Marcella Sembrich-Kochańska: Pierwsza Diwa Met

27

Wiek XX należał do trzech tenorów. W XIX wieku rządziły soprany. Diwy dyktowały repertuar, kostiumy, a nawet tonacje swoich arii. Zarabiały krocie.

Jedną z największych primadonn przełomu XIX i XX wieku była Polka – Marcelina Sembrich-Kochańska, sopran koloraturowy który zawojował największe sceny ówczesnego świata. Marcelina (1858-1935) urodziła się na Podolu w okolicach Tarnopola, a zmarła w Nowym Jorku w swoim apartamencie na dziewiątym piętrze przy 151 Central Park West, z widokiem na parkowy staw. Z jednej strony była to modelowa XIX-wieczna dama w strojnych sukniach i wielkich kapeluszach z piórami. Z drugiej strony – chętnie korzystała z nowinek technologicznych: fonografu, telefonu, telegrafu, samochodu, samolotu i radia. Uprawiała też sporty: wspinała się po górach, jeździła na bicyklu, próbowała jazdy konnej. Była sprawną bizneswoman.

NALEŻAŁA DO NAJLEPIEJ ZARABIAJĄCYCH ŚPIEWACZEK swej epoki. Za dwa miesiące występów w Rosji zarobiła 26 000 rubli, podczas gdy baryton 3200, a chórmistrz zaledwie 500. „New York Times” w 1907 r. narzekał, że wywozi z USA co sezon 85 000 dol. Paryski „L'Evenement” opisywał primadonnę w roli Violetty z Traviaty Verdiego jako „witrynę z diamentami”, w skład której wchodziły: bransoleta od cara Aleksandra II, diadem od carowej Katarzyny, trzy rzucające blaski gwiazdy-zapinki do włosów od księcia na Oldenburgu, bransoleta z rubinami od króla Hiszpanii, medalion z rzadkiej czystości diamentami od lorda Caldridge'a, bransoleta w perłach i diamentach od Gye'a na pamiątkę jej debiutu w Covent Garden, i inne klejnoty od londyńskich arystokratów.
Choć w świadomości Polaków Sembrich-Kochańska znana jest jako Marcelina, sama śpiewaczka używała imienia Marcella, i tak sama, mając lat szesnaście, podpisywała się w listach z wakacji wysyłanych do przyjaciół we Lwowie. Jako Marcelina figurowała jedynie na afiszach drukowanych na ziemiach polskich.
Kochańska to panieńskie nazwisko śpiewaczki. Sembrich natomiast to panieńskie nazwisko jej matki, pod którym zasłynęła na scenie. Wzorem wielu ówczesnych śpiewaków, którzy na scenie przybierali włoskie pseudonimy, debiutowała jako Marcella Bosio. Po mężu nazywała się Stengel.

NAZYWANO JĄ DRUGĄ PATTI. Adelina Patti, najsłynniejsza z primadonn drugiej połowy XIX w., królowała na scenie, gdy Sembrich dopiero zaczynała karierę. Miały dość podobne głosy oraz predyspozycje raczej do lirycznego i komediowego niż dramatycznego repertuaru. Ponoć nawet się lubiły. Śladem Patti Sembrich oszczędzała głos, nie śpiewając na próbach i unikając rozmów w dniu koncertu, po suknie jeździła do Paryża, obwieszała się klejnotami, a przede wszystkim śpiewała według starej szkoły włoskiego belcanto.
Śpiewacy w owym czasie nagminnie sprawiali dyrygentom, muzykom i partnerom scenicznym niespodzianki, które dziś są nie do pomyślenia. Pierwszy kontrakt Sembrich na występy w Rosji zakazywał śpiewaczce „wprowadzania jakichkolwiek dodatkowych fragmentów muzycznych nieistniejących w partyturze, ani nieuzgodnionych z dyrektorem cięć, skrótów czy transpozycji”. Mimo to Sembrich w Cyruliku sewilskim Rossiniego dodawała w scenie „lekcji śpiewu” nie tylko wariacje Heinricha Procha i Słowika Aleksandra Alabjewa, ale także Życzenie Chopina, z własnym fortepianowym akompaniamentem. Gdy jej liczne modyfikacje oryginalnego tekstu muzycznego, które „partię Rozyny zmieniły niemal w jej parafrazę”, spotkały się z ostrą krytyką i dezaprobatą publiczności, ograniczyła ornamentykę.

