Magiczny smak kukułki

118

Kto by się spodziewał, że będziemy kiedyś z rozrzewnieniem wspominać komunizm? I że na PRL nastanie moda? I to wśród walczącej, amerykańskiej Polonii?!

Ktoś, kto śledzi ostatnie – powiedzmy od czasu Smoleńska – dyskusje pomiędzy nowojorskimi Polakami, kto czyta ich ogniste, pełne pasji komentarze na internecie, pomyśli, że Greenpoint, Garfield oraz Ridgewood to ostatnie bastiony antykomunizmu na świecie. Obama jednostronnie rozbraja Amerykę z głowic atomowych, Korea Południowa mizdrzy się i łasi do Północnej, Kanadyjczycy inwestują w najlepsze i wakacjują na Kubie. Tylko Polonia z Nowego Jorku i Chicago wie, że walka dobra ze złem trwa, a Polska pozostaje krajem zniewolonym, rządzonym przez agentów, rozgrabianym przez Rosję i Niemcy.
Taki jest ton przemów Polonii, jej listów do redakcji, modlitw („Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!”). Wystarczy jednak wejść do dowolnego polonijnego sklepu spożywczego, salonu piękności, restauracji, aby poczuć się jak wśród tęskniących do kraju agentów SB.
Dziwna moda na wszystko co PRL-owskie nie ominęła Polonii. W Polsce jest to ciągle moda wielka i tłumaczy się ją na wiele sposobów, a każdy jest pokrętny. Młodzież podobno nic o komunizmie nie wie, nie doświadczyła żadnych jego negatywnych konsekwencji. Ba, nie słyszała nawet o Solidarności i Lechu Wałęsie (zwanym przez Polonię agentem Bolkiem). Skoro tak, „komunę” kojarzy ze śmiesznymi, a teraz awansowanymi nawet do rangi „kultowych”, filmami „Rejs” i „Miś”. Może zresztą to logiczna sekwencja przekory pokoleń: odrzucamy to, co było tuż przed nami, a z otwartymi ramionami przyjmujemy to, co było o kolejną generację wcześniej. Spodnie „dzwony”, buty kacze dzioby i rogowe okulary z lat 70. wyglądają jak ironiczne przebranie hipstera z Williamsburga. Pasuje do tego kostiumu nawet papierowa gazeta i książka!
Starsze pokolenie, pamiętające komunę co prawda z własnych doświadczeń, ale tylko z okresu dzieciństwa, wspomina ją podobno jako najpiękniejszy okres w życiu. Wiadomo – dzieciństwo! To nie dzieci stały przecież w kolejkach po pralkę, nie one prały, nie one szły ze spuszczoną głową na pochody pierwszomajowe. Raptem z PRL-u pamiętamy tylko cukierki Kukułki i lody Bambino.
Nie można oczywiście wykluczyć, że są wśród nas, także na emigracji, ludzie jeszcze starsi, którzy pamiętają prawdziwe oblicze komunizmu, nie to poczciwe, z komedii z Kobielą i Tymem. To pewnie oni ciągle posługują się mapami Polski z 1938 roku. Ale też to oni… kupują w sklepie spożywczym w Nowym Jorku kukułki. W takim samym, blaszanym, okrągłym pudle w koszmarne, złote ornamenty.
Antykomunistyczna Polonia odwraca się ze wstrętem od czystej i smacznej, nowojorskiej wody, aby nabyć w zamian, płynącą statkami hen, z Europy Wschodniej, Nałęczowiankę. Zamiast Seven Up lub Fanty pije ich PRL-owskie imitacje, jak Ptysia. Nad szkodliwą, za słodką Coca-colę przedkłada jej kopię bez licencji, Polo-Coctę.
Dodajmy, że te wszystkie PRL-owskie produkty wskrzeszono w ostatnich latach do łask. Zdaje się, że oszczędzono nam powtórki z Wyrobów Czekoladopodobnych oraz więziennej brukwi, ale kawa zbożowa instant jak najbardziej zyskała uznanie.
Dżemy, jogurty, majonezy i musztardy z Polski, nawet jeśli produkowane są dziś przez międzynarodowe koncerny, uważane są przez polonijnych nabywców za zdrowsze, smaczniejsze, lepsze od amerykańskiej, okropnej, plastikowej żywności. Także polskie piwo i to takie przaśne jak Warka czy Elbląskie, rywalizuje o serca Polaków z najlepszymi produktami z Czech i Niemiec.
W polskich restauracjach w Nowym Jorku uporczywie próbuje się zachować magiczne receptury ze szkolnych stołówek i restauracji w ośrodkach wczasowych. Może i w Polsce lubią teraz zjeść dziczyznę, sandacza i sushi, ale na Grenpoincie nadal króluje rosół, pyzy z tłuszczem i kompot.
Moda na PRL wśród Polonii dotyczy też salonów piękności. Na pewno podoba się tam amerykańskim hipsterom, gdy widzą polskie damy ewidentnie szykujące się do zdjęć do filmu dziejącego się w latach 50-tych.
Wizyta w księgarni może przynieść mieszane wrażenia. Pojawiają się na przykład pozycje o jakichś gwiazdkach młodego pokolenia, których tak naprawdę nikt nie zna i nie ceni. Są też one na okładkach kolorowych pism. Ale najpopularniejsze pozostają wspomnienia ludzi znanych i lubianych, biografie, autobiografie i wywiady rzeki, z Ireną Santor na przykład. Przebojem będą na pewno wspomnienia kapitana Klossa, czyli zaprzedanego reżimowi aktora Stanisława Mikulskiego. W polonijnych wypożyczalniach, a ostatnie w telewizji satelitarnej (wypożyczalnie wychodzą z mody), owszem, oglądano czasem jakiś współczesny obraz, jak „Psy” ale panowała powszechna zgoda, że nie dostają one do pięt „Czterem pancernym”, „Krzyżakom” i „Zezowatemu szczęściu”. Co prawda były to filmy zrobione naiwnie, topornie, źle zagrane i przesycone kłamliwą propagandą, ale kto by o tym pamiętał, gdy kojarzą się z dzieciństwem, ze smakiem ssanej kukułki, ciągnącego się irysa, wyciągającego plomby z zębów toffi.
Podobnie rozklejaliśmy się słuchając w nieskończoność Budki Suflera, a potem coraz dalej wstecz: Niemena, Czerwonych Gitar, Szczepanika.
Taka jest potęga wspomnień z dzieciństwa, tym większa, im na starość miękną nam mózgi.
Tak więc agentowi Tuskowi nigdy nie podamy ręki, ale od kapitana Klossa i oranżady na kapsle wara, bo to nasza spuścizna.

Autor: Jan Latus