Lubię życie na krawędzi

108

"Jestem z dżungli, mogę spać z głową na kamieniu – mówi o sobie. – A pływać umiałem wcześniej niż chodzić." Jerzy Majcherczyk, polonijny podróżnik i odkrywca, jest nie do zdarcia.

Zawsze między jedną wyprawą a drugą, zawsze trochę niespokojny. Jakby go nadmiar energii miał zaraz rozsadzić. „Nie byłem tylko na Antarktydzie – mówi Jerzy Majcherczyk, 59, który jednak krajów, jak podkreśla, „nie kolekcjonuje”. W samej Ameryce Południowej był ze 120 razy, z czego w Peru – ok. 60. Tam – śmieje się – ma kochankę. Na imię ma Colca. Kanion, który Majcherczyk odkrył wraz z wyprawą Canoandes w 1981 roku, został uznany 5 lat później przez Księgę Rekordów Guinnessa za najgłębszy na świecie. To otworzyło mu drogę do prestiżowego The Explorers Club, zrzeszającego ok. 3000 podróżników z całego świata. Majcherczyk należy tam do 500 tzw. fellows, czyli odkrywców o największych osiągnięciach.

***
Pasję do podglądania natury zaszczepił w nim ojciec, który, jako chłopca, w niedzielę po kościele zabierał go na spacer po okolicach Siewierza, skąd rodzina pochodzi. „Ojciec był rolnikiem i bednarzem, a czasami i kłusownikiem, do czego zmuszała go bieda. A i tak w domu było głodno” – wspomina Majcherczyk. Ojciec pokazywał mu, jak odróżnić północ od południa, jak podejść sarnę czy zająca. Potem były zabawy w Indian z kolegami, kryjówki na drzewach, książki Tony Halika.
„Pływać umiałem wcześniej niż chodzić” – mówi Majcherczyk, dla którego woda stała się pierwszym żywiołem i dziś jest w czołówce światowych kajakarzy. Według anegdoty rodzinnej, kiedy troje starszego rodzeństwa zabrało 3-miesięcznego Jurka nad Czarną Przemszę i poszło się kąpać, wózek zjechał ze skarpy do tamtejszej glinianki. Wózka nigdy już nie dało się wyciągnąć, za to Jurek chwilę później „jak korek” wypłynął na powierzchnię.
Kiedy Jurek miał 9, może 10 lat, szkołę w Siewierzu odwiedził podróżnik Stanisław Szwarc-Bronikowski, który opowiadał o źródłach Amazonki. Na jednym slajdzie woda kapała z lodowca. „Pierwsze krople rzeki” – mówił Szwarc-Bronikowski. Kolejny pokazywał jej ujście, tak gigantyczne, że brzegów nie widać. „Siedziałem z otwartą buzią i tak mi się zamarzyło, żeby tam kiedyś dotrzeć – wspomina Majcherczyk. – A potem pomyślałem sobie: z małego Siewierza, z biednej rodziny, syn bednarza i krawcowej… nie mam najmniejszych szans.”
Na pożegnanie Szwarc-Bronikowski rzucił: „Opowiedziałem wam moją historię i teraz sieję między was ziarno podróżnika i mam nadzieję, że w którymś z was zakiełkuje.”
33 lata później Majcherczyk wprowadzał jako sponsor Szwarca-Bronikowskiego razem z Elżbietą Dzikowską i Tony Halikiem do Explorers Club.

