Jestem szczęśliwa, że tu jestem

0
0

Siedzę z Magdą Kapuścińską, prezesem Instytutu Piłsudskiego w Ameryce, w siedzibie tej placówki. Za oknem ruch typowy dla dzielnicy East Village, ja jednak czuję się, jakbym był w jakimś saloniku w przedwojennej Polsce. Czuję się tak tym bardziej, że rozmawiam z damą o niedzisiejszych manierach i klasie. Rysy jej twarzy zdradzają szlachetne pochodzenie, zarazem – niegasnący, młodzieńczy entuzjazm.
Chcę skupić się na historii życia pani Magdy, jednak nie da się tego tematu oddzielić od Instytutu Piłsudskiego, powołanego w 1923 roku w Warszawie, a odtworzonego w 1943 r. w Nowym Jorku, któremu oddała – i nadal oddaje – tyle swojego życia, sił i środków.
Wejście do biura Instytutu przynosi miłe rozczarowanie. Spodziewam się marazmu i śladów schyłku, charakterystycznych dla wielu polonijnych firm i organizacji, zwłaszcza tych, skupiających się na historii. Tymczasem widzę wielu pracowników, ruch, akcję. Dwie młode panie – stażystki, właśnie skanują (digitalizują) jakieś cenne manuskrypty. Dwie wolontariuszki opracowują dokumenty archiwalne.
Jak mówi pani Kapuścińska, Instytut ma w tej chwili tylko niecałe dwa etaty. Ona sama i wiele innych osób pracują społecznie. Pani prezes potrafi jakoś zaciekawić tym, co robi, młodzież – z Polski i tutejszą, studiującą na amerykańskich uczelniach. Ciekawe… trudno znaleźć młodych Polish Americans do płatnej pracy w nowoczesnych mediach, a garną się do archiwizowania, za darmo, dokumentów archiwalnych, obrazów i fotografii.

Jest to na pewno wielki atut obecnej (piastującej tę funkcję od 2008 roku) prezes, że jest otwarta na nowoczesność. To między innymi dlatego Instytut ma dobrze zrobioną stronę internetową (www.pilsudski.org), to dlatego zbiory od 2009 roku są digitalizowane, a biuletyny miesięczne i roczne ukazują się w formie elektronicznej.
Nic nie zastąpi jednak kontaktu z żywym człowiekiem, więc organizuje w Instytucie prelekcje, projekcje filmowe (w tym odważnych dokumentów Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka), spotkania, koncerty, uroczystości i sympozja naukowe. Przy okazji poznaje wielu ciekawych ludzi, często gości z Polski. Dlatego pani Magda jest szczęśliwa – jak mówi – że jej życie „emerytki” jest takie ciekawe.

Pochwała Ameryki

Kolejne miłe zaskoczenie: pani Kapuścińska, mimo że w swojej pracy po uszy tkwi w polskości, mimo że społecznie udziela się dla polskiej, historycznej placówki, nie odwraca się plecami do Ameryki, nie izoluje od niej. Przeciwnie – bardzo lubi i akceptuje ten kraj, no i zrobiła tu znaczącą karierę zawodową.
Nawiązaliśmy z panią Magdą porozumienie duchowe, gdy przed kilku laty pochwaliła mój felieton „Za co kocham Amerykę”. Jego kopie do dzisiaj rozdaje Polakom, którzy do tego kraju są negatywnie nastawieni. Sama, jak przyznaje, też nie była zaraz po przyjeździe zachwycona Stanami. Trochę zmieniła jej zdanie podróż po całym kontynencie, na którą zabrał ją mąż. Do dziś wspomina, jak przygodnie spotkani Amerykanie życzliwie odnosili się do jadących starym gratem imigrantów.
Pani Magda jest chemikiem z wykształcenia, absolwentką Politechniki Łódzkiej. Pracowała naukowo w Polsce, zrobiła tam doktorat. Gdy w 1979 roku znalazła się w Ameryce (podążając za mężem, który przyjechał tu rok wcześniej), trafiła do Instytutu Piłsudskiego i pracowała tam jako wolontariuszka. Podjęła też próby pracy w swoim zawodzie. Nie znała wtedy dobrze angielskiego, niemniej śmiało i odważnie „uderzyła” do… autorów książek, z których korzystała w pracy w Polsce. Wcześniejsze polskie rekomendacje nic oczywiście nie pomogły. W końcu wylądowała na Brooklyn Polytechnic (obecnie Polytechnic University) na stypendium podoktoranckim.
Największym powodem do dumy jest dla niej zatrudnienie przez koncern naftowy Texaco. Pracowała tam od 1983 do 1998 roku, powoli awansując i zdobywając uznanie. Prowadziła badania nad dodatkami do olejów smarnych i paliw, napisała ponad 30 zgłoszeń patentowych. Sama się zwolniła, by powrócić do Polski. Można odnieść wrażenie, że jeśli cokolwiek w swoim życiu wspomina z żalem, to odejście z pracy, w której się spełniała i która zapewniała jej dostatnie życie.

