Leśny odlot

58

Mówi się nie bez racji, że Amerykanie grzybów nie zbierają. Że tradycja grzybobrania, tak pięknie utrwalona w naszej rodzimej tradycji i literaturze, z „Panem Tadeuszem” na czele, jest im obca i że typowy mieszkaniec Nowego Jorku raczej nie wchodzi do lasu.

To wszystko prawda, lecz jednak niecała. Amerykanie znają się na grzybach i ich zbieraniu nie gorzej niż Słowianie. Tyle tylko, że nie chodzi o Amerykanów napływowych, którzy przybyli do Nowego Świata ze starej Europy, ale o native Americans, pod którym to eleganckim określeniem kryją się tutejsi Indianie. Oni są z grzybami za pan brat, ale raczej nie zainteresuje ich kurka, kozak, maślak, czy nawet borowik prawdziwek, choć jak się tak przyjrzeć celom, dla których Indianie udają się na grzybobranie, to w sumie zachowują się w tym względzie całkiem podobnie, jak rdzenni… Polacy. Bo tak po prawdzie, to czym się kończyły (i czemu w gruncie rzeczy służyły) zakładowe wyprawy do lasu? Zacieśnianiu więzów z innymi ludźmi i ze światem, po uprzednim zbiorowym wprowadzeniu się w odmienny stan świadomości!
Tyle tylko, że w naszych okolicach w tym celu woziło się do lasu zapas produktów Polmosu, natomiast grzyby stanowiły raczej pretekst, żeby wyrwać się z miasta na pijaństwo w plenerze. Natomiast Indianie idąc na grzyby mają na myśli grzyby. Tyle, że tylko i wyłącznie te halucynogenne.
Dla nikogo nie jest bowiem tajemnicą, że grzyby dzielą się nie tylko na te jadalne oraz trujące. Istnieją jeszcze grzybki, by tak rzec, pośrednie. Po spożyciu owszem, trują, ale tylko trochę. Na tyle, żeby „odlecieć”, a potem w miarę bezpiecznie powrócić. To grupa grzybów halucynogennych, zawierających naturalne substancje psychoaktywne, a więc takie, które są w stanie wpływać na ludzką psychikę, powodując zaburzenia świadomości różnego rodzaju, ale głównie produkując wizje.
Indianin „pod wpływem” wprowadza się w ten stan, żeby nawiązać kontakt z duchami przodków, zajrzeć w przyszłość i zgłębić największe tajemnice istnienia.
Poczucie jedności z materią i absolutem, jak też podróż na granice bytu to cele, które przyświecały też kolejnym, po Indianach, amerykańskim miłośnikom grzybobrania. Bo byli i tacy. Pojawili się w Meksyku (bo tam grzyby dorodniejsze) w latach 60. ubiegłego wieku, a do historii przeszli pod określeniem hippisi.
Dziś w podobnym celu po łąkach i lasach chadzają głównie hipsterzy. Nie w Ameryce, tylko w Polsce. Opiaty stały się ostatnio mniej modne. Co innego grzybki. Raz, że grzybobranie to u nas tradycja. A dwa – grzybki są eko.
Nie chodzi o to, żeby się naćpać. Grzybki, przyjmowane w doborowym towarzystwie w eleganckich wielkomiejskich apartamentowcach, bierze się, pod nadzorem szamana, żeby wejść na wyższy poziom świadomości. To taka nowa, niebezpieczna moda. Najbardziej ekskluzywne wycieczki do podświadomości odbywają się w obecności profesjonalistów z Ameryki Południowej, częstujących uczestników wielogodzinnej podróży wywarem z pnączy o egzotycznej nazwie Ayahuasca (w skrócie – Aya).
Najbardziej popularne są jednak grzybki. Choćby dlatego, że tanie. Wystarczy wyjść na łąkę i nazbierać. Za chwilę wrzesień, więc właśnie zaczyna się (przynajmniej w Polsce) kolejny sezon.
Na niemal każdej polanie pojawią się, jak zwykle, liczne występujące w Polsce odmiany grzyba łysiczki (lancetowatej), zawierającego dokładnie te same substancje psychoaktywne, co grzybki w Ameryce, czyli psylobicynę, powodująca silne halucynacje. Dokładnie takie, jak te pokazane w kultowych „Odmiennych stanach świadomości” Kena Russela.
Psylocybina ma to do siebie, że owszem, spełnia definicję narkotyku, ale jednocześnie ma niewielki potencjał uzależniający. Po grzybkach nie ma też kaca i niemal wprost z podróży można wracać do pracy. Szef się nie połapie i nie nakryje na przychodzeniu do roboty w stanie wskazującym, za co leci się z etatu szybciej, niż podczas odlotu po grzybach.
Co nie znaczy, że działanie łysiczki na psychikę jest łagodne. Dość powiedzieć, że grzybki są stosowane na szeroką skalę w obrzędach woodoo. Niezłego kopa daje też – również obecny w polskich lasach i na łąkach – muchomor czerwony (amanita muscaria). W przypadku muchomora substancją aktywną jest kwas ibotenowy, a działanie daje skutki jak po nadużyciu alkoholu.
W przeciwieństwie do zbierania prawdziwków, takie specjalistyczne grzybobranie jest w Polsce karalne. Grozi za to 3 lata bez grzybowej w jadłospisie. Ta okoliczność nie zniechęca jednak naszej młodzieży do kontynuacji narodowej tradycji grzybiarstwa. Pewnie więc i w nadchodzącym sezonie pilni czytelnicy „Pana Tadeusza” ruszą na grzyby na Dolny Śląsk, bo najbardziej urodzajne w łysiczki są łąki w okolicach Gór Sowich i Kotliny Kłodzkiej.
W ten sposób po raz kolejny potwierdzi się pierwsze prawo grzybiarza, które stanowi, że grzybów nie da się zbierać na trzeźwo. I że dopiero kontakt z naturą daje szansę na zgłębienie tajemnicy bytu.

Autor: Marian Chlabicz