***

Wyprawa Canoandes, która zamiast 6 miesięcy trwała prawie 3 lata, zmieniła życie Majcherczyka pod wieloma względami. Kiedy wreszcie mieli wracać do Polski, wprowadzono tam stan wojenny. „Założyliśmy Solidarność w Peru i aktywnie tam narozrabialiśmy. Niechcący rozwaliliśmy tamtejszą partię komunistyczną i potem musieliśmy stamtąd uciekać – opowiada Majcherczyk, który w dodatku cierpiał wtedy na tyfus jelit i, jak twierdzi, był w stanie krytycznym. W ostatnim dniu ważności wizy amerykańskiej – 4 lutego 1982 roku – wraz z innymi uczestnikami wyprawy przyleciał do Miami i złożył wniosek o azyl.
„Jak przyjechałem, miałem może 14 dolarów w kieszeni. Byłem chory, nie miałem gdzie mieszkać i nie mogłem wrócić do Polski” – wspomina. Przez Nowy Jork i Casper w Wyoming, gdzie mieszkała sponsorująca go rodzina, trafił do Denver. „Wtedy prawie w ogóle nie mówiłem po angielsku, za to świetnie mówiłem po hiszpańsku. Dlatego uczyłem się angielskiego z książek hiszpańskich, bo polskich nie było.”
Zarabiał na życie naprawianiem dachów, a w międzyczasie zaangażował się w działalność polonijną. „Założyłem w Denver przedstawicielstwo antykomunistycznej organizacji Pomost; później zrobiłem to samo w Peru, Ekwadorze, Panamie i Meksyku. A w międzyczasie moja rodzina w Polsce dostawała w kość.”
W sierpniu 1984 roku przyleciał przez Waszyngton do Nowego Jorku na spotkanie przedstawicieli Polonii z Ronaldem Reaganem. Wtedy poznał Małgosię. „To była miłość od pierwszego wejrzenia. Czwartego dnia oświadczyłem się jej, a 30 grudnia tego samego roku pobraliśmy się w katedrze św. Patryka” – opowiada Majcherczyk, który po 27 latach małżeństwa jest tak zachwycony żoną, jak w dniu poznania.
Mają trzech dorosłych już synów, z których są bardzo dumni. „To, że są piękni, to zasługa żony. Ale to, że mówią, czytają i piszą po polsku to moja zasługa, bo pod tym względem miałem żelazną rękę.”
Razem z żoną prowadzi też biznes – agencję podróży Classic Travel w Wallington, NJ.
„Żona jest z wykształcenia agentem podróży, a ja jestem z dżungli – śmieje się Majcherczyk. – Więc dzielimy w biurze role tak, że ja biorę na siebie ekstremalne wyprawy, podczas których się jest ciągle w drodze, a czasami śpi się niemal z głową na kamieniu. Ona z kolei uwielbia wycieczki, podczas których jest się w jednym miejscu, najlepiej w luksusowym hotelu.”

***
Największą jego misją jest jednak, jak twierdzi, promowanie osiągnięć Polaków w odkryciach, głównie przez działalność założonego przez siebie Polonijnego Klubu Podróżnika i organizowane wyprawy, które zawsze uwzględniają ślady Polaków, jeśli mieli oni w danym kraju jakieś osiągnięcia. „Nie wiem na przykład, jak by Peru wyglądało, gdyby nie ok. 80 polskich inżynierów, którzy tam wylądowali w XIX wieku – mówi Majcherczyk. – Takich przykładów są dziesiątki i chcę, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Bo teraz już nie będzie wojny na rakiety. Walka toczy się o prestiż – który naród, co znaczy.”
Dzięki jego wysiłkom w wioskach leżących na krawędzi kanionu Colca drogi nazwano „Alejami Polaków”, a jedną z tamtejszych szkół – imieniem „Jana Pawła II”. Ale Colca, jak twierdzi, stała się też jego przekleństwem. Liczba turystów odwiedzających kanion wzrosła nieprawdopodobnie, a na poszukiwaczy złota, w które kanion jest bogaty, nie ma mocnych. „Żona żartuje, że 'ta kolka już ją kłuje od 27 lat'” – śmieje się Majcherczyk, który mówi, że jakoś od kanionu nie może się uwolnić i wciąż tam wraca.
Czasami nie ma go w domu tygodniami. „W dodatku żona też podróżuje, więc często się mijamy” – mówi podróżnik. Twierdzi jednak, że życie globtrotera męczyło go tylko, kiedy synowie byli mali, bo wtedy potwornie za nimi tęsknił. „Ale generalnie, jeśli człowiek robi to, co kocha, to się nie męczy, a wręcz przeciwnie – daje mu to energię.”
Lubi też nowe wyzwania i szum adrenaliny we krwi. W listopadzie po raz pierwszy zdecydował się na skok bungee jumping. Wcześniej przymierzał się do tego przy wodospadach Wiktorii, na granicy Zambii i Zimbabwe. „Ale jak zobaczyłem, jak ci z obsługi wiążą liny jakimiś drutami, to stwierdziłem, że życie mi jeszcze miłe. Kilka dni wcześniej zresztą lina urwała się podczas skoku turystki z Australii – mówi Majcherczyk, który marzenie ostatecznie zrealizował podczas pobytu w Queenstown w Nowej Zelandii. „Powiedziałem tylko ‘Jezu, ufam Tobie’ i skoczyłem. Ja po prostu lubię życie na krawędzi” – mówi Majcherczyk, który już planuje kolejny skok, tym razem – na spadochronie.

 

Autor: Ewa Kern-Jędrychowska