Mąż

Pani Magda z wielkim szacunkiem i czułością mówi o swoim zmarłym mężu Janie Kapuścińskim. Tak jak ona był naukowcem, chemikiem. W 1968 roku był adiunktem i opiekunem roku na Politechnice Łódzkiej, pracował nad habilitacją. Gdy napisał do rektora list z protestem przeciwko wyrzuceniu z uczelni studenta za udział w manifestacji, został zwolniony z pracy. Za przystąpienie do nielegalnej organizacji politycznej „RUCH” został skazany na dwa lata więzienia. Przez 10 lat nie mógł dostać pracy w zawodzie i kontynuować przewodu habilitacyjnego, odmawiano mu też paszportu, choć miał wiele ofert pracy naukowej w USA i Kanadzie. Opracowywał więc… kremy do twarzy dla PAX-owskiej spółdzielni Celia. W 1977 roku, podczas wizyty prezydenta Jimmy'ego Cartera, władze na pokaz udzieliły zgody na wyjazd kilku niewygodnym osobom, w tym Janowi. Wyjechał nie zwlekając. W Stanach, jak się okazało, było zainteresowanie jego ostatnimi projektami naukowymi; zaczął się bowiem w tych latach zajmować biotechnologią. Dostał pracę w najbardziej renomowanej placówce zajmującej się badaniami nad rakiem – Sloan Kettering Cancer Center, opublikował dziesiątki artykułów naukowych. Po roku dojechała do niego żona, zamieszkali w New Jersey, potem kupili sobie piękny dom w miejscowości Carmel na północ od Nowego Jorku.
Choć to Jan znalazł się od razu w amerykańskim świecie nauki, a jego żona zaczęła pobyt w Ameryce od pracy w polskim Instytucie Piłsudskiego, to ona zapuściła tu głębsze korzenie. Kapuściński pozostał z natury sentymentalnym Polakiem i gdy tylko doszło w 1989 roku do demokratycznych przemian w Polsce, w 1993 roku bez wahania wrócił do kraju, aby pracować naukowo w Gdańsku i kupić w tym mieście dom. Żona, która kiedyś przyjechała za nim do USA, po kilku latach połączyła się z nim w Polsce i podjęła decyzję o osiedleniu się tam na stałe; to dlatego zrezygnowała ze świetnej pracy w Texaco. Choć od 1998 roku mieszkała w Polsce, nadal ściśle współpracowała z Instytutem Piłsudskiego. Pan Jan Kapuściński nie nacieszył się długo pracą akademicką i naukową w wolnej Polsce. Zmarł na raka w 2002 roku, w wieku zaledwie 66 lat. Pani Magda, choć ma swoje piękne mieszkanie w Łodzi, znowu spakowała walizki i… wylądowała w Instytucie Piłsudskiego, gdzie pełni teraz honory (bo, powtórzymy, jest to praca społeczna) prezesa. W jej domu w Gdańsku mieszka zaś córka Magda z dziećmi.
Zrozumie lepiej charakter Magdy Kapuścińskiej ten, kto dowie się czegoś o jej rodzicach – ziemianach, patriotach, nieugiętych w czasie okupacji. Ojciec prawdopodobnie zginął w Katyniu. Matka Jadwiga Siniarska-Czaplicka po wojnie samotnie wychowała trójkę dzieci, zdobywając tytuły naukowe i uznanie w świecie jako autorytet w dziedzinie papiernictwa, a dokładnie – znaków wodnych. Zmarła w 1986 roku. Jej córce, wówczas już obywatelce USA, polski konsulat w w Nowym Jorku odmówił wizy na wyjazd na pogrzeb.

Polityka

Światopogląd pani Kapuścińskiej określiłbym jako oparty na wartościach chrześcijańskich, raczej prawicowy, a przede wszystkim – patriotyczny. Pani prezes informuje, że Instytut przyznaje medale w dziedzinach: historii, literatury, sztuki, osiągnięć w biznesie oraz pracy polityczno-społecznej. Laureaci są nagradzani przez Instytut dlatego, że są wybitni w swojej dziedzinie. Zapewnia, że polityczna linia Instytutu jest neutralna, i że pragnie on pozostać na uboczu, dzielących teraz polskie społeczeństwo i Polonię, sporów.
A co powie na to, że jej największy idol i patron placówki reprezentował lewe skrzydło polskiej myśli politycznej? Dla niej Piłsudski był przede wszystkim patriotą, dla którego niepodległość Polski była sprawą najważniejszą. Dlatego próbuje zachować w pamięci Polaków – także tych w Nowym Jorku – naszą historię i tradycję, i robi z to z pasją i sercem. Jej mottem są bowiem słowa Piłsudskiego:
„Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku i teraźniejszości ani nie ma prawa do przyszłości”.

Autor: Jan Latus