Lektury na ekranie

19

I tylko nauczyciele narzekali, że oglądanie lektur na ekranie zabija czytanie...

Czy oglądanie filmów zabija czytanie książek?

To pytanie od lat zadają sobie filmowcy, krytycy, nauczyciele i wszyscy inni, którzy mają związek z filmem i ze szkołą: czy ekranizowanie książek, a zwłaszcza lektur szkolnych, to dobry pomysł. A dokładniej: czy powoduje to, że uczniowie będą lepiej znać owe lektury, czy też raczej – nie będą nawet próbowali otworzyć tych książek, skoro zawsze można obejrzeć film i zorientować się, o co w nich chodzi. Zorientować na tyle, żeby poradzić sobie jakoś na poświęconej danej lekturze lekcji języka polskiego w szkole.
Problem nasilił się zwłaszcza na początku pierwszej dekady nowego wieku, kiedy polskie kino zaczęło specjalizować się w ekranizacjach lektur szkolnych. W niewielkim odstępie czasu powstały filmy na podstawie m.in. takich powieści ze szkolnego kanonu jak: "Quo vadis", "Ogniem i mieczem" czy "Stara baśń". Co więcej – nie były to byle jakie filmy, ale prawdziwe superprodukcje, z rekordowymi jak na rodzime warunki budżetami. Reżyserzy mogli sobie pozwolić na angażowanie największych gwiazd polskiego kina czy setek statystów, mogli pozwolić sobie na wielodniowe zdjęcia za granicą i wystawne scenografie. Opłacało się. W dobie zapaści polskiego kina (poza kolejnymi, bijącymi całą konkurencję na głowę, komediami duetu Tomasz Konecki – Andrzej Saramonowicz, prawie cała reszta polskich filmów przyciągała do kin góra kilkaset osób w skali kraju) lektury cieszyły się niesłabnącym powodzeniem i miały zapewnioną wielotysięczną widownię – w końcu przecież szkoły wykupywały całe sale na seanse dla poszczególnych klas i roczników. Opłacało się więc wszystkim: sponsorom, producentom i właścicielom kin.
I tylko nauczyciele narzekali. Głównie na to, że oglądanie lektur na ekranie zabija czytanie. Ale czy mieli rację? Przecież, gdyby spojrzeć na to z przewrotnej i smutnej, ale chyba uzasadnionej perspektywy, można założyć, że tych książek i tak prawie nikt nie czytał. Kompletnie przekracza to bowiem możliwości percepcyjne dzisiejszego nastolatka. Te książki są za długie, za mało się w nich dzieje. Na dodatek napisane są nieznośnie wprost, ze współczesnego punktu widzenia, archaicznym językiem. Może więc okazać się, nieco paradoksalnie, że ekranizacje wcale nie spowodowały, że uczniowie przestali zapoznawać się z lekturami, wręcz przeciwnie – ci, którzy i tak nigdy nie sięgnęliby po książkę, mogli się dzięki nim dowiedzieć, o co w niej w ogóle chodzi. A może nawet – choć to śmiała i nie poparta dowodami teza – niektórzy z nich, przejęci losem bohaterów, po wizycie w kinie zdecydowali się zajrzeć do książek, które stały się podstawą ekranizacji.
Teza może i śmiała, ale nieobca przemysłowi filmowemu. Od kilku przecież lat sprawdza się zasada, że ekranizacja książki potrafi napędzić sprzedaż jej papierowej wersji. Czasem dochodzi do zaskakujących sytuacji, kiedy za sprawą popularnej ekranizacji z udziałem znanych aktorów, zapomniana książka nagle odzyskuje dawny blask.

Zdjęcie: Archiwum

Leonardo DiCaprio i Kate Winslet w filmie "Revolutionary Road"

 

Przykładów z ostatnich lat można podać sporo, ale najbardziej znamienny jest przypadek "Revolutionary Road", oscarowego (był nominowany w trzech kategoriach, choć w żadnej nie zdobył nagrody) filmu Sama Mendesa, który trafił na ekrany w ubiegłym roku. Film z miejsca zdobył popularność, i to nie tylko za sprawą występujących w głównych rolach bożyszcz publiczności, titanicowej pary kochanków: Leonarda DiCaprio i Kate Winslet. Ta sama publiczność, która tłumnie ruszyła do kina oglądać przejmującą historię o młodych ludziach rozdartych między pragnieniem niezwykłego życia a przygniatającą codziennością, zaczęła pytać w księgarniach o książkę, na podstawie której powstał scenariusz filmu. Było to dzieło Richarda Yatesa, zmarłego prawie dwadzieścia lat temu amerykańskiego pisarza, nieco zapomnianego w swej ojczyźnie, a w Polsce niemal zupełnie nieznanego – dopiero za sprawą filmu jego książka została wydana nad Wisłą. Kolejna, podobna historia przydarzy się niedługo, kiedy w Stanach i w Polsce wejdzie do kin najnowszy film Spike’a Jonze’a zrealizowany na podstawie popularnej w USA książki dla dzieci "Where The Wild Things Are". W Polsce książka Maurice’a Sendaka była do tej pory nieznana, ale można być pewnym, że wraz z premierą filmu papierowa wersja tej historii z pewnością trafi do księgarń. Może więc ekranizowanie literatury jej nie zabija?

Autor: Przemek Gulda