Magdalena Samozwaniec: Pierwsza dama polskiej satyry

0
4

Córka niezwykłego rodu Kossaków, z której wywodzili się znakomici artyści, obdarzona niezwykłą radością życia i zaraźliwym poczuciem humoru satyryczka nie pozostawiła może po sobie takich arcydzieł jak jej siostra Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czy ojciec Wojciech Kossak, jednak w swoich licznych felietonach i zbyt niestety nielicznych książkach zostawiła ślad ducha epoki, która bezpowrotnie minęła. Lata międzywojenne, którymi zachłystywała się Samozwaniec, kipiały humorem i energią. Samozwaniec była ich oddaną, zawziętą i często uroczo złośliwą kronikarką.

Dowcipna panna z Kossakówki

Książką, która unieśmiertelniła Magdalenę Samozwaniec była „Maria i Magdalena” – wspomnienia o rodzinnym domu, „Kossakówce” i rodzinie która, jak na tamte czasy (początek XX wieku) była co najmniej nietypowa. Magdalena wyrosła w swobodnej artystycznej atmosferze. Jej ojciec, znany malarz batalista, dzięki talentowi i obrotności mógł pozwolić rodzinie na życie na odpowiednim poziomie. W Kossakówce bywały najznamienitsze persony polskiej elity artystycznej i intelektualnej. Obie siostry Kossakówny i ich brat Jerzy pobierali nauki w domu, pod okiem znakomitych nauczycieli. Sprawą oczywistą było, że biegle posługiwali się kilkoma językami i nieobce im były arcydzieła światowej literatury. Co prawda, jak wspominali znajomi sióstr, fakt, że nie uczęszczały do szkoły z innymi dziećmi sprawił, że trochę brakowało im obycia, ale bogate życie towarzyskie, które zapewniał im międzywojenny Kraków szybko sprawiło, że stały się rozrywane na salonach.
Każdy kto czytał „Marię i Magdalenę” wie, że siostry były zupełnie różne. Maria była naturą wrażliwą, poetycką, prawdziwą marzycielką, natomiast Magdalena, nazywana Madzią, była wulkanem energii i szalonych pomysłów.
Mówiła, że miłością jej życia była Lilka (tak w rodzinie nazywano Marię) ale, jak opowiadał przyjaciel rodziny, Karol Estreicher, „Kłóciły się wiecznie – o pończochy, o suknie, o drobiazgi – a potem wypominały sobie nawzajem grzechy. Byłem raz świadkiem takiej kłótni i uciekłem przerażony. Lilka z górnych schodów na Kossakówce oblała Madzię przed pójściem na zabawę brudami, aby zepsuć jej wieczór. Za godzinę zjawiły się w największej zgodzie na dancingu w Esplanadzie, wyglądając piękniej niż zwykle”. Madzia jako pisarka była przez Lilkę krytykowana. Opinie na temat ich samych są skrajne. Dla jednych ta miła i ładna to była poetyczna, choć kapryśna Lilka, dla drugich – wysportowana, bezpośrednia Magdalena.
Madzia była bezpośrednia przez cale życie, co przysparzało jej zarówno przyjaciół jak i wrogów. Podobno szafowała swoimi sądami na temat innych osób bez wahania, jednak robiła to w tak uroczy sposób, że wszystko zazwyczaj uchodziło jej płazem.
Jej cięty język i poczucie humoru, które sprawnie potrafiła przelewać na papier sprawił, że felietony, które publikowała często w ilościach wręcz hurtowych, były niezwykle popularne. Jednak sławę parodystki i sam swój pseudonim Magdalena zawdzięcza w znacznym stopniu siostrze i jej ówczesnemu mężowi, Janowi Pawlikowskiemu. Podczas zakopiańskich wieczorów w siedzibie Pawlikowskich na Kozińcu urządzali zabawy literackie. „Podczas jednej z takich zabaw towarzyskich urodziła się sponte sua opowiastka satyryczna na przerost snobizmu w ówczesnym społeczeństwie, szczególnie ziemiańskim. Każdy szanujący się hreczkosiej musiał mieć tytuł, koligacje, nie mówiąc o herbach. Madzia zapisała to i owo, a potem rozszerzyła tekst i pokazała go Lilce i Jasiowi. Zaczęły się przeróbki (…) W rezultacie urodził się tomik „Na ustach grzechu” autorstwa ich trojga: Lilki, Jasia i Madzi”. Kiedy jednak uradzili wspólne wydanie książeczki, Magdalena tak wykłócała się o swój pomysł, że Pawlikowscy odpuścili. – Mam pseudonim świetnie dopasowany do całej tej naszej zabawy – powiedział Jaś Pawlikowski do szwagierki. – Po prostu Magdalena Samozwaniec – przecież nic innego nie jesteś! „Na ustach grzechu” odniosło olbrzymi sukces, a Madzia została oficjalnie uznana „najdowcipniejszą kobietą w kraju”.
Karol Estreicher zapytał ją kiedyś, dlaczego nie pisze powieści obyczajowej. – Nie mam kapitału – rzekła otwarcie – muszę felietonami zarabiać, żeby dużo wydawać. Jak wszyscy Kossakowie.
Młodsza panna Kossakówna była prawdziwa modnisią. Malowała się dość mocno i paliła na potęgę. Uwielbiała zakupy i kochała hazard a zwłaszcza brydża, w którego w międzywojniu często grywano na pieniądze. Nie lubiła rozmów o chorobach i śmierci. Mówiła, że jej to nie dotyczy. „Madzia odziedziczyła po ojcu temperament, radość życia, witalizm” – twierdził Antoni Słonimski.

