśnie z Jackiem, z Tadeuszem Dąbrowski, z Tomaszem Różyckim ľ to czołówka polskiej poezji i były to wydarzenia bardzo ważne i bardzo żywo odebrane przez Polaków. Ale nie zapominam o lokalnych artystach: Janusz Kapusta – wybitny rysownik i nie tylko, Tadeusz Chabrowski – poeta z Greenpointu, autor prawie 20 tomów poezji i dwóch powieści, Czesław Karkowski, były redaktor naczelny „Nowego Dziennik”, pisarz, eseista, tłumacz, Joanna Sokołowska, dziennikarka, autorka książki o Helenie Modrzejewskiej, Marek Bartelik, krytyk sztuki i jakże doskonały poeta… Mogłabym wymienić jeszcze wiele nazwisk. Jestem najszczęśliwsza, gdy na spotkanie przychodzą ludzie i żywo odbierają
gościa.”

Tropicielka książek

Ponieważ Izabela jest osobą towarzyską, ciekawą świata i nowości, nie zdziwiło mnie, kiedy nawiązałyśmy kontakt na Facebooku i odkryłam kolejną pasję Izabeli, rzecz jasna także związaną z książkami.
Izabela nie ma dosyć książek wychodząc z biblioteki – przeciwnie, poluje na nie! Tropi je w nowojorskim metrze, na przystankach, w parkach. A co upoluje – fotografuje. A dokładniej fotografuje ludzi czytających książki w miejscach publicznych. Skąd ten voyeuryzm książkowy?
Córka poleciła jej bloga dziewczyny, która w podobny sposób uwiecznia książki czytane przez pasażerów nowojorskiego metra, tworząc swoistą bibliotekę miejskich środków transportu. Izabela postanowiła pójść dalej i rozszerzyć ową bibliotekę na całe miasto. Jak to robi? Śledzi czytających, dopada ich z zaskoczenia, fotografuje zza gazety? Wszystko po trosze. W niektórych przypadkach zdjęcia udaje jej się zrobić bez problemu, kiedy indziej biegnie za upatrzoną osobą przez miasto, żeby spytać o tytuł pozycji, czasami zaś zdjęcie się nie uda, bo w metrze za duży tłok, żeby uwiecznić dziewczynę zaśmiewającą się do rozpuku przy lekturze książki dla młodzieży. Ma już ponad 70 zdjęć w swojej kolekcji i planuje zrobić z nich wystawę

Autor: Zuzanna Ducka-Lubas