Jaś Sawka nie żyje

11

Czy mam prawo napisać, że odszedł mój przyjaciel? Ośmielę się tak Go nazwać, choć był ode mnie starszy i znaczył w świecie dużo więcej.

Był wybitnym artystą i człowiekiem wielkiego formatu. Pasuje do niego angielskie określenie larger than life – tyle że rozumiane odwrotnie, pozytywnie. Jan Sawka był bowiem nie tylko żyjącym z dala od ludzi sławnym artystą, był też człowiekiem o niezmiernie szerokich horyzontach i wielu zainteresowaniach. Twórca okazał się równie ciekawy, jak jego sztuka. Taka równowaga zdarza się niezmiernie rzadko.
Jan Sawka nie był powszechnie rozpoznawany przez amerykańską Polonię, ale też o to nie zabiegał. Nie lubił błyszczeć, bywać na nowojorskich imprezach, udzielać wywiadów na każdy temat. Nie robił też wokół siebie szumu w Polsce jako „artysta z sukcesami w Ameryce”. Nie krytykował za to swoich kolegów po fachu – każdy ma inną naturę i sposoby autopromocji, niezbędnej przecież do przetrwania artysty. On był jednak inny.
Jasia Sawkę poznałem kilkanaście lat temu i na zawsze zapamiętam tę wizytę w stylowym domku w High Falls na północy stanu Nowy Jork. Poznałem jego żonę Hankę i potem córkę o takim samym imieniu. Siedziałem w saloniku i słuchałem barwnych, często zabawnych, opowieści brodatego, jowialnego mężczyzny – o jego pobycie w Japonii na zaproszenie Ministerstwa Kultury, o szacunku, jakim go tam darzono, o współpracy z wielkimi japońskimi koncernami przy jego nowych projektach, np. budowy Wieży Światła w Tokio. Słuchając opowieści o klasie Japończyków i ich – niedocenianym przez Zachód – ciągle wielkim potencjale, można było zakochać się w tym kraju.
Jaś opowiadał o znanych politykach i artystach, których spotkał, a nawet był z nimi na przyjaznej stopie. Były to opowieści o wielkim świecie człowieka, który do tego świata chciał przynależeć – i zawsze przynależał, choćby duchowo.
Poznałem potem Polaków, którzy nie wierzyli do końca w te opowieści. Ja Mu wierzyłem – zawsze podziwiałem ludzi, którzy mierzą wysoko, na sam szczyt. Zanim tam dojdą (a Jasiowi przerwane przedwcześnie, w wieku 65 lat, życie uniemożliwiło zdobycie kolejnych szczytów), przeżywają niejedno zwątpienie i porażkę, ale i tak nie zniżą się do banału budowania swojej egzystencji cegiełka po cegiełce.
Jan Sawka, paradoksalnie, był zarazem i artystą tradycyjnym, i wizjonerem. Wyszedłszy z polskich szkół architektury, malarstwa i grafiki, i osiągnąwszy pierwsze sukcesy jako mistrz piórka i pędzla, nadal posługiwał się tymi narzędziami. Także w późniejszych latach, już w Stanach Zjednoczonych, malował plakaty, rysował niezliczone ilustracje do komentarzy w „New York Timesie”, malował obrazy. Ale coraz częściej absorbowały go projekty o wielkiej skali: dekoracje do spektakli i koncertów (grup Grateful Dead czy Traffic), rzeźby, monumenty. W tych projektach łączył swoje – ręcznie malowane! – motywy, kształty, komunikaty z najnowocześniejszymi metodami projekcji. Owocowała tu współpraca z firmami japońskimi. Rysujący piórkiem w swojej szopie Jaś Sawka z Zabrza był więc prekursorem dzisiejszych, coraz bardziej wyrafinowanych instalacji multimedialnych. Jeśli części jego projektów nie zrealizowano, to dlatego, że wybiegały poza swój czas. (Ale także dlatego, że wymagały one ogromnych, wielomilionowych nakładów i sprzyjającego klimatu politycznego).
Sawka lubił rozprawiać, swoim kwiecistym, dosadnym językiem, o losach świata. Rozumiał jak mało kto mechanizmy wielkiej polityki, kto pociąga za sznurki i dlaczego. Może dlatego, że poznał osobiście prominentne osoby, a może dlatego, że wnikliwie czytał prasę, odrzucając informacje pozorne i kłamstwa? Jako człowiek prześladowany przez polskie władze komunistyczne pozostał na całe życie uważnym obserwatorem geopolityki. Emocjonował się wszystkim, ale zarazem nie miał złudzeń. Szczególnie nie miał ich co do Stanów Zjednoczonych, już dwie dekady temu widząc niekorzystne zjawiska, które były zaczątkiem ich obecnego upadku. Był też jednym z pierwszych, który widział rosnącą potęgę Azji i krajów arabskich oraz idące za tym zagrożenia. Nic dziwnego, że jednym z ostatnich projektów artysty był Peace Monument (Pomnik Pokoju), który miał stanąć w Jerozolimie. Dzieło jest hołdem na rzecz dialogu między chrześcijaństwem, judaizmem i islamem.
Jan Sawka pasjonował się też mniejszymi sprawami: udoskonaleniami technologii czy sportowymi samochodami (najtrafniej opisał jego renesansowe zainteresowania James Beck, historyk i krytyk sztuki z Columbia University). Jak na mężczyznę przystało, Jan widział piękno nie tylko w kwiatach, ale i w silniku Ferrari.
Wielu pamięta dawne plakaty Sawki: koncertów jazzowych, spektakli Teatru STU. Był wszak jednym z czołowych reprezentantów szkoły polskiego plakatu (jego pracę wystawiono znowu na retrospektywie 2009 r. w MoMA). Już na emigracji wsławił się plakatem „Pojazd Roku” przedstawiającym (sowiecki?) czołg na ulicach miasta, a w 1981 roku – legendarnym plakatem „Solidarności”.
Styl Sawki był zawsze rozpoznawalny, nawet dla mojego oka laika. Jego dzieła były barwne, żywe, rysowane mocną kreską, zmysłowe, czasem rubaszne. Były takie jak Jaś. Jego obrazy, plakaty i druki znajdują się w ponad 60 muzeach na całym świecie. Miał ponad 70 wystaw indywidualnych w międzynarodowych muzeach i galeriach. Wiele też ich miał, po zmianach w 1989 roku, w Polsce. Wielki zbiór jego grafik i plakatów posiada Biblioteka Kongresu w Waszyngtonie. W Nowym Jorku reprezentowała ostatnio Sawkę prestiżowa galeria ACA w Chelsea, gdzie szykowana jest teraz jego retrospektywa.
W ostatnich latach Jaś jeszcze bardziej stronił od ludzi, ale nie szukał u nikogo wsparcia. Znajdował je na szczęście w paniach Sawkach, kochających go i wielbiących go za jego talent. Dwie kobiety w domu artysty, wierzące bez wahania w jego geniusz, chroniące go przed światem zewnętrznym i zarazem pomagające mu zaistnieć w tym świecie – zostały bez swego idola. Teraz będą na pewno równie niestrudzenie zabiegać, aby pamięć o nim była żywa, mocna i niezafałszowana. Pomóżmy im w tym.
Odszedł wybitny, niepokorny artysta i wspaniały człowiek. Odszedł mój przyjaciel.

Autor: Jan Latus