Koniec świata

17

Już niedługo czeka nas koniec świata. Przyczyną będzie zdewastowanie planety i wyczerpanie jej zasobów. ... Czyżby?

Tak nas straszą ekolodzy, ekonomiści, biolodzy, niektórzy politycy. Nie będąc ekologiem, biologiem, ekonomistą i politykiem, nie znam się dobrze na tych sprawach, więc – może dlatego, żeby nie zwariować ze strachu – w to krakanie tak za bardzo nie wierzę.
A może wierzę? Zależy, z kim akurat rozmawiam albo co przeczytam. Właśnie skończyłem grubaśną książkę „Świat na rozdrożu” Marcina Popkiewicza. Jest to zimna, naukowa, napakowana liczbami i faktami prognoza dalszego rozwoju świata napisana przez fizyka. Przeczytawszy ją, trudno się z autorem nie zgodzić. Świat nie wytrzyma nieustannego rozwoju, zwiększania podaży pieniądza i kredytu, produkcji, towarów. Planeta nie utrzyma siedmiu, a potem więcej miliardów ludzi – zwłaszcza wtedy, gdy będą chcieli żyć na dzisiejszym poziomie Amerykanów, a choćby Europejczyków.
Wyobraźmy sobie Afrykę i Amerykę Południową pokrytą siecią autostrad tak gęstą jak w Niemczech, każdą chińską rodzinę posiadającą samochód a każdego Hindusa mieszkającego w klimatyzowanym domu, w którym każdy członek rodziny ma osobny pokój i łazienkę. Wyobraźmy też sobie, że każdy Nigeryjczyk zjada codziennie kilka posiłków zawierających mięso i warzywa i pochodzących z całego świata, że każdy mieszkaniec Syberii ma dostęp do szybkiego bezprzewodowego internetu i że przywiozą mu do domu w zimie dowolny, zamówiony towar. Albo też wyobraźmy sobie Arabię Saudyjską utrzymującą na wysokim poziomie życie swoich mieszkańców bez dochodów z ropy.
To jest oczywiście nierealne, zgodzimy się. Mimo postępów w geologii, mimo odkrywania coraz to nowych złóż surowców i źródeł energii, musimy zgodzić się z Popkiewiczem: te kolejne złoża i źródła są trudniej dostępne, mniej bogate, droższe w pozyskiwaniu. Rację ma fizyk twierdząc, że rozwój świata opiera się na paliwach kopalnianych a one niedługo się skończą, jeśli nawet nie za naszego życia, to wkrótce potem. Nowe źródła energii, jak wiatrowa czy słoneczna, są bardzo drogie i nieefektywne, a np. energia termonuklearna to perspektywa realna dopiero za kilkadziesiąt lat.
Naszym problemem jest, że powielamy, amerykański wzorzec cywilizacji jest najbardziej nieefektywny, wręcz luksusowy. American Dream to przecież samochód – i to duży, wygodny – dla każdego, to duży dom, ostatnio z wieloma sypialniami i potrójnym garażem, to kuchnia wyglądająca jak laboratorium NASA, to duży ogród, grill, czasem basen. Styl życia milionerów, potem wciskany – poprzez kredyty – milionom rodzin, miał może pewne uzasadnienie w Ameryce, która jest państwem rozległym. Kraj ten stworzył też kulturę indywidualnej motoryzacji, nie ma jednak dobrze rozwiniętej i nowoczesnej pasażerskiej sieci kolejowej czy komunikacji publicznej w miastach. Europa gospodarzy się inaczej. Owszem, też ma autostrady i wiele osób marzy o domku poza miastem, jednak – z powodu zagęszczenia kontynentu – ludzie żyją na mniejszej przestrzeni, bliżej siebie, przemieszczają się na krótszych dystansach i często komunikacją publiczną. Kolejne kraje w miarę bogacenia się, zafascynowane reklamami i programami telewizyjnymi, chcą jednak mieć u siebie wariant amerykański. Bogacenie się społeczeństwa owocuje gwałtownym wzrostem liczby samochodów prywatnych. Buduje się autostrady, ale nigdy nie nadąża to za przyrostem liczby użytkowników. Miasta odpuszczono sobie zupełnie. Inwestowanie w obwodnice, trasy szybkiego ruchu, mosty tunele metra i kolei szynowej jest niezmiernie kosztowne i na ogół pochodzi z pieniędzy rządowych. A rządy bywają tam skorumpowane, i to nieźle. Tak więc rządzący kupują sobie luksusowe domy za miastem i mercedesy, a ludność, zaoszczędziwszy wreszcie na mały samochodzik, próbuje przebić się nim przez centrum miasta. Widzimy takie widoczki w Sao Paulo, Bangkoku, Moskwie, Warszawie.
Jak odmówić ludności Afryki prawa do posiadania samochodu, telewizora, pralki, klimatyzacji? Oni mają się męczyć w upale, kiedy my będziemy zażywać chłodu w każdym pomieszczeniu? To niesprawiedliwe ale wyjścia nie widać. Po prostu nie dość będzie surowców, energii, ziemi ornej, ziemi, składowisk odpadów, aby cała ludzkość żyła nie tylko syto ale w komforcie i zażywając wszelkich cywilizacyjnych przyjemności.
Poczucie zagrożenia nie jest jednakże powszechne, a z ekologów raczej się naśmiewamy, że przesadzają, że już nie raz wróżono koniec świata. Wierzymy po prostu, że jakoś to będzie. A najpewniej będzie tak, że – niczym leniwy student, który bierze się do nauki, jak już musi, przed samym egzaminem – ludzkość postawiona pod ścianą coś wymyśli. Brzmi to jednak śmiesznie, żałośnie. Cała ludzkość niczego nie będzie w stanie szybko i w zgodzie zrobić. Najpierw musielibyśmy się wszyscy zgodzić, jakie są realne zagrożenia dla planety. Następnie zapomnieć o bezpośrednich kosztach, które poniesie nasze państwo czy korporacja (to największa przeszkoda, właściwie nie do pokonania). Potem trzeba by podjąć obliczone na dekady niezmiernie kosztowne i żmudne starania, których owoców nie spożyjemy, gdyż owocem będzie, po prostu, przetrwanie kolejnych pokoleń.
Może to wszystko strachy na lachy? Chciałbym, żeby Popkiewicz okazał się niepoprawnym pesymistą. Przydałby się też jakiś rewolucyjny wynalazek w dziedzinie pozyskiwania energii czy żywności. Co do jednego możemy się zgodzić: konsumpcyjne rozpasanie nie jest realne dla wszystkich, bez ograniczeń, na zawsze. Poza tym, samo w sobie, nie jest najlepszą dla nas rzeczą.

Autor: Jan Latus