Janusz Gilewicz: Trójwymiarowy mural

0
5

Nie jest to pierwszy oryginalny, może nawet wariacki, pomysł Janusza Gilewicza, który obdarzony jest rzadkimi u artystów cechami: poczuciem humoru i dystansem do tego, co robi.
Dystans nie oznacza jednak braku zaangażowania w czasie tworzenia.
Obecnie Gilewicz pracuje nad wielkim, czasochłonnym projektem. Ściana byłej szkoły w dzielnicy Lower East Side na Manhattanie, sąsiadująca z boiskiem i placem zabaw dla dzieci, pokryta zostanie wielkim, mierzącym 200 na 40 stóp, malowidłem. Firma Benjamin Moore ofiarowała specjalne, wodoodporne farby i podkład.
Czy istotnie okażą się odporne na działanie wody, czas pokaże. Na tej samej ścianie, tyle że 10 lat temu, inny artysta stworzył inny mural – i przez te lata wyblakł on nie do poznania. Był poświęcony ofiarom ataku 11 września. Pokazywał zniszczenia, strażaków i policję w akcji. – Po dwunastu latach od ataku sponsor organizacja City Arts – mówi Gilewicz – nie chciała dalej trwać w martyrologii lecz – zgodnie z amerykańską mentalnością – pokazać też nadzieję, zmianę , że „Life goes on”.
A jak dostał zamówienie? Dzięki polskiemu filmowcowi Tomkowi Magierskiemu, który realizował film o City Arts a dowiedziawszy się że szuka ona malarza, który stworzyłby mural, zasugerował swojego kolegę. Organizacja ta, choć ma siedzibę w Nowym Jorku, upiększa przestrzenie miejskie na całym świecie.
Ten nowy mural – którego treść i forma była konsultowana ze zleceniodawcą – jest więc optymistyczny. Jedyny element przypominający o tragedii to Twin Towers, ale w jego wizji są one… z kwiatów. Będzie też umieszczony wspomniany wóz strażacki, widoczny w trzech wymiarach dopiero po założeniu stereoskopowych okularów.
Mural nie wykorzystuje skomplikowanych technik malarskich, jak światłocienia. Obiekty mają grube obrysy i nasycone barwy; jakby wyszły spod pędzla malarza-prymitywisty. Albo kogoś bardzo młodego.
Jest to świadome zamierzenie. Ten mural nie jest wyłącznie dziełem Gilewicza, lecz wielu ochotników. Teraz pomagają mu Yuki i Ivan ale ciągle ma obok siebie miejscową młodzież. Wyznacza im proste zadania – zamalowania obrysowanego obszaru jakimś kolorem.
Mural jest więc też akcją aktywizowania młodych ludzi, wychowywania ich przez sztukę. Akcja przynosi rezultaty. Chłopcy z Lower East Side – zwykle z bardzo biednych rodzin, czarnoskórzy bądź Latynosi, zostali uwiecznieni na muralu przez Janusza (wcześniej zrobił im w tym celu zdjęcia). W podzięce zadbają, aby mural nie został oszpecony graffiti przez ich kolegów.

 

Malowane ptaki

Inny ciekawy projekt Gilewicza to malowane ptaki. Polski artysta udał się do Szwajcarii na zaproszenie Madira Eugstera, aby – w ramach próby – w rekordowym czasie dwunastu dni pomalować „stado ptaków” w taki sposób, aby razem stworzyły portret jego nastoletniej córki. Rezultat zadowolił Eugstera, który będzie różne efekty wymyślone przez Gilewicza – jak spadające z sufitu pióra – stosował w swoich cyrkowo-artystycznych spektaklach pokazywanych po całym świecie.
Wróćmy jednak do Nowego Jorku bo tu, w dzielnicy East Village, Gilewicz ma swoją pracownię i mieszkanie.
Jego nowojorski projekt dotyczy samochodów. Na zamówienie dealera Ferrari, Gilewicz zaprojektuje dwanaście różnych, tak niezwykłych jak tylko fantazja mu pozwoli, pokryć lakierem karoserii. Na początku zademonstruje je na modelach samochodów ale gdy będzie zainteresowanie, wykona dzieło w skali 1:1.

Zegarki, kurtki…

Gilewicz nie stroni od sztuki użytkowej. Maluje cudaczne cyferblaty szwajcarskich zegarków, umieszcza malunki na skórzanej odzieży. Na największą chyba skalę zajmował się tworzeniem we wnętrzach domów i lokali malowideł operujących optyczną iluzją, czyli trompe l'oleil. Najsłynniejsza jest drewniana podłoga, która po interwencji Gilewicza zmieniła się w stawik z pływającą, jak żywą, złotą rybką.
Strony Gilewicza – www.yanusz.com i www.finishingdavinci.com pokazują jego wszechstronność. Tworzy przecież też „normalne”, olejne obrazy – bardzo ekspresyjne i mroczne, oraz pastele – spokojniejsze w estetyce. Wykonuje kopie obrazów starych mistrzów (owocują włoskie studia nad techniką Leonarda da Vinciego). Projektuje wnętrza i robi zdjęcia. Napisał scenariusz i zagrał główką rolę w krótkim, 13-minutowym filmie „Daydream of Sleepwalker”. Obraz zdobył główne nagrody na dwóch festiwalach, w tym w kategorii Best Short w 9. edycji Polish Film Festival w Nowym Jorku. Zapewne będzie on niedługo pokazany na festiwalu filmu polskiego w Los Angeles.

 

Związki z Polską

Janusz Gilewicz bywa dość często w Polsce – odwiedza tam, mieszkającą w Krakowie mamę i brata, wziętego architekta. Są to jednak głównie wizyty prywatne. Gilewicz nie zabiega w Polsce o popularność, nie pracuje nad budową swojego wizerunku jako „artysty z sukcesami w Stanach Zjednoczonych”. – Gdyby tylko ktoś złożył mi propozycję, chętnie bym coś w Polsce stworzył – mówi, ale bez specjalnych emocji, bez żalu w głosie. Przecież radzi sobie dobrze i bez tego. Od 25 lat, gdy mieszka w Ameryce, utrzymuje się wyłącznie ze sztuki… zgoda, czasem określanej jako użytkowa. Szczupły, ruchliwy, nie wygląda na swoje 54 lata i trudno uwierzyć, że ma dwoje dorosłych dzieci: 30-letnią Natalię, mieszkającą w Toronto i 22-letniego Michała, mieszkającego w Chicago. Od roku Gilewicz jest w związku z Amerykanką rosyjskiego pochodzenia. Podkreśla inteligencję tej absolwentki Columbia University i jej uduchowienie – ta Rosjanka jest buddystką, nosi więc buddyjskie imię Pema.
Czy sam Janusz jest uduchowiony? Na pewno to kryje – woli zabawiać się swoimi projektami niż się nad nimi puszyć. Może dlatego jego prace są tak energetyzujące, i dlatego tak dobrze się sprzedają. Jak dobrze? Wymieńmy niektórych klientów Janusza Gilewicza: muzycy Sting, Slash, David Bowie, Eric Clapton, Joe Cocker, Stevie Ray Vaughn i Iggy Pop, reżyser Federico Fellini i premier Włoch Sylvio Berlusconi. A także – papież Jan Paweł II.

Autor: Jan Latus