Miłości panny Kossak

To właśnie temperament Madzi zdaje się sprawiał, że była mocno kochliwa. Nie zakochiwała się przy tym tak poetycko jak Lilka. Madzia była daleko bardziej pragmatyczna! Dlatego przyjęła oświadczyny Jana Starzewskiego, prawnika z mieszczańskiej rodziny. Kossakom nie podobał się przyszły zięć, Madzia jednak, panicznie bojąc się staropanieństwa, chciała jak najszybciej wyjść za mąż i marzyła o światowym życiu. Jan Starzewski był w Legionach adiutantem Władysława Sikorskiego, później walczył w Pierwszej Brygadzie na froncie wołyńskim, a gdy w roku 1919 organizowało się Ministerstwo Spraw Zagranicznych, rozpoczął karierę dyplomaty.
Szybko nastąpiło wzajemne rozczarowanie. Starzewski chciał, żeby żona pomagała mu w karierze dyplomaty, błyszczała elegancją i dowcipem, ona zaś sądziła, że życie wśród dyplomacji będzie bogate i zabawne. Myślała, że stanie się przedłużeniem pogodnego życia w Kossakówce.
Wiosną 1923 roku Jan Starzewski otrzymał nominację na drugiego sekretarza poselstwa polskiego w Bukareszcie, ale w pełnym rygorów dyplomatycznym światku Madzia wytrzymała tylko rok. Mimo tego, że owocem tego związku była córka Teresa, małżeństwo się rozpadło.
W 1925 roku Magdalena znów była na Kossakówce.
– Mam dwie córki i czterech zięciów, mam jednego syna i dwie synowe, i jest się czym martwić – mawiał Wojciech Kossak.
Wojna obeszła się z Madzią, tym prawdziwym dzieckiem szczęścia, całkiem łaskawie. Niestety, podczas wojny zmarli jej rodzice i ukochana siostra a dom rodzinny przepadł. Magdalen starała się utrzymać Kossakówkę i w tym celu zorganizowała tam nawet kawiarnię artystyczną, co spotkało się z oburzeniem krakowskiego „towarzystwa”, jednak po niedługim czasie musiała się poddać. Wciąż pisała. Wydała dwie powieści z których jedna, „Maria i Magdalena”, przyniosły jej uwielbienie czytelników, druga zaś, satyra na powojenne losy dawnej arystokracji czyli „Błękitna krew”, przyniosła jej wśród krakowskiej socjety przydomek „wysłanniczki piekieł”. Ta książka z kluczem, gdzie wielu mogło z łatwością rozpoznać swoje literackie alter ego sprawiła, że w Krakowie przez długi czas nie wymawiano nawet imienia Magdaleny.
Madzia nie przejęła się tym zbytnio i postanowiła przeprowadzić się do Warszawy. Tam zdecydowała się poślubić 20 lat młodszego Zygmunta Niewidowskiego, obrotnego właściciela lombardu. Poznali się jeszcze w Krakowie – podobno był pretendentem do ręki córki Madzi ale zakochał się w jej matce. Plotki głosiły, że przez to relacje matki i córki były dalekie od poprawnych. Madzia nie odnajdywała się najlepiej w roli matki i wypowiadała o Teresie nie najlepiej – ta z kolei, po przeprowadzce do Francji, odcięła się od rodzicielki całkowicie.
Związek Magdaleny ze Zbigniewem był, mimo różnicy wieku, całkiem udany. Niewidowskiemu nie przeszkadzało bałaganiarstwo i dwie lewe ręce Madzi, ona zaś ze stoickim spokojem znosiła jego zdrady. Taki stosunek do małżeństwa Magdalena z pewnością wyniosła z Kossakówki – jej matka także przymykała oko na romanse swojego przystojnego męża. Tym sposobem Madzia wyrobiła sobie pojęcie dobrego męża, który żonę zdradzał, ale dbał o nią, no i zawsze wracał.
Magdalena nie poddawała się wiekowi – zawsze nienagannie ubrana i umalowana, choć z wiekiem coraz mocniej, uwodziła publiczność swoich wieczorów autorskich autoironią i niezwykłym poczuciem humoru. Zbiory jej felietonów „Tylko dla mężczyzn” i „Tylko dla kobiet” do dziś bawią kolejne pokolenia czytelników. Marian Brandys kiedyś wyśmienicie podsumował tę nietuzinkową osobowość. Stwierdził, że  „Samozwaniec była skrzyżowaniem klowna z contessą i miała w sobie tragizm klownowski i bohaterski dantyzm”.
Pierwsza dama polskiej satyry zmarła 20 października 1972 roku w Warszawie. Tego dnia w warszawskim Klubie Księgarza miała promować najnowszą książkę „Młodość dla wszystkich”.

Autor: Zuzanna Ducka-Lubas