CZASY SIĘ ZMIENIŁY. Na scenę wkroczyły dramaty Wagnera, Verdiego oraz werystyczne opery Leoncavalla. Dodawanie ozdobników zaczęło wzbudzać powszechny sprzeciw. Pod wpływem krytyki Sembrich zrezygnowała ze „wzbogacania” utworów żyjących kompozytorów, ale partie z oper Rossiniego, Donizettiego i Meyerbeera nadal ozdabiała zgodnie z konwencją starej włoskiej szkoły kadencjami i fioriturami wyuczonymi u swojego znakomitego nauczyciela Lampertiego.
Sembrich bez wątpienia była postacią wielowymiarową. Niezwykle utalentowana, ambitna i pracowita uosabiała amerykański mit from rags to riches. Uboga Podolanka pierwsze lekcje muzyki – gry na skrzypcach oraz na wystruganej z drewna klawiaturze fortepianu – pobierała u ojca, który „krytym wozem objeżdżał wraz z żoną i dziećmi miasteczka i wsie, przystając tam, gdzie udało mu się otrzymać parę lekcji”. Jej akompaniator, Amerykanin Frank La Forge, wspominał później, że nigdy nie omijała ulicznych śpiewaczek czy grajków, a dając im pieniądze, mówiła: „Powinniśmy ich szanować, to są przecież nasi koledzy”.
W 1885 roku, po kilku latach na scenie, naznaczonych pierwszymi wielkimi sukcesami, ale też paroma porażkami i uwagami krytyków, które dawały do myślenia, publicznie przyznała, że na naukę nigdy nie jest za późno. Podjęła lekcje u Francesco Lapertiego, ojca swego poprzedniego nauczyciela z Mediolanu, Giovanniego Battisty, niechcący wywołując między ojcem i synem wojnę o tytuł pedagoga Sembrich.
Sembrich-Kochańska była także kobietą z temperamentem, który dochodził do głosu zwłaszcza w chwilach, gdy cierpiała jej miłość własna. 18 kwietnia 1903 w Czarodziejskim flecie Mozarta śpiewaczka wywołała przykry incydent. Publiczności podobała się Fritzi Scheff w duecie z Campanarim – Papagenem i żądała bisu. Dyrygent nie zareagował, więc Sembrich, razem z Trzema Damami, wyszła do finału i zaczęła śpiewać, podczas gdy brawa – nie w jej stronę kierowane – trwały nadal. Nagle przerwała i zeszła ze sceny. Scheff z Campanarim powtórzyli duet i zapadła długa cisza. Kiedy Sembrich wreszcie wróciła, sala zamarła. Ale ona powiedziała: „Skoro publiczność woli subretkę niż mnie, niechaj tak będzie” – i na dobre opuściła scenę.

NIE PLANOWAŁA DOMEM UCZYNIĆ NOWEGO JORKU. Marcelinie, mimo sukcesów odnoszonych w Ameryce, zdecydowanie bliższa była Europa.Wybudowała sobie bajeczną Villę Monticello w Nicei nad Morzem Śródziemnym, gdzie planowała osiąść po zakończeniu kariery. Wprowadziła się do niej w 1913 r. Wkrótce jednak I wojna światowa wygnała ją z tej rezydencji za ocean.
Amerykę już wcześniej zjeździła wzdłuż i wszerz podczas tournées koncertowych. Ćwierć wieku śpiewała na scenie Metropolitan Opera. Próbowała też działalności impresaryjnej, ale bez sukcesów. W San Francisco przeżyła trzęsienie ziemi. Wkrótce potem dała w Carnegie Hall recital na dochód dla chóru, który stracił kostiumy, i orkiestry Met, która w wyniku trzęsienia ziemi straciła instrumenty.
Działała także na rzecz Polski i Polonii. Założyła Amerykańsko-Polski Komitet Pomocy w Nowym Jorku (American Polish Relief Committee of New York), zwany potocznie Komitetem Marcelli Sembrich, wciągając do współpracy amerykańskich miliarderów (m.in. Andrew Carnegiego i Johna P. Morgana jr.) oraz ludzi z nowojorskiej elity. Nie szczędziła datków na cele dobroczynne. Polska zawsze była bliska Marcelinie, która przez lata przyjaźniła się z Paderewskim. Artystka zawsze podkreślała, jak ważny jest dla niej kraj ojczysty. Dlatego w swoich programach umieszczała polskie pieśni, np. Moniuszki, Niewiadomskiego czy Paderewskiego.
Odnosiła też sukcesy jako pedagog. Była dziekanem wydziału wokalnego The Curtis Institute of Music, którego dyrektorem został Józef Hofmann. W swojej rezydencji Bay View na nabrzeżu milionerów w Lake George urządzała kursy wokalne. Dziś na małej części posesji mieści się muzeum śpiewaczki, zorganizowane i administrowane przez The Marcella Sembrich Memorial Association. Odbywają się tak często koncerty inspirowane repertuarem polskiej divy. Niebawem, 20 lipca, w Sembrich Opera Museum odbędzie się recital sopranistki Małgorzaty Kellis, która przybliży publiczności polski repertuar Marceliny a także utwory pisane specjalnie dla niej.
Marcelina Kochańska zmarła w Nowym Jorku 11 stycznia 1935 roku. Szczątki artystki i jej męża spoczywają na cmentarzu Johannisfriedhof.

(opr. ZD)

Wdowa po legendzie teatru polskiego – Arnoldzie Szyfmanie, w 1985 r. na łamach „Ruchu Muzycznego” pisała o swoim żalu wynikającym z tego, że w naszym kraju zanika pamięć o tak wielkiej artystce, jaką była Kochańska:
„Dlaczego dzieje życia tej wybitnej artystki są tak powierzchownie znane w Polsce? Była przecież zupełnie wyjątkowym zjawiskiem muzycznym: była świetną skrzypaczką, znakomitą pianistką i nieporównaną śpiewaczką! Była artystką całego świata, ale zawsze uważała się za Polkę. Podkreślała swoje pochodzenie w wywiadach i znajdowało ono wyraz w sztuce (…) Pieśni polskie zawsze śpiewała po polsku, bez względu na to, gdzie występowała, często akompaniując sobie na fortepianie (…)”

Autor: Renata Pasternak-Mazur